Po raz pierwszy prezentujemy publicznie fragmenty filmu córki poety Joanny Kozickiej "Brzegiem Wisły".
Nad jego scenariuszem pracowała wspólnie z ojcem. Film ten miał być ilustracją do poematu "Wisła"
ukończonego przez Broniewskiego w 1953 roku. Rok później tragiczna śmierć "Anki" Kozickiej
położyła kres temu projektowi, a nie zmontowane szpule ze zdjęciami spoczęły w archiwum
Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie. Ten intrygujący materiał filmowy
daje wgląd w wyjątkowy proces przekładania poezji Broniewskiego na estetykę obrazu.
Kamera kadruje nadwiślański krajobraz cytując niemal sceny z płócien Chełmońskiego
i innych XIX-wiecznych malarzy realistów, by za chwilę wpaść w nowoczesny rytm mknąc
samochodem czy unosząc się na pokładzie samolotu ponad rozlewiskami Wisły.




 

Waldemar Baraniewski
pisze o filmie Joanny Broniewskiej - Kozickiej "Brzegiem Wisły"



Broniewski był artystą nowoczesnym. Doskonale rozumiał rolę i znaczenie nowych środków
ekspresji, w tym szczególnie filmu. Przed wojną pisał piosenki filmowe, współpracował
z Józefem Lejtesem, Eugeniuszem Cękalskim, Aleksandrem Fordem. Dopiero jednak projekt
niecodziennej opowieści o Wiśle, pomysłu jego córki, otworzył poetę na wielkie wizualizacje,
na epicko-liryczne widzenie rzeczywistości. Otóż Wisła - mówił Broniewski - i jej bieg przez
ziemię i historię Polski jest dla mnie jakby syntezą całej Ojczyzny. Płynąca rzeka jest wizją
trwałości, ale i nieuchronności mijającego czasu. Bezkresnego piękna i nieokiełznanego żywiołu. Historii i biologiczności egzystencji.


Dziś trudno powiedzieć czym byłby ten film. Zostały po nim robocze materiały. Broniewski współtworzył scenariusz. Miał opracować całościowy, poetycki komentarz do filmowych obrazów. Wspólnie z córką wybierał ujęcia, sekwencje, kadry. Film miał się składać z trzech „Pieśni” - o chlebie, krzywdzie i wielkiej rzece. Miał kondensować widzenie odwiecznego ludzkiego trudu, zmagań z siłami przyrody i współczesnych losów ludu znad Wisły. Broniewski wraz z córką pracował nad czymś trudnym do zdefiniowania, w czasach gdy od wszystkiego wymagano jednoznaczności. Tym bardziej od filmu, traktowanego jako znakomity środek propagandy. Ich dzieło jest (zapowiada się) odmiennie, jako filmowy poemat liryczny. Broniewski studiował pisma Kolberga, Glogera, zbierał informacje z zakresu hydrologii, archeologii, historii, ale nie zamierzał tworzyć dokumentu. Część scen w filmie jest inscenizowana. Spław zboża, sceny z rybakami. Trochę schematyczne, ale staranne plastycznie, dopracowane. Bosi flisacy w lnianych koszulach, wizja jak z norwidowskiej „Polski - przemienionych kołodziejów!”.

Film miał być barwny. W scenariuszu ten element służył wydobyciu dramaturgii i plastycznych walorów krajobrazów, w ich czasowej zmienności. Czym stałby się wobec poetyckiego komentarza? Czarno-biała kopia daje więcej kontrastów, dynamizuje i dramatyzuje obrazy. Natura, inscenizowana wobec niej historia i aktywizm współczesności miały stworzyć poetycko-filmową syntezę polskich dziejów i kultury. Broniewski widział ją poprzez czas płynącej wody i metaforę wielkiego dorzecza.

 


Film o Wiśle

Od źródeł Wisły aż po ujście,
od źródeł życia aż do śmierci,
aż do utraty tchu jam niósł cię
na czułych skrzydłach moich wierszy.

Tak rzekę braliśmy na własność,
i piękne były nasze dobra,
jak światło, które ma nie zgasnąć,
jak żywy i wieczysty obraz.

Od wież wawelskich aż po gdańskie,
od Nowej Huty aż po Stocznię
i w przeszłość - aż po gród pogański,
umiłowaniem - po widoczne

sięgaliśmy, by słowem-okiem
odtwarzać, tworzyć wielkie dzieje
i w krajobrazie tkwiąc szerokim
uparcie głosić: - "Dnieje! Dnieje!"

...Pamięci moja smutna, nie kłam,
oto już obraz się pogmatwał,
wiślaną mgłą zasnuty ekran,
czerwone słońce, trumna, tratwa

i kry burzące most, i wieże
zamkowe, i fabryczny komin,
ostatni wieczór w Kazimierzu,
i w oczach mgła, i gorycz wspomnień...

Ach! Cóż ja robię? Chwytam cienie
i cień twój drogi na ekranie,
a rozum radzi: zapomnienie,
a serce wierzy: miłowanie.


(z tomu "Anka", 1956)