CO DALEJ Z GALERIĄ FOKSAL?

ŹLI POLITYCY I ŹLI ARTYŚCI
NIEKOMERCYJNY ODÓR
GLUT W BŁOTO
TRUSZKOWSKI KONTRA INSTYTUCJE
WYDARZENIA PLOTKI DROBIAZGI
ROZDEPATNY ANANAS DLA AMS
PAPIEŻ ŻYJE!
MARTWY PAPIEŻ W SALI MATEJKOWSKIEJ
PIELGRZYMKI DO PAPIEŻA
PRASKI SEXXX
WARSZAWKA PO CREMASTERZE

Szowinistyczne ekscesy posłów
PIELGRZYMKI DO PAPIEŻA

Rok 2000 zakończył się kilkoma kolejnymi ekscesami w zniechęcie. Jeszcze przed świętami do instalacji Maurizio Cattelana przedstawiającej papieża przygniecionego meteorytem pielgrzymowali kolejno: pani z kwiatami, faszyzujący eks-gwiazdor telewizyjny Wojciech Cejrowski oraz para posłów-nacjonalistów związanych z Radiem Maryja: Halina Nowina-konopczyna i Witold Tomczak w celu uwolnienia papieża spod ciężaru. Cejrowski próbował zarzucić na rzeźbę prześcieradło, ale został skutecznie spacyfikowany przez ochronę. Większym sprytem wykazał się poseł Tomczak, który fortelem wymanewrował ochronę (towarzysząca mu Nowina Konopczyna skupiła na sobie uwagę ochroniarzy) i odrzucił głaz z rzeźby przewracając ją przy okazji. Towarzyszyła mu ekipa "Superexpressu" (to również już tradycja - na wybryki do galerii udajemy się w towarzystwie prasy lub telewizji). Na opublikowanych nazajutrz po zajściu zdjęciach widać, że wskutek ataku posła Tomczaka, papież co prawda został oswobodzony, ale doznał groźnej i okropnie wyglądającej kontuzji - odpadła mu część lewej nogi, od kolana w dół! Pośle Tomczak, czy było warto?


atak Tomczyka, fot. Superexpressatak Tomczyka, fot. Superexpress

Najsmutniejszym elementem akcji Tomczaka był jego - szeroko już komentowany - list do premiera Buzka pozostawiony w Zniechęcie. Poseł żądał (!) w nim m.in. natychmiastowego usunięcia Andy Rottenberg ze stanowiska dyrektora zniechęty. Nie będziemy go już za "Gazetą Wyborczą" cytować, list jest nacechowany głębokim szowinizmem. Sprawą miała (ma?) zająć się komisja etyki poselskiej, na szczęście szybciej zdążyła to już zrobić Monika Olejnik w swoim programie "Kropka nad i" w telewizji TVN, którą pamiętamy z karygodnej nagonki urządzonej na zniechęte po cięciu Kmicica w audycji "Pod napięciem" (okazało się, o zgrozo, że to wydanie "Pod napięciem" miało rekordową oglądalność w roku 2000 - widziało go 8% wszystkich telewidzów czyli prawie 3 miliony ludzi!). Olejnik, za pomocą księdza dominikanina o smutnym spojrzeniu, usiłowała wytłumaczyć parze posłów-szowinistów, że szerzą antysemickie poglądy. Co prawda nie dali się przekonać, ale przynajmniej, jak na życzenie, efektownie się kompromitowali.
Anda Rottenberg udzieliła w związku z aferą Tomczaka kilku wywiadów i wypowiedzi, w głęboko pesymistycznym, a nawet rozrachunkowym tonie. Sugerowała nawet, że rozważa rezygnację z funkcji dyrektora galerii. W jej obronie (przed antysemitą Tomczakiem) stanęło Stowarzyszenie Historyków Sztuki i Sekcja Polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA).

Zniechęta zwycięska
Wydaje mi się jednak, że - paradoksalnie - zniechęta powinna wyjść z kmicicowo-papieskiego zamieszania wzmocniona. Skompromitowali się bowiem przede wszyscy ci, którzy usiłowali niszczyć wystawiane w niej dzieła sztuki. Co ważne, zostało to odnotowane przez media. Szereg autorytetów spoza świata sztuki wzięło w obronę instalację Cattelana, co z kolei dobrze wróży na przyszłość. Wbrew obawom, którym niejednokrotnie dawał wyraz dyrektor Krukowski z zuja, okazało się, że w publicznych galeriach można jednak wystawiać również dzieła sztuki w polemiczny sposób odnoszące się do problemów związanych z kościołem katolickim i władzą papieską. Zniechęta stoi tym samym przed niepowtarzalną szansą prowadzenia bardziej radykalnej niż zuj polityki artystycznej. Zresztą świadectwem, że tak się powoli dzieje jest fakt przejęcia przez zniechętę "opieki" nad Kozyrą (od czasu pierwszej "Łaźni" jej nowe prace są pokazywane najpierw przez zniechętę). Być może kolejnym ważnym artystą "podwyższonego ryzyka", który przeniesie swoje projekty z zuja do zniechęty będzie Robert Rumas, który od dłuższego czasu szykuje się do dużej wystawy w Warszawie, jego sztuka zaś budzi poważne obawy dyrektora Krukowskiego.

 

Kwaśniewski i Niewęgłowski ratują Zniechętę

PAPIEŻ ŻYJE!

A jednak! To co wydawało się nieprawdopodobne, wręcz niemożliwe, dokonało się! Instalacja Maurizio Cattelana przedstawiająca papieża-Polaka przygniecionego meteorytem jest prezentowana w sali matejkowskiej Zniechęty! Jest to wydarzenie bezprecedensowe w polskim życiu artystycznym lat 90. i bez wątpienia radosne, że praca tak dosłownie dotykająca problemu kondycji władzy papieskiej może być bez przeszkód prezentowana w jednym z najważniejszych miejsc wystawienniczych w Polsce. Cieszymy się i przyłączamy do gratulacji dla dyrekcji Zniechęty, że mimo obaw zdecydowała się na ten odważny gest. I od razu mamy dobre wiadomości: papież żyje! Co prawda meteoryt przygniótł go do ziemi, a twarz przykrywa grymas cierpienia, jednak ściskając w ręku pastorał (ferulę) papież odwraca się w stronę widzów.

fragment Instalacji Maurizio Cattelana

ZŁOTY MANEWR DYREKCJI

Kwasniewski z Rottenberg ida uratowac ZniecheteDni poprzedzające otwarcie wystawy były nerwowe, ponieważ dość powszechne było odczucie, że pokaz pracy Cattelana w Zniechęcie może mieć nieprzyjemne dla tej instytucji i jej dyrekcji konsekwencje. Anda Rottenberg zagrała jednak va banque. Atak wroga został uprzedzony oświadczeniem Szeemanna zawierającym głęboko chrześcijańską interpretację kontrowersyjnej pracy oraz analogiczną w wymowie wykładnię ks. Niewęgłowskiego, duszpasterza środowisk twórczych. Następnego dnia odbywał się wernisaż dla VIPów z udziałem prezydenta Kwaśniewskiego, z którym pani dyrektor ucałowała się na oczach telewidzów, i który lekko się zająknąwszy wygłosił opinię, że dzieło skłania do refleksji i absolutnie antypapieskie nie jest. Zniechęta została ostatecznie uratowana! Uogólniając można by nawet powiedzieć, że zaskakująca wolta w upodobaniach artystycznych Aleksandra Kwaśniewskiego (pamiętamy go jako miłośnika arte-polo i Dudy-Gracza) uratowała przyszłość sztuki współczesnej w Polsce.
W czasie tego samego wipowego wernisażu Rottenberg wykonała jeden jeszcze pokojowy gest zapraszając aktora Kmicica-Olbrychskiego, aby zadeklamował wiersz pod odsłanianą w Zniechęcie tablicą ku czci prezydenta Narutowicza. Zapowiada się więc kolejny happy-end.

WYSTAWA JEST ŚWIETNA
Nazajutrz odbył się normalny wernisaż i mogliśmy się naocznie przekonać, że wystawa jubileuszowa z okazji stulecia gmachu Zniechęty jest doskonała! Szeemann skutecznie zaskoczył wszystkich, którzy mogli by naiwnie sądzić, że szacowny gmach jest zbyt mały, aby pomieścić wszystko co najlepsze w XX-wiecznej sztuce polskiej. Wszystko się zmieściło i to z zapasem! Starczyło jeszcze miejsca na projekcje fragmentów filmów oraz biblioteczkę (a w niej głównie książki Lema). Szeemann, który dal się poznać podczas konferencji prasowej jako człowiek wielkiej pogody ducha i wewnętrznego spokoju ("I'm a free man") świetnie sobie poradził z puszką Pandory polskiej sztuki i z malarstwem w szczególności. Najbardziej błyskotliwa scena wystawy rozgrywa się w jednej z sal parteru, gdzie zupełnie goły (ale w okularach), woskowy Paweł Althamer z zadziwieniem wpatruje się w ciasno wiszące na przeciwległej ścianie autoportrety Malczewskiego - w różnych kostiumach i nie stroniące przecież od kabotyństwa i bufonady. Inna wielka i przyjemna niespodzianka to nowa praca Kozyry "Święto wiosny". Warszawska Kasia, wiernie powtarzając słynną choreografię Niżyńskiego do muzyki Strawińskiego, animuje nagich starych ludzi, zamieniając na dokładkę ich płci - kobiety tańczą z dorobionymi penisami, mężczyźni zaś udają kobiety. Praca prezentowana jako wideoinstalacja na kilku monitorach jest bardzo udanie zaaranżowana przestrzennie. Staruszkowie podskakują jak pajacyki i wygląda to równie nieprawdopodobnie jak wstrząsająco. Taśmy są zapętlone i odnosi się wrażenie, że również ci starzy ludzie zostali zapętleni, i choć to brzmi dość patetycznie, ma to wymiar egzystencjalny. Choć więc fatalistyczny przekaz nie jest może radykalnie odkrywczy, całość prezentuje się bardzo sugestywnie.
Kolejne genialnie proste posunięcie Szeemana to wyeksponowanie prac Nikifora i Opałki zamiast całego dorobku powojennego malarstwa polskiego. Recenzentki piszące o tej wystawie, mimo licznych wyrazów podziwu wyraźnie rozklejają się przy końcach swych artykułów, a między wierszami dostrzec można nawet mokre ślady po łzach: a gdzie Czapski?! Koloryści? Tarasin? No więc nie ma ich wcale, nareszcie. Zamiast nich jest dużo starych dobrych polskich plakatów.
Bardzo dobrze udał się też "Moby Dick" Bednarskiego - lewituje dostojnie nad czerwonym chodnikiem, jest dostojnie opasły i w pewnych miejscach tarasuje nawet przejście.
W ogóle, mocne punkty wystawy są na tyle mocne, że można przymknąć oko na słabsze momenty, np. esencjonalną pod względem estetycznym, ale i niestety pretensjonalną nieco pracę Mirosława Bałki (olbrzymia plansza pokryta mydłem + nadpalony rysunek w ramce, figuratywny, z aluzjami do Boga)
ART FROM POLAND
Art from Poland - okladkaWystawa Szeemana ma też ciekawy podtekst co nieco anegdotyczny. Trzy lata temu Zniechęta wydała bogato ilustrowaną, anglojęzyczną książkę "Art from Poland 1945-1996". Teraz bardzo się przydała - Szeemann nie tylko uważnie studiował polską sztukę, jak zapewniła Anda Rottenberg, ale najwyraźniej również dokładnie obejrzał wspomnianą książkę i z niej wybrał co ciekawsze, bardziej oryginalnie wyglądające prace. Z okładki wziął - fotografię instalacji Dróżdża, z środka - klatki z filmu Teresy Murak, obraz Wróblewskiego ("Dwie kobiety zamężne"), obraz Dwurnika, "Manifest" Weissa, okładkę Katalogu Wystawy Nowej Sztuki (Wilno 1923), zdjęcie sali neoplastycyzmu w łódzkim Muzeum Sztuki, wrocławski projekt "9 promieni światła na niebie" Stażewskiego, "Polonię" Sobockiego, oczywiście "Moby Dicka" Bednarskiego, pomysł na pokazanie "Deserów" i im podobnych prac Szapoczników, zdjęcia happeningów Kantora, obraz "Ogród" Dłużniewskiego. No i właściwie niewiele więcej na tej wystawie jest… Opałka, Bałka i Kozyra, którzy oczywiście w książce też są, a na wystawie wyróżnieni są własnymi salami, do tego Witkacy i Malczewski, Polska Szkoła Plakatu, Nikifor, Paweł Althamer, filmy, książki, historia Zniechęty w fotoplastykonie i wystawa gotowa! "Art from Poland" pomocą dla każdego kuratora!
PAPIEŻ JEST SAMOTNY
Powróćmy na chwilę jeszcze do Cattelana i jego papieża. Trzeba przyznać, że zinterpretowanie meteorytu uderzającego w papieża jako ciężaru współczesności, który musi dźwigać papież, mimo iż dla wielu uspokajające, może budzić wątpliwości. Dlaczego bowiem ten ciężar spada z kosmosu? Pierwsze oświadczenie Szeemana w sprawie Cattelana było z politycznego punktu widzenia równie dobre, jak przemówienie Ala Gore'a uznającego swoją przegraną w wyborach prezydenckich. Dwa dni później na konferencji prasowej Szeemann mógł już sobie pozwolić na postąpienie krok dalej. Wówczas rozwinął myśl, że figura papieża przygniecionego przez meteoryt to wizja wielkiej samotności papieża i jego misji. "W tej wielkiej przestrzeni [sali matejkowskiej - przyp. red.] praca ta jest wizualizacją samotności" - mówił Szeemann - "Ponieważ jest tendencja do zjednoczenia wszystkich katolików na całym świecie, żyjących w różnych warunkach, możecie sobie wyobrazić tę świadomość podejmowania decyzji." Patrząc na leżącego papieża i pilnującego go ochroniarza Zniechęty, którego obecność pogłębia opisywany przez kuratora efekt alienacji, można przyjąć tę interpretację za satysfakcjonującą, ale przede wszystkim warto podziwiać sztukę pozytywnego myślenia, którą Szeemann posiadł w najwyższym stopniu. Najwyraźniej Szwajcar jest jak najdalszy od fascynacji ironią i cynizmem. To jest dobre, bardzo dobroduszne. Przyznajmy bowiem, że trzeba włożyć naprawdę dużo dobrej woli, by nie dostrzegać cynizmu dzieła Cattelana i jego antypapieskiej stylizacji, tego co jest przecież - podkreślmy - jednym z jego atutów.
I DYREKCJA JEST SAMOTNA…
Konferencja prasowa przed otwarciem wystawy zaczęła się od wystąpienia Andy Rottenberg, która wygłosiła m.in. zdanie: "Przychodzi mi walczyć z zarozumialstwem nieuctwa". Po czym wyjaśniła, że to był cytat z… Wojciecha Gersona, który w 1900 roku doprowadził do otwarcia gmachu Zachęty, po czym, po kilku miesiącach zmarł. "Nie był to ostatni człowiek, który walczył o wartości. Dzisiaj mogłabym powiedzieć to samo. W Polsce do sztuki poważnej jest nieżyczliwe nastawienie" - dodała od siebie pani dyrektor. Przyznała, że ostatnie ataki mediów na Zniechętę odbiera jako ataki personalne na nią samą i próbę podkopania jej dyrektorskiej posady.
…I SZTUKA TEŻ
Warto na chwilkę zatrzymać się nad spostrzeżeniem o nieżyczliwości dla poważnej sztuki w Polsce. Paradoksalnie, ostatnie wzburzenie mediów i opinii publicznej (na Uklańskiego i na Cattelana) wynika z faktu, że ciągle jeszcze sztuce przypisywany jest wysoki prestiż. Najwyraźniej od sztuki oczekuje się cały czas powagi i wzniosłości, poprawności moralnej i politycznej. W każdym razie pomysł, żeby sztuka funkcjonowała jako element potoczności, zwyczajności i codzienności, jako normalny fragment życia społecznego się nie przyjął. Inną miarkę przykłada się do sztuki, a inną np. do reklamy. Lekceważy się wyraźnie głupotę, obsceniczność i niepoprawność polityczną uprawiane nagminnie przez twórców reklam, mimo iż oglądalność dużych kampanii billboardowych lub telewizyjnych jest wielokrotnie wyższa od frekwencji w jakimkolwiek muzeum lub galerii. Weźmy za przykład plakat reklamujący jeden z aukcyjnych portali internetowych. Hasło na billboardzie brzmi: "Święty jest zajęty. Sam kup prezenty". Czym jest zajęty święty? Jest to pokazane na klasycznie brzydkim, wypaczającym gust rysunku (typ satyryczny): święty Mikołaj goni z wyciągniętymi rękoma za rozebraną do kostiumu kąpielowego blondynką o wydatnym biuście. W pędzie spada mu nawet czapka z głowy. Plakat ten tryska seksizmem, utwierdza patriarchalne stereotypy, a zapewne stawia również w złym świetle słowo "święty". Dziennikarka z prawicowego "Życia" podczas konferencji prasowej w Zniechęcie wyraziła troskę o wycieczki szkolne, które mogą przyjść do galerii i zobaczyć przygniecionego meteorytem papieża. Nie przyszło jej jednak do głowy, że dzieci będą szły do galerii ulicami i po drodze naoglądają się dużo więcej i dużo bardziej szkodliwych świństw niż na wszystkich wystawach sztuki współczesnej w Polsce razem wziętych. Ale reklamy się lekceważy, bo każdy przecież wie, że to byle co i komercja, więc nie ma czego od nich wymagać. Tymczasem aparat krytyczny jakim posługują się krajowe media nadaje się co najwyżej do analizy plakatów reklamowych. Gazety i telewizje nie zajmują się jednak nimi, a usiłują za to jak plakat reklamowy (dzieło oparte o powtarzalny schemat i zasadę działania) deszyfrować obiekty sztuki. Co się wtedy dzieje? Wtedy dyrekcja Zniechęty wpada w depresję. I trudno jej się dziwić. Kolejny przykład pierwszy z brzegu. W "Życiu Warszawy" Ludmiła Grudniak pisze o ekspozycji w Zniechęcie: "Chyba jeszcze nie zdarzyło się tak w Polsce, by tak ważną wystawę powierzać zagranicznemu kuratorowi". Pomijam wyjątkowo zaściankową wymowę tej myśli, przejmujące jest przede wszystkim zawarte w powyższym zdaniu przekonanie, że wystawy są "ważne" długo przed tym, zanim ktoś je zrobi, "ważne" są więc też niezależnie od tego jak się je zrobi! A skoro tak, to właściwie nie ma o czym dyskutować: papież zawsze będzie ważny, ale za to artykuły w gazetach zawsze nieważne.
RASTER ROBI GNÓJ
Jako pierwsi poinformowaliśmy o planach Szeemanna i pomyśle pokazania pracy Cattelana w Zniechęcie. Nasze informacje okazały się prawdziwe. Zrobiło się z tego nawet pewne zamieszanie, które przy okazji przysporzyło naszemu tygodnikowi nieco popularności w mediach (pisały o nas m.in. PAP i "Życie"). Doszły nas (z lewa i prawa) słuchy, że ogłoszona przez nas sensacja była próbą zamachu na Zniechętę. Wypada więc wyjaśnić (tym, którzy mogli to opatrznie zrozumieć), że od początku byliśmy entuzjastycznie nastawieni do pomysłu pokazania "papieża" w Zniechęcie. Pracę tę znaliśmy dotąd wyłącznie z reprodukcji i wzbudzała ona nasze żywe zainteresowanie, żeby nie powiedzieć entuzjazm. Nic więc dziwnego, że gdy tylko dowiedzieliśmy się o tak niezwykłym projekcie, od razu o nim poinformowaliśmy. Dotąd jednak nie jesteśmy przekonani, dlaczego Zniechęta postanowiła ukrywać do końca tę wiadomość w tajemnicy. Być może jednak liczono, że uda się powstrzymać Szeemanna? I kwestia ogólniejsza, którą poruszył w liście do nas jeden z czytelników: czy polityka informacyjna Zniechęty kuleje z powodu ogólnej niemocy czy też jest to działanie przemyślane i do jakiego stopnia? Czekamy na wasze opinie w tej sprawie.
PUENTA DLA FILATELISTÓW
Pilaster KmicicaZ okazji jubileuszu Zniechęty Poczta Polska wypuściła znaczek o nominale 70 groszy, a także dwa okolicznościowe datowniki z detalami architektonicznymi. Również na kopercie FDC (pierwszego dnia obiegu) pojawił się znaczący element architektury szacownego gmachu - fragment pilastra przedstawiony już z uwzględnieniem najnowszej historii budynku. Na pilastrze zaznaczono ślady cięcia szabli Kmicica! Polecamy filatelistom, jak również kolekcjonerom sztuki.

 

10 XII: MARTWY PAPIEŻ W SALI MATEJKOWSKIEJ?

Sensacyjne plotki o jubileuszowej wystawie w Zniechęcie

Już w najbliższy piątek w Zniechęcie otwarcie specjalnej wystawy z okazji setnej rocznicy otwarcia gmachu galerii. Jej kuratorem, na zaproszenie dyrektor Rottenberg, jest Harald Szeemann, sławny kurator, autor wielu wystaw uznanych za przełomowe, m.in. Documenta V w Kassel, a ostatnio dyrektor artystyczny weneckiego biennale i kurator jego ostatniej edycji. Przygotowania do otwarcia wystawy owiane są jednak mgłą tajemnicy, w czym zresztą spore, osobiste zasługi ma rzeczniczka prasowa Zniechęty Anna Muszyńska (o niej jednak obszerniej napiszemy innym razem). Z oficjalnej noty prasowej zapowiadającej to "jedno z ważniejszych wydarzeń roku", która liczy sobie 274 słowa (nieco ponad stronę maszynopisu), możemy się jedynie o wystawie dowiedzieć, że "nie będzie przedstawieniem panegiryczno-historycznej panoramy sztuki polskiej, jakiej można by oczekiwać przy takiej okazji, lecz osobistym wyborem i interpretacją najciekawszych zjawisk". Z noty tej możemy się ponadto dowiedzieć jakimi słowami "Kurier Warszawski" komentował w 1900 roku otwarcie gmachu Zachęty (cytat ten zajmuje ok. 2/5 długości całej informacji prasowej), jakie wybrane wystawy zorganizował Szeemann oraz że wystawa będzie czynna do 18 lutego, co nie jest prawdą, jak uczciwie uprzedziła mnie rzeczniczka (a jednak informacja ta cały czas jest dostępna na stronie internetowej galerii). Ani słowa o tym, co będzie przedmiotem wystawy: może jakieś dokumenty? zdjęcia? dzieła sztuki współczesnej? dzieła sztuki dawnej? a może użytkowej? filmy? A może szampony, kremy lub peruki, bo przecież i takie rzeczy wystawiała ostatnio Zniechęta (w marcu odbyły się tu targi kosmetyczne "Estetyka 2000"). Żadnych nazwisk artystów, mimo, iż do otwarcia wystawy pozostał tydzień. Za to na końcu ni to deklaracja, ni obietnica: "Czekamy z niecierpliwością na ten "obraz" sztuki polskiej widziany oczami konesera światowej kultury". Czyli, że w Zniechęcie nikt nie wie co się tam będzie działo za tydzień. Całe szczęście, że jest nasz tygodnik, wiemy, że w Zniechęcie jest czytany, z myślą więc o wszystkich pracownikach tej szacownej instytucji (jubileusz lada dzień!) postanowiliśmy zdobyć choć trochę więcej informacji o tym co ich już wkrótce czeka.
Na plakatach dość licznie występujących od paru dni na billboardach, przeczytaliśmy obok nazwy "Zachęta" tekst fraszki Leca: "Uważaj wychodząc z własnych snów. Możesz się znaleźć w cudzych." Skądinąd dowiedzieliśmy się, iż jest to podobno tytuł interesującej nas wystawy. To już coś.

W KOGO TRAFI METEORYT?
Maurizio Cattelan "Love Lasts Forever" 1997W tak sprzyjających okolicznościach pojawiło się za to, rzecz jasna, wiele fascynujących plotek dotyczących jubileuszowej ekspozycji. Najbardziej intrygującą, potwierdzoną przez parę odpowiedzialnych i zbliżonych do dyrekcji osób, jest wiadomość, że Harald Szeemann zaproponował umieszczenie w największej sali matejkowskiej pracy modnego i pomysłowego włoskiego artysty Maurizo Cattelana (w Polsce znany głównie jako osoba, która zrobiła podróbkę "Piramidy zwierząt" Kozyry). Chodzi o bardzo konkretną pracę, o prezentowaną w ubiegłym roku w Szwajcarii instalację, która przedstawia na czerwonej wykładzinie przygniecioną do ziemi postać Jana Pawła II (realistyczna rzeźba w skali 1:1). W jego kark uderza właśnie meteorytem, dookoła leżą zaś okruchy szkła - kamienna bryła wpadając do sali wybiła dziurę w przeszklonym suficie. Niewątpliwie pokazanie tej pracy w Polsce wywołałoby emocje porównywalne, albo i przewyższające ostatni wyczyn Kmicica. Praca Cattelana byłaby u nas z pewnością odczytana jako apokaliptyczne bluźnierstwo, oto bowiem jednocześnie przedstawione zostają dwa wypadki, które - już każdy z osobna - dla przeciętnego Polaka nieodwołalnie kojarzą się z końcem świata: meteoryt uderza w Ziemię, papież-Polak umiera. Poczucie humoru włoskiego artysty (papież - człowiek, który jest głównym na Ziemi specjalistą od spraw nadprzyrodzonych, ginie w wyniku niezwykłego, losowego wypadku) odbiega z pewnością daleko od rodzimego poczucia świętości. Ciekawe czy minister kultury zamknąłby taką wystawę od razu czy dopiero po pierwszych audycjach w Radiu Maryja? Tymczasem trwają podobno pertraktacje między dyrekcją Zniechęty, a kuratorem. Niepokój i wątpliwości dyrekcji, zwłaszcza po ostatnim boju Kmicica, wydają się uzasadnione, z drugiej strony perspektywa ujrzenia pracy Cattelana w sali matejkowskiej Zniechęty jest niebywale podniecająca. Kurator Szeemann, miał przybyć do Warszawy podobno już 7 grudnia, ale do soboty (9.12.) jeszcze go nie widziano w Zniechęcie. Jest na miejscu natomiast jego asystentka. Ponieważ rzeczniczka prasowa odmawia pomocy w kontaktowaniu z dyrekcją, musieliśmy działać na własną rękę. Mimo wzmocnionych po incydencie z Kmicicem straży i wzmożonej czujności portierów udało nam się zajrzeć do wnętrza Zniechęty.
CZY MOBY DICK RUNIE NA GŁOWĘ PREZYDENTA?
"Moby Dick" - Krzysztof Bednarski, 1987 Nad głównymi schodami panuje niepodzielnie Krzysztof Bednarski, który instaluje tam swoje sztandarowe dzieło z lat 80. - monumentalną skorupę "Moby Dicka". Początkowo czerep został umieszczony bezpośrednio nad podestem, na którym stają zwykle oficjele podczas otwarć wystaw. W skutek interwencji dyrekcji, a konkretnie przepisów przeciwpożarowych "Moby Dick" musiał jednak wycofać się trochę do góry, ale i tak wygląda na to, że będzie niepodzielnie panował w centralnej przestrzeni budynku. Pikanterii temu dodaje fakt, że na otwarcie wystawy ma przybyć osobiście prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Czy wielkie cielsko "Moby Dicka" pożre prezydenta? Bednarski z satysfakcją podkreśla, że podczas wystawy polskiej sztuki w Budapeszcie "Moby Dick" stał w jednym z głównych przejść i to właśnie w jego wnętrzu spotkali się prezydenci Polski i Węgier. "Wtedy im to nie przeszkadzało" - dziwi się Bednarski.
Tymczasem na salach jeszcze pustawo. Jedną ma zająć Paweł Althamer, drugą Mirosław Bałka. W nowej części swoją nową, długo oczekiwaną pracę ("Święto wiosny"?) ma pokazać Katarzyna Kozyra. Gdyby jeszcze w sali matejkowskiej znalazł się papież Cattelana, to na sztukę inną niż współczesna (pisano coś o prezentacji polskiej szkoły plakatu, no i Witkacy, Kantor…) zostawałoby niewiele miejsca. Czekamy więc równie niecierpliwie jak pracownicy Zniechęty na otwarcie wystawy, podobno to już w najbliższy piątek.

 

WSPOMNIENIA
kadr z filmu Anny Niesterowicz i Rafała Grabowskiego "Do krwi ostatniej"
PRASKI SEXXX
Genitalia z Czaszek
Jacek Sempolinski - Czaszka podobna do tej, ktora widzielismy na SEXXXie jako GENITALIAWystawa "Sexxx", kolejna z serii pokazów organizowanych przez środowisko związane z warszawską Kowalnią, trwała raptem kilka dni. Było to zresztą wydarzenie artystyczno-towarzyskie, szczycące się chwytliwą metką offowości (miejsce akcji - oczywiście Praga). Więc "wszyscy" przyszli. Ale też trzeba zauważyć, że hasło "sex" okazało się dla biorących udział w wystawie artystów łatwiejsze niż poprzednie, a zwłaszcza "Parteitag". Ta wystawa była bardziej zwarta i jako całość robiła dobre wrażenie, mimo nierównego poziomu poszczególnych prac.
Najbardziej zaskakującym był tym razem bez wątpienia udział Jacka Sempolińskiego. Jego słynne, fioletowe, poprzecierane płótna - "Czaszki" przeistoczyły się na tej wystawie w "Genitalia"! W ten sposób egzystencjalne przetarcia zamieniły się w cielesne otwory. Nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na obniżenie ciężaru gatunkowego tych płócien.
Eksperymentalna akcja Althamera
Kulminacyjnym momentem wernisażu było jednak wygaśnięcie wszystkich świateł w budynku na Inżynierskiej, gdzie miała miejsce wystawa i gdzie przebywało właśnie, w sporym tłoku, kilkaset osób. Zdarzenie to większość potraktowała jako standardową awarię, która zresztą po kilkunastu minutach została ostatecznie usunięta. Jednak jeszcze tego samego wieczoru zaczęły krążyć plotki wiążące fakt zgaśnięcia światła z osobą Pawła Althamera, znanego artysty wywodzącego się z Kowalni i nie biorącego oficjalnie udziału w wystawie. Mówiono coś o "nowej strategii artystycznej Althamera". Nie udało nam się wówczas złapać Pawła. Dopiero po dwóch tygodniach spotkaliśmy się i dopiero wówczas odkrył on przed nami kulisy zdarzeń, które miały miejsce podczas wernisażu.
Tak, to on zgasił światło. Długo się przygotowywał do wystawy "Sexxx", ale w końcu postanowił nie brać w niej udziału, temat wydał mu się nieuchwytny i wymykający się standardowej strukturze wystawienniczej. Postanowił więc wykonać "usterkę" w tym systemie, miał to być lekki bunt, coś, co się wymyka. Zrobi to sam, nikt inny nie będzie o tym wiedział - sex ma właśnie to do siebie. Kluczowego wieczoru, gdy otwarcie już trwało, udał się więc na sąsiednie podwórko i zaprosił tamtejszych mieszkańców - grupę dresiarzy - na wernisaż. Żeby ich przekonać, poprosił po prostu, żeby przyszli chronić imprezę i obiecał im za to po piwie. Poszli. Paweł za nimi szedł z kamerą i filmował, a gdy na wystawie zgasło światło korzystał z noktowizora. Był jednak tak zaaferowany, że - co się później okazało - nic mu się nie nagrało. Niektórzy natomiast spostrzegli nietypowych i groźnie wyglądających gości na wernisażu i byli poważnie zaniepokojeni. Również sam Paweł przyznaje, że moment, w którym stał w ciemnym podwórku z grupą dresiarzy i namawiał ich do pójścia na wernisaż był dla niego trudny - w każdej chwili mogli go po prostu pobić.
"Nie jest to nowa strategia, przynajmniej na razie" - wyjaśnił nam artysta - "tylko jednorazowy eksperyment. Wszystko co nowe jest dla mnie bardzo cenne."
Co dalej? W centrum Florencji, między Hotelami Excelsior i Grand, Paweł ma ustawić koksownik i zaprosić ludzi z florenckich komun. Obok znajduje się również kościół p.w. Wszystkich Świętych. Althamer bierze zaś udział w wystawie pod tytułem "ENDGAME".

Kliknij aby powiekszyc (150Kb)

Scena z wystawy SEXXX /z filmu Anny Niesterowicz i Rafała Grabowskiego "Do krwi ostatniej"/

Brutalny texxxt

Po wernisażu "Sexxxu" ukazał się w "Gazecie Stołecznej" pokraczny tekst, który sugerował, że na wystawie "większość zdjęć i filmów wideo pokazywała brutalne stosunki, stare, pomarszczone ciała, narządy płciowe", co całkowicie mijało się z prawdą. Zdumiewająca była również jego puenta: "Ja uspokoiłam się, kiedy zobaczyłam taką scenę - młoda, piękna dziewczyna usiadła pod pornograficznymi rysunkami i zaczęła karmić piersią dziecko. "Nareszcie trochę uczucia" - pomyślałam."
Wiele się wyjaśniło, gdy okazało się, że autorka tego tekstu nie była wcale obecna na wernisażu i w ogóle nie widziała wystawy. W związku z tym organizatorzy "Sexxxu" napisali i zanieśli do "Gazety Stołecznej" list. Niestety: zanieśli i wynieśli. W "Stołecznej" się nie ukazał i nie ukaże. Publikujemy go jako jedyni:

Zdumienie
Jesteśmy zdumieni recenzją red. Agnieszki Kowalskiej pt. "Brutalny sexxx" ("Gazeta Stołeczna" z 27.11.2000), ponieważ nie była ona na wystawie, którą zrecenzowała. Autorka recenzji ukrywa fakt swojego nadużycia prezentując zestaw zasłyszanych opinii. Nie była, nie widziała, ale napisała negatywnie wartościujący tekst. Uważamy to za skandal i naruszenie przez nią etyki dziennikarskiej. Nie uchylamy się przed ocenami wartościującymi nasze artystyczne prezentacje pod warunkiem, że jest to rzetelna dziennikarska robota.
Na warszawskiej Pradze od kilku lat rozwija się niezależna działalność artystyczna: spektakle teatralne, wystawy, przeglądy filmów itp. Jest to prawdziwy kaganek oświaty w tej zdziczałej dzielnicy. Autorom wystawy "Sexxx" nie szło o skandal, lecz o opisanie najbardziej przejmujących momentów ludzkiej kondycji. Na otwarcie wystawy przyszło ponad 500 osób. Znaleźli na to czas. Pani Agnieszka Kowalska nie znalazła czasu.
W imieniu wystawiających artystów gospodarze Teatru Academia i pracowni przy ul. Inżynierskiej 3
Katarzyna Górna, Roman Woźniak

 

OPINIE GAWĘDY
Warszawka po "Cremasterze 2"
ŁĄCZY NAS BARNEY
Matthew Barney "Cremaster2"Pokazy kolejnych filmów Matthew Barneya z obłąkańczego cyklu "Cremaster", które organizuje Fundacja Galerii Foksal do spółki z Gutek Film odgrywają istotną rolę integracyjną dla warszawskiego środowiska towarzysko-artystycznego. Właśnie odbył się drugi pokaz ("Cremaster 2") i podobnie jak poprzednio, projekcji i miejsc na widowni kina "Muranów" było akurat tyle, żeby zmieścili się wszyscy znajomi. Co prawda trzy projekcje miały miejsce w trzy kolejne dni, niektórzy liczyli więc, że uda im się trafić na seans, na którym nie będzie nikogo znajomego, ale to były tylko mrzonki. Jeżeli Foksal robi coś wspólnie z Gutkiem i to coś nie jest dziełem polskich twórców, lecz ekskluzywną amerykańską produkcją, to wiadomo, że trzeba na to iść. Wszyscy więc chodzimy i z ciekawości, i ze snobizmu. Niewątpliwie Foksal to firma, która najlepiej potrafi wyrabiać wśród swojej publiczności poczucie obowiązku: pójścia do kina, odwiedzenia wystawy itp. Tej umiejętności inne artystyczne instytucje mogą Foksal tylko zazdrościć.
W miniony weekend przed kinem pojawiły się nawet koniki oferując bilety na Barneya po 30 złotych (w kasie były po 25 zł; potem w czasie seansu jedna osoba wyszła - czy był to właśnie konik, któremu nie udało się wyprzedać biletów?).
Byliśmy więc na "Cremasterze 2" i jest wielce prawdopodobne, że pójdziemy na kolejnego (chociaż Michał zarzeka się, że tego nie zrobi). Minie trochę czasu, nie będziemy już dokładnie pamiętać jak się czuliśmy po zakończeniu seansu, znowu poczujemy ów niezwykły, wewnętrzny przymus i znowu spotkamy wszystkich znajomych w kinie. Stołeczne władze samorządowe powinny właściwie ufundować jakąś nagrodę dla Barneya w uznaniu istotnego wkładu jego twórczości dla konsolidacji warszawkowego środowiska i ożywiania tutejszego życia artystycznego. Przez tydzień wszyscy mają wspólny temat do dyskusji, zachwytów i narzekań. Barney nas łączy.
Żeby jednak zapamiętać wymieniane na gorąco komentarze i nie przechodzić tak bezrefleksyjnie nad nową produkcją gwiazdora amerykańskiej sztuki, zanotowaliśmy pierwsze, jednozdaniowe wrażenia siedzących najbliżej nas znajomych po sobotniej (9.12.) projekcji "Cremastera 2". Oto one:
"Swędziało mnie wszystko jak siedziałam" (Dorota Monkiewicz, Muzeum Narodowe)
"Nie lubię pszczół" (Maciej Monkiewicz, Muzeum Narodowe)
"Wspaniałe krajobrazy amerykańskie" (Marcin Maciejowski, Grupa Ładnie)
"Film satanistyczny" (Wilhelm Sasnal, Grupa Ładnie)
"Bardzo amerykański film" (Rafał Bujnowski, Grupa Ładnie)
"Przywara będzie mi zwracał pieniądze za mnie i moją dziewczynę" (Piotr Trzebiński, kolekcjoner zjawisk estetycznych, artysta)
"Jestem zatkany trochę" (Robert Maciejuk, malarz)
"Nie" (Ewa Kępa, red. naczelny internetowego serwisu filmowego)
"Dużo zwierząt, piękne pejzaże kanadyjskie i nie zasnęłam, a spałam dziś tylko dwie godziny, niespodziewanie nastąpił koniec" (Ewa Gorządek, zuj)
"Za krótki" (Stach Szabłowski, zuj)
"Piękne krajobrazy, kolory, porażający błękit, który wchodzi ci w mózg" (Agnieszka, studentka malarstwa)

 

 

Tarasewicz jedzie na biennale
PORAŻKA FAWORYTA
Jak już w telegraficznym skrócie informowaliśmy, znany malarz Leon Tarasewicz został wytypowany do reprezentowania naszego kraju na tegorocznym Biennale w Wenecji. Jego kandydaturę zgłosiła i konkurs wygrała Aneta Prasał, kuratorka zniechęty (największe jej dotychczasowe osiągnięcia kuratorskie to wystawy "Cobra", retrospektywa Tarasewicza oraz "Euro-Art" - sztuka XX wieku z europejskich kolekcji bankowych, wszystkie w Zniechęcie). Staje się więc powoli tradycją konkursów na scenariusz wystawy polskiej na biennale, że wygrywają je kuratorki ze zniechęty - dwa lata temu pierwszy taki konkurs wygrała Hania Wróblewska.
Tym razem niemal pewnym faworytem wydawał się Paweł Althamer, jego kandydaturę zgłosili kuratorzy z Galerii Foksal. Jednak projekt ten jury podobno szybko odrzuciło. Dłużej rozpatrywane były ponoć wnioski proponujące w Wenecji wystawę Zuzanny Janin oraz - co brzmi niewiarygodnie - pokaz pasteli Mariusza Kruka, zasłużonego rzeźbiarza i instalatora z lat 80. i początku 90. (brał nawet udział w Documenta w 1992 roku), który ostatnie lata poświęcił niestety malowaniu (nie)estetycznych obrazków. Tegoroczny konkurs cieszył się znacznie większym zainteresowaniem kuratorów niż poprzedni. Nadesłano więcej wniosków, a wśród nich podobno nawet projekt wysłania na biennale Marka Rogulusa Rogulskiego, gdańskiego szamana (wystawił na "Scenie 2000" porażający pomnik spalonego narciarza).
Co będzie?
Zwycięski projekt Tarasewicza zakłada, oprócz wystawy w pawilonie polskim na biennale, również realizacje na terenie miasta, w tym być może na głównym placu przed bazyliką św. Marka. Artysta przygotował symulacje komputerowe fragmentów Wenecji z własnymi ingerencjami malarskimi. Trudno jednak na razie mówić o ostatecznym kształcie projektu, bowiem rozmowy z władzami miejskimi Wenecji jeszcze się nie rozpoczęły. Mocną stroną udziału Tarasewicza w biennale powinien być również fakt, że w pawilonie polskim prezentowany będzie artysta podkreślający swoją białoruska narodowość. Otwarcie biennale tradycyjnie w czerwcu.


ROZDEPATNY ANANAS DLA AMS

Rząd nagradza państwowe media!

trudne logoPo raz pierwszy Ministerstwo Kultury postanowiło przyznać nagrody dla najlepszych "mecenasów kultury". Na uroczyste wręczenie statuetek, dyplomów i odznak do warszawskiego Zamku Królewskiego przybył premier Jerzy Buzek. W otwierającym uroczystość przemówieniu życzył artystom ...jak najwięcej takich mecenasów, jakich dziś będziemy nagradzać. I zaczęło się. Tytuły mecenasów przyznawano w sześciu, niewiele różniących się od siebie kategoriach (kolekcjoner, donator, sponsor, fundator, promotor, patron - medialny). Z dobrych wiadomości odnotujmy fakt, iż w kategorii promotor wygrała Galeria Zewnętrzna AMS (na statuetce omyłkowo wyryto nazwę "Zewnętrzna Galeria Sztuki"), od dwóch lat realizująca projekty artystów na kilkuset billboardach w największych miastach kraju. Odbierając nagrodę prezes Tomasz Kawka trafnie zauważył, że AMS jako jedyny z laureatów wspiera sztukę najnowszą. Pozostałe decyzje jury (sztukę reprezentował w nim jedynie największy polski marszand Andrzej Starmach) nie wzbudzają już takiego entuzjazmu. Bank Handlowy dostał nagrodę za to, że od siedmiu lat finansuje powiększanie kolekcji numizmatów Zamku Królewskiego w Warszawie, bank PBK za "wszechstronny program wspierania imprez kulturalnych w całym kraju", zaś państwo Urszula i Sławomir Jakubowscy (jedyna nie-instytucja w gronie nagrodzonych) za wspieranie teatru w Kaliszu. Naszą wyobraźnię pobudziła natomiast nagroda dla firmy Servisco za inicjatywę i sfinansowanie iluminacji gmachu Teatru Wielkiego w Warszawie - kandydatom do przyszłorocznych nagród chętnie podpowiemy jakie gmachy należałoby oświecić w następnej kolejności. Z pewnością staranna iluminacja budynków ministerstwa kultury oraz Akademii Sztuk Pięknych wpłynęłaby na podniesienie poziomu kultury i sztuki w naszym kraju, a przynajmniej pozwoliłaby wyświetlić szereg mrocznych mechanizmów rządzących tymi instytucjami. Kto wie, kogoś może udałoby się przy okazji oświecić.

Państwo nagradza państwo
Żarty żartami, ale w prawdziwe zdumienie wprowadziły mnie wyniki w kategorii "patron medialny". Wszystkie trzy nominowane do nagrody instytucje to media... państwowe (program 2 TVP, TV Polonia oraz program 3 PR). To fantastycznie, że państwo docenia zasługi państwowego mecenatu! Szkoda, że wśród nagrodzonych nie znalazł się sam minister Ujazdowski - instytucja którą kieruje pod względem ilości pieniędzy wydawanych na (szeroko rozumianą) kulturę z pewnością nie ma sobie równych w kraju. Zasługi państwowej telewizji dla kultury polskiej są powszechnie znane. Ostatnio instytucja ta wsławiła się emitowaniem transmisji z otwarcia festiwalu Warszawska Jesień o w pół do trzeciej w nocy (głośny list protestacyjny w tej sprawie wystosował do prezesa TVP Krzysztof Knittel, prezes Związku Kompozytorów Polskich), jak również wspieraniem Daniela Olbrychskiego w jego akcji dewastowania wystawy w Zniechęcie. Telewizja była oczywiście patronem medialnym obu wymienionych imprez. Powołani przez ministra jurorzy czujnie wyróżnili akurat inne programy emitowane przez jedną i tę samą państwową telewizję. Jej patronat nad kulturą przejawia się przede wszystkim w transmitowaniu uroczystości takich jak wtorkowe wręczanie nagród "mecenasom kultury". Wówczas to TVP potrafi naprawdę się zaangażować i rozgrzać panującą na sali atmosferę do czerwoności - za sprawą reflektorów, którymi gęsto obstawiona została sala balowa Zamku Królewskiego. Reflektory te nie tylko zresztą grzały, ale i świeciły laureatom w oczy. Myślę, że można by więc rozważyć kandydaturę TVP ponownie w przyszłym roku - "za iluminację sali balowej Zamku Królewskiego w Warszawie".

ananas ministraRozdeptane ananasy
Na koniec najsmaczniejszy kąsek - kąsek ananasa czyli kilka słów o statuetkach jakie wręczono "mecenasom kultury". Autorem kolejnego, zamówionego przez ministerstwa brązowego gluta jest tym razem profesor Pastwa, nie rektor warszawskiej ASP, lecz dziekan tutejszego wydziału rzeźby. Podczas gali w Zamku Królewskim gluty pana Pastwy był świetnie widoczne nawet z ostatnich rzędów, a to dzięki śmiałej decyzji wypolerowania ich w całości, a nie tylko we fragmentach jak to lubi czynić rektor Myjak. Długo też nie dawało nam spokoju pytanie co przedstawia najnowszy glut polski? Z daleka wydawało się, że jest to po prostu płonąca sztabka brązu. Inni dopatrywali się w tych niezwykłych kształtach formy płonącej dłoni (mecenasa? ministra? artysty?) - niewątpliwe byłaby to głęboka metafora, ale czy wystarczająco przejrzysta? Dopiero po dokładnych oględzinach udało się ustalić, że mamy do czynienia z wyjątkowo realistycznie oddanym wizerunkiem... rozdeptanego ananasa! Złoty ananas - piękny symbol, szkoda tylko, że rozdeptany. Sprawdziliśmy jednak, że można statuetkę ustawić na biurku w taki sposób, że feler będzie niewidoczny, a owoc wyda się świeży i jędrny.

 

Czarne chmury nad lisią jamą

CO DALEJ Z GALERIĄ FOKSAL?

Mówi Andrzej Lis PrzywaraTytułowe pytanie nie dotyczy programu galerii, lecz formy jej dalszego istnienia. O nowej, dramatycznej sytuacji w jakiej znalazła się galeria opowiada Lis Andrzej Przywara:
„Od 1 pażdziernika Stołeczne Biuro Wystaw Artystycznych, w skład którego wchodziła dotąd nasza galeria, jest w stanie likwidacji. Likwidacja będzie trwała do 30 marca przyszłego roku. Z dniem 1 stycznia 2001 roku mienie po SBWA przejmuje, nowa, działająca od niedawna instytucja samorządowa - Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki. Po rozmowach prowadzonych z dyrekcją tej instytucji oraz z władzami samorządowymi, doszliśmy [Galeria Foksal i MCKiS] szybko do wniosku, że obie instytucje nie pasują do siebie. Postanowiliśmy wspólnie, że jeżeli w ciągu najbliższych tygodni znajdzie się mecenas, który podejmie się utrzymania galerii, to sejmik samorządowy przekaże mu galerię. Jeżeli nie znajdziemy mecenasa, galeria zostanie wcielona do MCKiS zgodnie ze strukturą tej instytucji, zostanie ponadto zobowiązana do rozszerzenia swojej działalności na teren województwa mazowieckiego, a ograniczenia programu międzynarodowego. Przez pierwszy rok będzie musiała działać w ramach okrojonego budżetu, a kwestie personalne - obsadzenia pracowników w Galerii Foksal - będą leżały w gestii dyrekcji MCKiS. Foksal w ramach MCKiS byłaby traktowana na równi z galeriami Test, Rzeźby i Pokaz - tak jak to było dotychczas w ramach SBWA."
1700 złotych na miesiąc
Do tej pory koszty utrzymania Galerii Foksal (4 etaty, koszty biurowe i utrzymanie lokalu) wynosiły ok. 180 tys. złotych rocznie. Pokrywało je SBWA, które również przeznaczało 1700 złotych miesięcznie na realizację programu galerii. Nie starczało to jednak na pokrycie kosztów przygotowania wystaw. Od 1997 roku działa więc Fundacja Galerii Foksal, która z różnych źródeł pozyskuje środki na wystwy i projekty realizowane przez Galerię Foksal.

Schemat organizacyjny Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki - dokument podpisany przez dyrektora MCKiS
Kombinat Kultury i Sztuki
Galeria Foksal rozpoczęła rozmowy na temat swojej przyszłości i ewentualnego mecenatu z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Nam tymczasem udało się zdobyć interesujący dokument przedstawiający „Schemat organizacyjny Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki". Instytucja ta, której dyrektorem została pani Małgorzata Błoch-Wiśniewska przybiera formę prawdziwego kombinatu, który wchłonie szereg samodzielnych dotąd instytucji samorządowych, m.in. SBWA i Stołeczną Estradę. Czemu może służyć stworzenie jednego, potężnego kombinatu kultury obsługującego całe województwo? Łatwo to sobie wyobrazić. W jednym miejscu zgromadzone zostaną fundusze rozproszone dotychczas po wielu mniejszych, samodzielnych jednostkach. Nowa mega-dyrekcja będzie teraz mogła decydować o tym jak dzielić pomiędzy nimi pieniądze. W konsekwencji oznaczać to może, iż niezależne dotąd instytucje mogą zyskać lub stracić pieniądze kosztem innych niezależnych do tej pory instytucji. Przede wszystkim zaś, takie placówki jak np. Galeria Foksal, która podlegała dyrekcji SBWA, teraz zostałaby podporządkowana znacznie bardziej rozbudowanej strukturze administracyjnej: kierownikowi Działu Plastyki i Wystaw MCKiS, Z-cy Dyrektora MCKiS i wreszcie Dyrektorowi i Radzie Programowej MCKiS. Nie trudno się domyślić, że tak skonstruowany aparat administracyjno-decyzyjno-kontrolny znacznie ograniczyły samodzielność i elastyczność działania podległej sobie placówki.

 

Łukasz Gorczyca, Michał Kaczyński

borotragediaNIEKOMERCYJNY ODÓR

Słynny malarski grafoman Boro toruje sobie drogę do kariery po trupach - korzystając z koniunktury na "niekomercyjność" realizuje przedsięwzięcie, którego plastyczna obrzydliwość czyni wiele szkody. Niestety, nie on jeden działa niekomercyjnie. Pod płaszczykiem społecznego zaangażowania i promocji wartości duchowych wciska nam się artystyczną tandetę.

Firmy zajmujące się reklamą zewnętrzną wymyślają różne metody na zapełnianie niewykupionych powierzchni reklamowych. Często widzimy napisy w rodzaju "to miejsce czeka na twoją reklamę", lub specjalnie zaprojektowane plakaty reklamujące daną firmę, albo po prostu puste billboardy. Bardziej przebiegłe firmy starają się w subtelniejszy sposób przyciągać klientów, na przykład organizując tzw. kampanie niekomercyjne. W największym skrócie polega to na tym, że firma będąca właścicielem tablic reklamowych umieszcza na nich na swój własny koszt plakaty o tematyce prospołecznej, np. ostrzegające przed narkotykami albo aids. Dzięki temu firma taka liczy, iż zdobędzie uznanie za szlachetne intencje, a także rozgłos w mediach czyli bezpłatną reklamę. Akcje takie mają też jeden jeszcze bardzo konkretny cel - mają zademonstrować, że reklama zewnętrzna świetnie nadaje się do walki z przemocą, zapobiegania patologiom, pijaństwu, narkomanii. To spostrzeżenie kierowane jest do fundacji i różnych instytucji zajmujących się problemami społecznymi, w których firma reklamowa upatruje swoich przyszłych klientów. Okazuje się więc, że nazwa "plakat niekomercyjny" jest bardzo zwodnicza, gdyż określane w ten sposób reklamy służą jak najbardziej komercyjnym celom.

Rekordy wyrafinowania pobiła w tej dziedzinie firma Outdoor, której nazwa niebezpiecznie kojarzy się z odorem. Postanowiła ona skojarzyć swoją działalność nie tylko z zaangażowaniem społecznym, ale i ze sztuką, bowiem wystawę swoich plakatów zoorganizowała przed warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. Więcej związków ze sztuką ich kampania na pewno nie posiada. Co gorsza, nie jest do końca jasne, czy owe niekomercyjne plakaty rzeczywiście służą rozwiązywaniu problemów społecznych.

Tragedia Pšgowskiego

Weźmy np. taki afisz z napisem "Jest o.k. Nie pękaj". Przedstawia on pociętą żyletką prawą dłoń niejakiego A. Pągowskiego (co wynika ze znajdującego się obok niej podpisu). Zbieżność z nazwiskiem znanego polskiego plastyka musi dziwić zważywszy szokujący prymitywizm przedstawienia, ale po chwili namysłu całość okazuje się logiczna: Pągowski pokaleczył sobie dłonie i stąd nieudolność wychodzących spod jego ręki rysunków. Plakat ten jednak nie jest tylko zapisem smutnego zdarzenia z życia artysty, lecz ma za zadanie udowodnić wątpliwą tezę, iż naciągnięcie na kciuk prezerwatywy uchroni go przed ranami ciętymi (na rysunku jedynie kciuk osłonięty różowym kondomem nie jest pokiereszowany). Zadziwia optymizm A. Pągowskiego, który mimo obrażeń dłoni (które np. dla pianisty oznaczałyby niechybny koniec kariery) zapewnia przechodniów iż wszystko "jest o.k.", a zarazem sam dodaje sobie otuchy ("nie pękaj"). Mamy wątpliwości czy dodanie małego napisu u dołu kompozycji "PREZERWATYWY CHRONIĄ PRZED AIDS" jest w stanie nadać tej dziwacznej realizacji charakteru sugestywnego plakatu społecznego. Być może to "niekomercyjne" przedsięwzięcie ma realizować pewien program socjalny, polegający na wspieraniu artystów, którzy utracili zdolności twórcze i tym samym ich byt zawodowy jest zagrożony, co dobitnie udowadnia rozpaczliwa jakość artystyczna omawianego plakatu. Naszym zdaniem taka akcja ma jednak wyłącznie negatywne skutki społeczne, bowiem przyczynia się wydatnie do obniżania poziomu kultury estetycznej kraju, zaś słabi artyści i tak póki co radzą sobie w Polsce znakomicie.

Mam zero pomysłu. Pšgowski


Równie niejasne przesłanie zawiera billboard na którym przedstawiono strzykawki i przekreślone grupki tańczących ludzików. Prawdopodobnie plakat skierowany jest do najmłodszych, którzy jeszcze nie wiedzą, że chorowanie ma nie tylko swoje miłe strony (nie chodzi się do szkoły), ale także te przykre - zastrzyki, nie możesz się bawić, chodzić do dyskoteki. Zdziwienie wywołuje informacja przekazana przez firmę odór, iż plakat ten został zaprojektowany w ramach kampani antynarkotykowej. Czyżby w epoce amfy, kwacha i koki narkotyki kojarzyły się jeszcze komuś ze strzykawkami?
Jak wspomnieliśmy, w określeniu "niekomercyjny" kluczowe znaczenie ma cząstka "komercyjny". Teraz wypada jednak się zgodzić, że przedrostek "nie" jest równie istotny. Opisuje on mianowicie drugą, podstawową cechę plakatów niekomercyjnych, fakt, że wszystko w nich jest na nie. Nie są kreatywne, nie są przekonujące i najprawdopodobniej przed ich wydrukowaniem i rozwieszeniem nikt się nawet nie zastanowił czy spełnią one swój cel. Czy nie nazbyt ubogie w formie i treści są realizacje przedstawiające czarno-białą flagę z napisem "narkotyki nie biorę", lub hasło "narkotyki. zażywasz-przegrywasz" napisane fatalnie brzydkimi literkami? Praca specjalistów od kreacji nie powinna się przecież ograniczać do powiększenia (na ksero?) hasła, które przyszło faksem, tak aby zajęło powierzchnię 2 na 5 metrów.

billboard czy powiększone na ksero hasło?


Osobnej refleksji wymaga działalność niejakiego Boro, czyli Pawła Borowskiego, autora infantylnych pod względem pomysłu, treści i wykonania plastycznego plakatów. Atutem Borowskiego jest to, że pracuje w reklamie, zna właściwych ludzi i rozumie, że aby się przebić najlepiej posługiwać się ogólnikami, frazesami, sloganami. Wie, że latem firmy mają kłopoty ze sprzedażą powierzchni reklamowej, ma dostęp do sprzętu, kilka telefonów i wszystko załatwione - całe miasto upstrzone irytującymi bilborami. Nie wiadomo czemu naprawdę ma służyć wymyślona przez niego akcja: "Wielka Promocja Miłości!!! Wielka Promocja Przyjaźni!!! - Wygraj życie!" - popisaniu się przed koleżankami z pracy, leczeniu artystycznych kompleksów młodego pracownika agencji reklamowej, czy realizacji wyrachowanego planu wspinania się po szczeblach zawodowej kariery? Pewne jest tylko, że jego Wielka Promocja Wartości promuje plastyczną żenadę i intelektualny prymitywizm.
To smutne, że w tych niekomercyjnych działaniach hurraoptymizm bierze górę nad rzetelnością i zdrowym rozsądkiem. Ktoś rzuca hasło: "jesteśmy fajowi, zróbmy coś niekomercyjnego, odlotowego, zróbmy wielką promocję miłości!" i faktycznie robi się jakby samo: szybko, bez pomysłu i kontroli jakości, bo przecież praca jest niekomercyjna - nie ma klienta, który przypilnuje, zaakceptuje, zapłaci. Cel uświęca środki, ale nie uświęci ich, jeżeli nie zostanie osiągnięty.

Billboro, tragedia


Ponieważ często chodzimy do Zamku Ujazdowskiego nie udało nam się uniknąć parokrotnego oglądania odorowej imprezy. Pozostaje nam tylko jedno optymistyczne spostrzeżenie. Nazwy kolejnych edycji ekspozycji są coraz krótsze, pierwsza nosiła tytuł "Międzynarodowa wystawa megaplakatu niekomercyjnego", za trzecim razem odpadł przedrostek "mega", czwarta ekspozycja przestała być "międzynarodowa", żywimy więc nieśmiałą nadzieję, że za piątym razem nie będzie już wystawy.
[grudzień 1999]

 

opinie-protesty-komentarze
TRUSZKOWSKI KONTRA INSTYTUCJE
Jerzy Truszkowski fragment pracy z cyklu "Wielki Mistrz" 1986
Jerzy Truszkowski 1986, fot. z akcji "Wielki Mistrz"
Nie sprzyjam fałszerstwom dokonywanym na sztuce współczesnej, nie sprzyjam nazywaniu czerwonego białym, nie sprzyjam naruszaniu podstawowych praw jednostki. Dlatego stanowczo protestuję przeciwko umieszczeniu bez pytania mnie o zgodę mojego nazwiska i prywatnego adresu w nr 5 “Żywej Galerii” w dziale “lista galerii i osób sprzyjających”. Obowiązkiem wydawcy (w tym wypadku Galeria Wyspa) oraz redaktora (w tym wypadku Grzegorz Klaman) jest uzyskanie zgody człowieka na umieszczenie jego nazwiska oraz prywatnego adresu w jakimkolwiek wydawnictwie. Galeria Wyspa oraz Grzegorz Klaman naruszyli moje podstawowe prawo do ochrony danych osobowych. Być może uczynili to z lenistwa, a może uczynili to umyślnie, by opublikować dłuższą listę nazwisk pod reprodukcjami okładek dwu “najnowszych wydawnictw CSW Łaźnia”.
Jedno z nich jest typowym produktem wielkiej instytucji, ciężkim klocem wydrukowanym na najdroższym papierze, pozbawionym wartości informacyjnej oraz myślowej, typowym nagrobkiem Cmentarza Sztuki Współczesnej. Tytuł tego kawału makulatury stanowi zafałszowanie, bowiem artyści biorący udział w wystawie “Negocjatorzy sztuki wobec rzeczywistości” w większości wypadków nie odnoszą się do problemów rzeczywistości, a w jednym wypadku naruszają podstawowe prawo jednostki, prawo do dysponowania swym wizerunkiem. Chodzi mi o rejestrowanie przez jedną z artystek nagich kobiet i mężczyzn bez ich zgody oraz publiczne pokazywanie tej rejestracji. Jest to metoda tajnej policji politycznej. Nie sprzyjam metodom stosowanym przez jakiekolwiek tajne policje polityczne, byłe i obecne.
Sprzyjam tym artystom i galeriom, co do których mam pewność, że ich sztuka służyła obronie wolności jednostki.
Do tej pory nie ukazała się nakładem jakiejkolwiek instytucji kultury i sztuki ani jedna książka poświęcona analizie twórczości artystów o fundamentalnym znaczeniu dla kultury polskiej. Andrzej Partum, Andrzej Dudek-Dürer, Jacek Kryszkowski, Zbyszko Trzeciakowski ryzykowali samymi sobą, kreowali miejsca całkowicie pozainstytucjonalne, nie wystawiali w galeriach zakładanych przez komunistycznych działaczy studenckich i dlatego teraz ich genialne dokonania - zmieniające rzeczywistość - usuwane są ze świadomości społecznej. Ich dzieła nawet w niepodległej Polsce nie są kupowane do zbiorów muzealnych i dlatego za sto lat zostaną w polskiej pamięci jedynie knoty akademickich tradycjonalistów zaczepionych na wygodnych uczelnianych etatach. Podobnie dzieł KwieKulik nie ma do tej pory w zbiorach żadnego Centrum Sztuki Współczesnej, Muzeum Sztuki, Muzeum Okręgowym czy Narodowym! Do tej pory nie opracowana i nie wydana jest historia dwu fundamentalnych prywatnych alternatywnych instytucji poza-instytucjonalnych: Biura Poezji (1970-1984) oraz PDDiU (1971-1987). Zamiast tego wydawane są na luksusowym papierze kloce fałszujące historię sztuki polskiej. Nie sprzyjam tego rodzaju machinacjom.

Jerzy Truszkowski (Instytut Sztuki Krytycznej Stowarzyszenia Artystów Sztuk Innych)

 

opinie-protesty-komentarze
Na zawsze razem: ŹLI POLITYCY I ŹLI ARTYŚCI
Smutne oblicze Abakanowicz
Smutne oblicze Abakanowicz
Wybory prezydenckie były tradycyjnie okazją dla krajowych artystów do podlizania się politykom - przedstawicielom obecnej lub przyszłej władzy.
Listę Komitetu Honorowego kandydata Kwaśniewskiego ("Gazeta Wyborcza", 6.10.2000) otwiera nazwisko Magdaleny Marii Abakanowicz. Niewątpliwie legitymowanie się nazwiskiem rozpoczynającym się na dwie pierwsze litery alfabetu wydatnie przyczyniło się do międzynarodowej kariery tej artystki - we wszystkich możliwych spisach i zestawieniach Abakanowicz jest zawsze pierwsza. Najwidoczniej mania wielkości i pierwszeństwa jest tak silna, że artystka nie mogła darować sobie kolejnej szansy na przodownictwo. Dalej na liście entuzjastów kandydatury Kwaśniewskiego znajdujemy oczywiście Jerzego Dudę-Gracza. Prezydent jest znanym admiratorem twórczości tego herosa arte-polo, obraz jego autorstwa podarował nawet papieżowi, a wiosną minionego roku bawił na gali jubileuszowej Dudy-Gracza w Katowicach i osobiście odznaczył go orderem. Kwaśniewskiego wspiera także inny mega-gluciarz i peerelowski luminarz Marian Konieczny, odpowiedzialny za zaśmiecenie polskich miast długą serią pomników (m.in. warszawska Nike, Lenin w Nowej Hucie, a ostatnio, niechciany w Krakowie Jan Matejko przy ul. Puławskiej w Warszawie). Nie jest również zaskoczeniem obecność na tej liście Andrzeja Skoczylasa, niegdyś wziętego malarza z nurtu nowej figuracji, zawsze - również w okresie stanu wojennego - wiernego władzy socjalistycznej redaktora skandalizującego czasopisma artystycznego "Sztuka" (skandal polega na tym, że ten żenujący magazyn, w którym publikują niemal wyłącznie Skoczylas i Skoczylasowa, jest od kilku lat sztucznie utrzymywany z dotacji ministerialnych).
Niemniejszych atrakcji dostarcza lektura "Listu przedstawicieli warszawskiej inteligencji", którzy postanowili wesprzeć kandydaturę Mariana Krzaklewskiego ("Gazeta Polska", 27.09.2000, przedruk: "Gazeta Wyborcza", 3.10.2000). Wśród podpisanych znajdujemy Jerzego Kalinę - znanego twórcę okolicznościowych, pełnych patosu, patriotycznych instalacji i akcji plastycznych realizowanych zarówno na zamówienia władzy świeckiej i kościelnej, jak i np. producentów wódki. Inna ciekawa postać na liście Krzaklewskiego to Maria Wollenberg-Kluza, "artysta malarz", a dokładniej, słusznie zapoznana malarka, dawniej członkini PZPR (dzięki czemu miała wystawę w Zachęcie), obecnie jak widać zwolenniczka władzy prawicowej.
Pamiętaj, głosując na Kwaśniewskiego lub Krzaklewskiego wspierasz złą sztukę w Polsce!
/oprac. ŁG/

 

opinie-protesty-komentarze
skandaliczne nagrody ministra kultury
GLUT W BŁOTO
statuetka Myjaka
Glut Myjaka (po czym poznać glut Myjaka: jest to na ogół nieforemne "coś" z brązu, częściowo surowe, a częściowo - zwykle w górnej części - wyglancowane na złoto - zobacz charakterystyczny przykład)
Doroczne Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego wręczane są uroczyście podczas bankietu w Zamku Królewskim w Warszawie. W ten weekend przyznano nagrody za rok 1999 (czyli rychło w czas, dla przypomnienia, polska sekcja AICA - Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki - nie zdecydowała się jeszcze komu przyznać swoje nagrody za rok 1998!). Laureaci nagród ministerialnych, co roku ok. 15 osób, dostają po 25 000 zł oraz tradycyjnie brązowego gluta czyli statuetkę produkcji rektora Myjaka, mistrza gluciarstwa polskiego. W tym roku nagrody dostało dwóch artystów: Jan Kuruc - twórca ludowy ("specjalizuje się w skórze i metalu: pasach, kierpcach, uprzężach oraz spinkach nawiązujących formą do tradycyjnej sztuki Podhala") oraz Stanisław Rodziński - rektor krakowskiej ASP, malarz i pisarz o sztuce, od dawna poważnie zarażony krakowską czarna chorobą egzystencjalną i wirusem etosu religijno-narodowego. Z artystycznego punktu widzenia przyznanie Rodzińskiemu nagrody ministra należy uznać za żenadę roku. Aby uniknąć podobnych wpadek w przyszłości, podajemy do wiadomości, że kandydatów do nagród zgłaszają instytucje, związki twórcze i stowarzyszenia - a więc do dzieła: zasypmy ministerstwo falą zgłoszeń!
Rodziski "Matka" 1984
Błoto
Rodzińskiego z elementami czarnej egzystencjalnej choroby krakowskiej i wyraźnym wirusem etosu religino-narodowego ("Matka" 1984).

 

 

Odkrywanie pępka po zmierzchu
AMS W MODZIE
Monika Zielińska - Blizna po matcePrzełom listopada i grudnia to czas wyjątkowo szczęśliwy dla Galerii Zewnętrznej AMS. Notujemy wyjątkowy przypływ entuzjazmu dla działalności dzielnych poznaniaków, szczególnie w kręgach rządowych. Ledwie odebrali nagrodę rozdeptanego ananasa dla najlepszego mecenasa kultury (wręczał ją osobiście premier Buzek), przyszła wiadomość o kolejnym ministerialnym wyróżnieniu dla AMS. 16 grudnia w stołecznym Pałacu Kultury Galeria Zewnętrzna AMS otrzyma Nagrodę Honorową Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w konkursie reklamowym Złote Orły. Dodajmy, że statuetki do obu tych konkursów wyszły spod ręki mistrza Pastwy. Tym samym AMS staje przed niepowtarzalną szansą stworzenia wyjątkowej kolekcji prac jednego z klasyków gluciarstwa polskiego. Zachęcamy do dalszego łowienia trofeów.
To nie koniec sukcesów billboardowej galerii. Nieco wcześniej zdobyła ona nagrodę w kategorii "mecenat" w konkursie działań public relations Medium. Tu z kolei nagrodą była statuetka Złotego Ołówka z mosiądzu. Gala odbyła się w sali balowej Hotelu Sheraton.
W związku z tymi nagrodami i towarzyszącymi im bankietami kuratorzy Galerii Zewnętrznej spędzają ostatnio większość czasu w Warszawie. Kolejną okazją do spotkania (i skromnego bankieciku) było piątkowe, premierowe wyklejenie plakatu Moniki Zielińskiej "Blizna po matce" przed zujem. Nowiutki, ustawiony na trawniku i podświetlony billboard wyraźnie wybijał się z ciemności, w których skrywa się wieczorami zuj. Para młodych fachowców w firmowych kombinezonach AMS z wielka wprawą wykleiła plakat, na którym króluje powiększony do ogromnych rozmiarów pępek. Osobiście uważam projekt Zielińskiej za najlepszą w tym roku wystawę w Galerii Zewnętrznej AMS (wcześniejsze to Janicki, Rajkowska i CUKT).
Na koniec uwaga natury kulinarnej. Jak to się dzieje, że skromniejsze, na świeżym powietrzu, dostępne dla wszystkich poczęstunki na wernisażach Galerii Zewnętrznej AMS są zawsze dużo bardziej treściwe, po prostu lepsze, niż wyszukane i reglamentowane bankiety po wernisażach zujowskich, mimo, że jedne i drugie przygotowuje ta sama Qchnia Artystyczna? To kolejny dowód na potwierdzenie tezy, że w polskich warunkach im mniejszy budżet, tym lepsze efekty. Dotyczy to zresztą nie tylko jedzenia, również sztuki.

 

"Wunderbar" w Essen

I ty możesz trafić na okładkę!

Wunderbar Wojtka ZasadniegoWunderbar Wojtka ZasadniegoWojciech Zasadni, nasz ulubiony rzeźbiarz młodego pokolenia, w dobrym nastroju powrócił z otwarcia swojej indywidualnej wystawy w Essen. Wystawa ma miejsce w centrum gminy protestanckiej Kreuzer i została zorganizowana przez nadreńskie Stowarzyszenie Polsko-Niemieckie. Wojtek pokazał w Niemczech znany i lubiany cykl płaskorzeźbionych w drewnie okładek czasopism. Seria ta cały czas rośnie. Organizatorzy wystawy w Essen sfinansowali powstanie kolejnej, tym razem monumentalnej okładki, na której może się znaleźć każdy z widzów ustawiając się za pokrytą tytułowymi napisami taflą z pleksi i pozując do fotografii. Po serii płaskorzeźb, które były utrwaleniem okładek autentycznych czasopism, tym razem Wojtek sam wymyślił tytuł czasopisma i jego zawartość. Jest niemieckojęzyczne i nosi tytuł "Wunderbar" ("Cudownie"). Teksty na okładce brzmią zachęcająco: "Możesz wszystko, masz wszystko, nic nie musisz", "Jak należy wypoczywać bez trudu", "Zdrowie i Piekno", "30 sposobów na zwalczenie doła".
Pobyt w Niemczech Wojtek wspomina jak najlepiej: "Jestem zadowolony. Bardzo dobra organizacja. Mieszkaliśmy w hotelu nad zalewem, wszędzie wozili nas samochodami. Byliśmy w centrum polonii niemieckiej. Tylko z wyżywieniem było gorzej, znaczy bar turecki, ale piwa i alkoholu było pod dostatkiem."
Okładka "Wunderbar" po zakończeniu wystawy w Essen (trwa do 7 stycznia) pozostanie na razie w Niemczech, są bowiem plany by pokazać ją jeszcze w innych galeriach. Krajowa publiczność musi więc jeszcze trochę poczekać na możliwość znalezienia się na (w) okładce, tymczasem emocjonują się tym Niemcy: "Jeden starszy pan na wernisażu powiedział, że wejdzie do okładki, ale tylko dlatego, że ma dziś 80. urodziny" - wspomina Wojtek.

Wojtek Zasadni z jednš z okładek

raster home