|
A_R_C_H_I_W_U_M
|
|
felietony/eseje/artykuły
I-XII 2004
|
| Krzysztof Kościuczuk | |
| BUNTOWNIK Z POWODU | |
![]() |
|
| Thomas Hirschhorn wzbudza skandal swoją ostatnią wystawą w Paryżu. Przewodniczący szwajcarskiej prawicowej populistycznej partii Christoph Blocher toczy pianę, a rząd Szwajcarii zmniejsza o milion franków dotacje dla związanej z artystą fundacji Pro Helvetia. | |
Hirschhorn bojownik |
|
| Bezpośrednia
prowokacja |
|
![]() Thomas Hirschhorn, "Swiss-Swiss democracy" widok instalacji, foto: King Negrito |
|
| Latające nożyce
z gór |
|
| Wystawa "Swiss-Swiss democracy" w Centre Culturel Suisse de Paris czynna jest do 30 stycznia. | |
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| GÓRNA, DOLNA I GÓRNA | wystawa:
Happy Birthday miejsce: Bunkier Sztuki, Kraków artysta: Katarzyna Górna koordynator: Anna Smolak daty: 15.12.2004 do 23.01.2005-01-11 |
||
| Ocena: 3 | |||
|
|
|||
Katarzyna Górna "Aniołek, Różyczka, Rybka" |
|||
Wystawa Katarzyny Górnej zapowiadała się ciekawe po półrocznym "sezonie
ogórkowym" w Bunkrze. Twórczość Górnej, to niemal instruktażowy
przykład kobiecej sztuki walczącej. Zarówno zdjęcia, jak i wideo, byłyby
doskonałą pomocą naukową, ilustrującą wykłady z historii myśli feministycznej
oraz gender dla początkujących. W prosty i czytelny sposób formują atlas
nowej kobiecej ikonografii, bazując i pasożytując zarówno na historycznych
kanonach jak i utartych konwencjach przedstawiania płci. "Happy
Birthday" skomponowano i podzielono w sposób bardzo jasny i konsekwentny.
Na dolnej kondygnacji Bunkra pokazano starsze, wielkoformatowe prace
"Zestaw kobiet", "Aniołek, Różyczka, Rybka", "Madonny".
Czarno białe fotografie: fryzy, tryptyki, absyda układają się w galerii
niemal na kształt świątyni, zapomnianego przez Pana kościoła. Nagie
Boginie, Primavery w hieratycznych pozach godnie wypełniają przestrzeń
białego pudełka galerii. |
|||
Katarzyna Górna "Happy Birthday" |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| OBROŃO NASZ- OBROŃ NAS! | wystawa:
Paweł Kaszczyński "Advocatus Noster - Defende Nos!" (Obrońco Nasz - Obroń Nas!) miejsce: Galeria ON, Poznań artysta: Paweł Kaszczyński organizator: Galeria ON (ASP Poznań) data: 16.12.2004-22.12.2004 |
||
| Ocena: 4 | |||
|
|
|||
![]() Advocatus noster, defende nos! fot. Paweł Kaszczyński, 2004 |
|||
|
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| MALARSKI PASJANS | wystawa:
Tomasz Ciecierski "Obrazy niesfotografowane" miejsce: Galeria Le Guern, Warszawa data: do 19 lutego 2005 |
||
| Ocena: 3+ | |||
|
|
|||
|
|||
![]() Tomasz Ciecierski z serii Ksero, 2003-2004 (39x29 cm) |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a |
|||
| BAŁKA
WYJAŚNIA CZYLI LIST OTWARTY DO DAWIDA RADZISZEWSKIEGO Panie Dawidzie W swym krótkim tekściku - donosiku zawarł Pan tak wiele zmyśleń, że aż strach. Spróbuję Panu sytuację w głowie rozjaśnić i uporządkować. Po pierwsze nie wynieśliśmy się z budynków ASP, a otworzyliśmy przestrzeń dodatkową, która jest częścią projektu tegorocznego polegającego na aktywizacji przestrzeni na wybranym odcinku. W tym roku jest to Solna - Mostowa. Pomieszczenia na Solnej są zdecydowanie większe od schowka na szczotki i troszkę mniejsze od Galerii AT. Zapraszam do sprawdzenia. Działa tam też Rzeźbiarski Klub Filmowy. Z tym tytułem to Pan pokręcił strasznie: Jakie cukierki Panie kolego? Czyje dzieciństwo? Jaki Otwock? Jaka czytanka? Skąd Pan te bzdurne informacje czerpie? Dla Pana nierówność, dla mnie różnorodność - kwestia spojrzenia. Akademia wyprowadza sie z Akademii? Patrz początek mojego listu. Coś Pan przekombinował z interpretacją. Więcej rzetelności, a mniej plotkowania w pisaniu na pewno by się Panu przydało. Czego z Nowym Rokiem Panu życzę. Mirosław Bałka |
|||
RÓŻNORODNOŚĆ VS NIERÓWNOŚĆ. OBRONA RADZISZEWSKIEGO. Szanowny Panie |
|||
p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a |
|||
p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a |
|||
HILL W POZNANIU. POLEMIKA Jako widz i uczestnik opisanych
wydarzeń nie mogę zgodzić się z treścią tekstu, jaki napisał Bartosz Kałużny
o wizycie Garego Hilla w Poznaniu. Już na samym początku jego autor pokazał,
że ma swojego chłopca do bicia i bić będzie z zamkniętymi oczami. Jeśli
pan Bartosz stwierdza, że najważniejsze wydarzenia w Poznaniu organizuje
ASP ze szkodą dla tych wydarzeń, a mówimy tu o targach i wizycie Hilla
to nie wiem czy wie, że bez ASP tych wydarzeń by po prostu nie było (poza
tym, jako że pracuje w prywatnej poznańskiej galerii na istnieniu targów
powinno mu zależeć). Nie bardzo rozumiem w tej sytuacji, czy Kałużny Hilla
w Poznaniu oglądać chciał czy nie chciał. W tekście czytamy, że organizatorzy
nie przewidzieli, że wizyta tak wybitnego artysty spotka się z tak wielkim
zainteresowaniem. Gdyby jak przystało na rzetelnego krytyka pan Bartosz
zasięgnął języka dowiedziałby się, że w Poznaniu pojawiło się trzy razy
więcej ludzi niż we Wrocławiu i w Łodzi czego nikt przewidzieć nie był
w stanie. Jeżeli chodzi o być może niefunkcjonalną, ale piękną przestrzeń
galerii U Jezuitów, to najważniejszy jest fakt, że w ocenie artysty była
to najlepsza przestrzeń zaoferowana mu podczas podróży po Polsce. Głupie
i krzywdzące jest zdanie, że jedyną pozytywną wartością była praca zespołu
Hilla. Gdyby nie dwudniowy wysiłek laborantów i techników z ASP, z legendarnym
Karolem Ciechanowskim na czele, pan Bartosz mógłby sobie oglądać nie performance
Hilla, ale co najwyżej zacieki na ścianie. Organizatorzy nie mieli też
najmniejszego wpływu na to, czy artysta miał czy nie miał siły rozmawiać
z publicznością natychmiast po wykonaniu performancu. |
|||
NADAL TRÓJKA Z PLUSEM - ODPOWIEDŹ BARTOSZA KAŁUŻNEGO. Jako niezależny krytyk, nie związany stale z żadnym
czasopismem artystycznym, czy prywatną galerią (w tekście polemicznym
występują nieaktualne dane) mogę sobie pozwolić na swobodę sądów. W przeciwieństwie
do mojego adwersarza nie jestem pracownikiem państwowej instytucji i szczęśliwie
nie muszę występować w jej obronie. Trzeba mieć naprawdę dobre samopoczucie
i być równie bezkrytycznym (co jest mi zarzucane) oceniając pozytywnie
działalność Szkoły (poznańskiej ASP) na polu wystawienniczym. Z całym
szacunkiem, ale albo )Pan nie czytał artykułów jakie pojawiały się w prasie
po ART POZNAŃ, czy nie słuchał opinii wyrażanych przez właścicieli galerii,
albo obaj byliśmy na dwóch różnych imprezach. Na istnieniu targów naturalnie
mi zależy, ale chciałbym, żeby one rzeczywiście przypominały targi np.
kolońskie, berlińskie, bazylejskie, czy paryskie, a nie jarmark. Nie czas
przytaczać argumenty stron, które organizacje Targów krytykowały, sądzę
bowiem, że są one Panu znane. Co się tyczy mojej recenzji wizyty Hilla
w Poznaniu, to muszę Pana rozczarować, że nie byłem jedyną osobą, która
zauważyła tę, wg mnie, fatalną organizację i nie były to wrażenia tylko
zwykłych uczestników, ale i innych krytyków i właścicieli galerii. Głosy
krytyczne można było usłyszeć także ze strony ASP. Ciekawe, że po tak
wnikliwym zapoznaniu się z moją recenzją uwadze Panan uszło, lub też celowo
nie odniósł się Pan, do stwierdzenia, że przygotowania nadania doktoratu
honorowego rozpoczęły się tylko z miesięcznym wyprzedzeniem. |
|||
p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a p o l e m i k a p
o l e m i k a |
|||
| Sebastian Cichocki | |
| DELLER ZWYCIĘZCA! | |
![]() |
|
| Nagrodę Turnera wygrał Jeremy Deller. To dobra wiadomość. Deller jest błyskotliwy i trudny do zaszufladkowania. Według niektórych krytków to najważniejszy współczesny twórca polityczny (warto zajrzeć do listopadowego "Frieze"). Jego rozbudowane, wieloaspektowe projekty rzadko przybierają postać namacalnego dzieła, gotowego do konwencjonalnego zaprezentowania w galerii - pozostają po nich jedynie ślady: płyta CD, telewizyjna rejestracja, książka etc. | |
Zrekonstruować
bitwę |
|
![]() Jeremy Deller, "The Battle of Orgreave", 2001 (fot. The Modern Institute) |
|
Deller
w PolscePrace Jeremy Dellera były w Polsce pokazywane dwukrotnie. Wziął udział w przygotowanej przez Magdę Kardasz wystawie "Happy Outsiders" (Zachęta i BWA Katowice) oraz w foksalowskiej inwazji na Cieszyn "Ukryte w słońcu". Podczas tej drugiej wystawy Deller zaprezentował zrealizowany w Kaliforni projekt "After the Gold Rush". Dokumentuje on różne, często kuriozalne aspekty życia na amerykańskiej prowincji - od galerii prowadzonej przez byłych członków Czarnych Panter, przez Egzotyczne Światowe Muzeum Burleski w Helendale, zaskakujące architektonicznie kościoły i kaplice, po więzienia o zaostrzonym rygorze, charakterystyczne dla krajobrazu Kalifornii. Deller opowiadał: "Kupiłem działkę ponieważ uznałem, że jeśli zamierzam spędzić w Ameryce cały rok, mogę posiadać na własność jej część. Kupiłem ją na aukcji, która była wydarzeniem w starym stylu - jak religijne spotkanie wypełnione sprawami pieniędzy i ziemi". W Cieszynie praca została ukryta w piwnicach muzeum miejskiego - a później wyeksponowana jako projekcja slajdów, uzupełniona muzyką country i zapachem palonej szałwi. |
|
| Pocztówka z podróży
do Teksasu Deller wrócił niedawno do amerykańskiego wątku w pracy "Memory Bucket": jest to dokumentacja podróży artysty do Texasu. Odwiedził dwa miejsca: Crawford - rodzinne miasto prezydenta Busha i Waco - gdzie agenci FBI starli się w krwawej walce z członkami grupy Vernona Howella (The Branch Davidians). To właśnie za "Memory Bucket" Jeremy Deller otrzymał nagrodę Turnera. Sebastian Cichocki |
|
![]() Jeremy Deller, Coffee Station, Crawford, Texas (kadr z "Memory Bucket") 2003 (fot. The Modern Institute) |
|
Linki: wywiad z Dellerem z okazji nominacji do nagrody Turnera http://www.tate.org.uk/onlineevents/archive/jeremy_deller/ tekst o "Battle of Orgreave", najsłynniejszym projekcie Dellera http://www.artangel.org.uk/pages/past/01/01_deller.htm + recenzja książki z plikami audio http://www.minersadvice.co.uk/reviews_english_civil_war.htm tekst w Guardianie http://www.guardian.co.uk/arts/turnerprize2004/story/0,15076,1324763,00.html o projekcie "No Vogue" http://www.showstudio.com/art/deller.html Deller opowiada o "After the Gold Rush" http://www.findarticles.com/p/articles/mi_m0268/is_3_41/ai_94122698 projekt "Folk Archive" Dellera i Alana Cane'a http://www.folkarchive.co.uk/ |
|
|
|
| Artur Pałyga | |
| TERRORYZM WEDŁUG BAUMGART | |
![]() |
|
| W sali na piętrze Bielskiej Galerii BWA czerwona plama na ścianie z tyłu - pas czerwieni - od razu zwraca uwagę. Na jego tle - banalna, zwykła, wiernie oddana postać młodej dziewczyny w widocznej już ciąży. Prawa pięść zaciśnięta. Wyzywająco naga, od stóp do głowy. W czerwonej spódniczce, wyciętej z przodu. Do twarzy ciężarnej dziewczyny przyrosła duża, wulgarna, różowa maska świni. Na ścianie, na czerwieni podpis: "Anna Baumgart. Bombowniczka". Anna Baumgart tłumaczy -Przecież to historia jak z XIX wieku! | |
|
Anna Baumgart: To osoba osaczona przez system, osaczona przez pewne konwencje, które próbuje przełamać. Dlatego ma zaciśniętą pięść i jest bezbronna, jest obnażona, ale jednocześnie waleczna. To bojowniczka. Mówiła pani o modelce, która pozowała do tej pracy
i której los był inspiracją. Dlaczego terrorystka? Jest bezbronna. I dlatego w pewnym momencie może stać się terrorystką. Z czego rodzi się terroryzm? Z bezbronności! Z niemożliwości tkwienia dłużej w danej sytuacji! I ten terroryzm jest zasugerowany w tytule Bombowniczka? Tak. Może w ogóle terroryzm z tego się rodzi. Terrorystami są ludzie z państw, w których zostali pozbawieni praw, ludzie źle traktowani politycznie, ekonomicznie, ludzie wykorzystani. To oczywiście jest bardzo trudne do przyjęcia, bo terroryści dla nas to zbrodniarze, którzy niosą śmierć bezbronnym ludziom, zabijają dzieci. Ale nie możemy nie postawić sobie pytania, dlaczego. Czego skutkiem jest terroryzm? Jakiej polityki? Ta polityka trwała przez stulecia. Dlaczego nałożyła pani tej dziewczynie maskę świni? To obraz tego, jak postrzega ją społeczeństwo? Bardzo trudno mi na to odpowiedzieć. Zrobiłam to intuicyjnie. Historia tej dziewczyny jest ważna dla odbioru pracy? Ważna jest dla mnie z osobistych powodów, ale ja zawsze konstruuję pracę
z bardzo osobistych powodów. Ludzie, którzy tę pracę oglądają, niekoniecznie
muszą znać tę historię. Oni takie historie znają ze swojego życia. Wystarczy,
żeby się zastanowili i nie odrzucali tej pracy od razu. Żeby pochylili
się nad nią i zastanowili się, dlaczego. Myślę, że każdy z nas ma w swoim
środowisku kobiety, które sprowadzono do funkcji seksualno - rozrodczych.
Czy rzeczywiście zostały im stworzone równe szanse w społeczeństwie? |
|
Oczekuję zastanowienia się, poszperania w sobie i w kulturze, pomyślenie, z czego to może wynikać. Co dzieje się teraz z Bombowniczką? Urodziła to dziecko? Urodziła dziecko i jest w trudnej sytuacji, bo nie może znaleźć pracy. Gdy pracodawca dowiaduje się, że to samotna matka małego dziecka, oczywiście nie chce jej przyjąć. Nie mając pracy, nie może oddać dziecka do żłobka. Dostaje 200 zł alimentów od ojca dziecka. I tak żyje. A jak to powinno wyglądać? Państwo powinno się nią zaopiekować, ponieważ ona pełni bardzo ważną rolę w społeczeństwie. Wychowuje nowego człowieka! Powinna dostawać pensję od państwa na wychowywanie tego dziecka. Czyli płacenie jej pensji byłoby obroną własną społeczeństwa. Uważam, że kobiety powinny dostawać pensję za to, że są w domu i wychowują dzieci, bo to jest ciężka praca. Nie powinny być skazane na dobrą lub złą wolę swoich mężów, czy ojców dzieci. Państwo powinno się tym zająć! Podam taki przykład. Kobieta wychowuje dzieci, mąż pracuje. Dzieci wychodzą z domu, ona już jest stara, a na pewno nie jest już tak atrakcyjna, jak młoda kobieta, która ją zastępuje i do której zaczyna chodzić jej mąż. A ona nie pracowała przez całe życie. Dzieci, które wychowywała, już odeszły z domu. Taka kobieta nie ma żadnej rangi społecznej. Społeczeństwo właściwie nią lekko pogardza. Jest nikim, czyli gospodynią domową. Dlaczego akurat ta historia Panią tak zaabsorbowała? Bo akurat ta znalazła się w moim polu rażenia. Znałam tę młodą dziewczynę, która przyjechała do Warszawy, która mnie zachwyciła, uważałam, że tyle może osiągnąć. I po roku okazało się, że nic nie osiągnie, bo jest w ciąży, bez środków do życia. Pani też jest bojowniczką? Jestem. Zarzucają mi nawet, że jestem za bardzo zaangażowana politycznie, społecznie. Bardziej niż artysta być powinien. Za bardzo zaangażowana? Tak, bo od sztuki się oczekuje rozwiązań artystycznych, uniwersalnych przemyśleń, a nie społecznego zaangażowania. Bojowniczka to terrorystka. Tak też by się pani określiła? Jest Pani terrorystką? Jestem terrorystką w tym sensie, że to, co mówię i co robię w sztukach wizualnych terroryzuje publiczność tak, że muszą się nad czymś zastanowić. Ale na pewno nie ponoszą tak straszliwych konsekwencji, jak ofiary prawdziwego terroryzmu. Bo Pani do nikogo nie strzela. Ale w jakimś sensie staje Pani po ich stronie. Proszę pana... to jest bardzo delikatna sprawa. W wyniku terroryzmu giną niewinni ludzie. Ale musimy wiedzieć... Proszę zobaczyć, co się stało z 11 września. Wszędzie pisano "11 września", nigdzie nie pisano "11 września 2002 roku" czy 2001, już nie pamiętam... Wydaje mi się, że 2002... ale... No i proszę zobaczyć, pamiętamy, że 11, ale nie pamiętamy roku. A dlaczego się tak dzieje? Przecież to jest celowe działanie. Nie podaje się roku, aby wywołać wrażenie, że jest to coś, co nie miało przyczyny. Gdyby podawano rok, kojarzylibyśmy, co wtedy się działo w polityce, jak to wszystko funkcjonowało. Widzi pan ten straszliwy incydent zostaje w ten sposób wyrwany z kontekstu historycznego, politycznego, ekonomicznego. Nie mówi się już o tym, dlaczego tak się stało, jaka była polityka Stanów Zjednoczonych. Myśli Pani, że to jest celowe działanie żeby zamazać datę... Żebyśmy nie myśleli o tym, czego konsekwencją jest ten straszliwy akt terroryzmu. On się nie zrodził z niczego. Rozmawiał Artur Pałyga |
|
|
|
r
e c e n z j a r e c e n z j a
r e c e n z j a r e c e n z j a
r e c e n z j a |
|||
| PRESTIDIGITATOR | wystawa:
Usługi fotograficzne dla ludności miejsce: Galeria Potocka, Kraków artysta: Robert Kuśmirowski kurator: Joanna Zielińska daty: 5.11.2004-5.02.2005 |
||
| Ocena: 5- | |||
|
|
|||
![]() |
|||
Pod koniec pracowitego dla artysty roku można stwierdzić, iż Kuśmirowski
znalazł skuteczną, złotą formułę na dobrą sztukę. Jednak każdy dobry
Prestidigitator wie, że ta sama sztuczka powtarzana wielokroć przestaje
być dla publiczności atrakcyjna. "Usługi fotograficzne dla ludności"
nie są popisem rzemieślniczym na wielką skalę, hiperrealistycznym opus
magnum. Artysta nie uwodzi cyzelowanymi perfekcyjnie detalami, skutecznie
wymyka się ewentualnym zarzutom o popadanie w formalistyczny cyrk. Objawiając
talent iluzjonisty-performera Sztukmistrz z Lublina, zbudował sytuację
stosunkowo skromną, opartą na przeszłości miejsca. W białym sześcianie
galerii powstała praca artystycznie wiarygodna, atrakcyjna dla widza
nawet gdy Kuśmirowski dawno już zgolił bródkę i podąża pieszo w zupełnie
innym kierunku. |
|||
![]() |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| CHŁOPACY Z MAGAZYNU | Magazyn
Sztuki Numer: 30 (2004) Data wydania: XI 2004 |
||
| Ocena:
3+ (plus za warszawski dodatek) |
|||
|
|
|||
|
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| NA SKRAJU RZECZYWISTOŚCI | wystawa:
Performance Mind on the line miejsce: Galeria U Jezuitów, Poznań artyści: Gary Hill, George Quasha, Charles Stein, Aaron Miller i Dorota Czerner organizator: ASP Poznań, Galeria U Jezuitów data: 7.12.2004 |
||
| Ocena: 3+ | |||
|
|
|||
W Poznaniu najważniejsze wydarzenia artystyczne "organizuje"
Szkoła (poznańska ASP) i wg mnie ze szkodą dla tych wydarzeń. Przypomnę
choćby Art Poznań 2004 - Targi Sztuki. Szkoła - główny organizator Targów
zasłużenie znalazła się pod obstrzałem krytyki. Myślałem, że następne
zdarzenie, które ASP wykreuje będzie inne. Moja naiwność została surowo
skarcona 7.12.2004 r. |
|||
|
|||
|
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| ZA DRZWIAMI NA ZEWNĄTRZ | "Kiki's" |
||
| "Kiki's" Ocena: 3- | |||
| "Pokarzemy wam coś" Ocena: 4+ | |||
|
|
|||
Mirosław Bałka wraz ze swoimi studentami wyniósł się z budynków ASP
i przeniósł się do kamienicy na ulicy Mostowej. W budynkach ASP nie
za było miejsca ponieważ Bałka dostał w tym roku pomieszczenia wielkości
schowka na szczotki w budynku na ulicy Solnej. 16 Grudnia w nowej pracowni
odbyła się wystawa "Kiki's". Na wystawie która miała charakter
przeglądu pracowni znalazły się prace 15 studentów. Tytuł "Kiki's",
nic nie znaczący wyraz, oddaje niejasność koncepcji wystawy. Ktoś powiedział,
że "Kiki's" to cukierki, które Bałka jadł w dzieciństwie (cukierki>dzieciństwo>Otwock>Bałka).
Okazało się, że tytuł jest wylosowanym przez jedną ze studentek pracowni
wyrazem z czytanki po angielsku. |
|||
|
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| NATALIA LL | autor:
Natalia LL książka: Texty. Teksty Natalii LL. O Natalii LL wydawca: Galeria Bielska BWA, Bielsko-Biała, 2004 cena: 40 złotych |
||
| ocena: 4 | |||
|
|
|||
Takie
książki ocenia się trudno, bo jak oceniać publikację o podstawowej wartości
historycznej? Oto bowiem jedna z tych nielicznych na naszych półkach książek,
których powinno być bardzo wiele - źródłowe opracowanie zawierające autorskie
teksty jednej z najważniejszych i najlepszych polskich artystek II połowy
XX wieku. Ile ważnych postaci naszej sztuki czeka na taką publikację (a
ilu jej niestety nigdy nie doczeka?) W dodatku całość przetłumaczona została
na angielski, co daje nadzieję, że jeszcze ktoś więcej, niż tylko osoby
władające polską mową, będzie mógł zapoznać się bliżej z tekstami Natalii
LL. Z kolei na polski przetłumaczone zostały teksty zagranicznych autorów
piszących o artystce. Trzeba jednak wyjaśnić, że nie jest to książka ot
tak, po prostu dobrze nadająca się do czytania czy oglądania. Zamieszczone
tu teksty są przede wszystkim dokumentem artystycznym i dokumentują również
sposób w jaki do tej pory mówiło i pisało się o sztuce Natalii LL. Książka
ta więc posłuży i pomoże w pierwszej kolejności profesjonalistom - historykom
i historyczkom sztuki, krytykom i krytyczkom i nie zastąpi pełnej monografii
czy albumu Natalii LL, a tylko zaostrzy nań apetyt. Publikacja ta w swej
formie jest czymś pomiędzy akademickim skryptem, a ilustrowaną książką
monograficzną o Natalii LL. To wspaniałe, że jest, a okrutne, że uświadamia
doskwierającą nieobecność kolejnych tomów, a w pierwszym rzędzie wyczerpującej
monografii pomnikowych serii prac Natalii LL z I połowy lat 70.: "Sztuka
konsumpcyjna" i "Sztuka postkonsumpcyjna". Ileż to ciekawych
rzeczy chciałoby się dowiedzieć o uczestnictwie artystki w międzynarodowym
ruchu artystycznym lat 70., czy choćby o znajomości z Carolee Schneemann
czy Josephem Koshutem...gorczyca |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| NIEZŁE EFEKTY | wystawa:
Piękno czyli efekty malarskie miejsce: Galeria Bielska BWA, Bielsko-Biała artyści: Anna Baumgart, Agata Bogacka, Bogna Burska, Paweł Książek, Małgorzata Markiewicz, Magdalena Moskwa, Anna Orlikowska, Anna Ostoya, Jadwiga Sawicka, Jan Simon, Grzegorz Sztwiertnia i Monika Wiechowska kuratorki: Magdalena Ujma i Joanna Zielińska daty: 6.11-5.12.2004 |
||
| ocena: 4- (czwórka z minusem) | |||
|
|||
![]()
|
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| PERMANENTNA INKORPORACJA | wystawa:
Inc. miejsce: Galeria Sztuki Program, WARSZAWA; Galeria XX1, WARSZAWA kurator: Kazimierz Piotrowski daty: 5.11 - 4.12.2004 Wystawa będzie pokazywana w 2005 roku w następujących galeriach: Galeria BWA Zielona Góra, Galeria Bielska BWA, Bielsko-Biała, BWA we Wrocławiu, Muzeum Narodowe w Szczecinie |
||
![]() Jerzy Kosalka, Mam go, 2002, fot. Anita Kupniewska |
|||
Zastanawiałem
się, co sprawia, że oglądając po raz pierwszy wystawę "Inc. Sztuka
wobec korporacyjnego przejmowania miejsc publicznej ekspresji" miałem
przemożne wrażenie przewidywalności pokazanych prac, którego w dodatku
pozbyć się jest wyjątkowo trudno. Dlaczego po zobaczeniu jednej części
wystawy, nie miałem ochoty na zobaczenie drugiej? Po przeczytaniu katalogu,
w którym kurator powołuje się na licznych - żyjących i nie - myślicieli
i filozofów, poczułem się cokolwiek zmieszany i pokornie powróciłem na
miejsce zdarzenia. Niestety i tym razem bez olśnienia. |
|||
![]() Robert Maciejuk, Bez tytulu, 1997, fot. Anita Kupniewska |
|||
|
|||
![]() Pawel Jarodzki, 2004, fot. Anita Kupniewska |
|||
Warto
w takim razie spojrzeć właśnie na politykę wykluczania. Zadając kilka
pytań na które nie oczekuję odpowiedzi, chciałbym zapytać jaki (może ciekawszy)
kształt mogłaby mieć Inc. I tak - dlaczego nie pojawiają się na wystawie
prace jak na przykład Euro Zbigniewa Rogalskiego, ze zbiorów banku ING?
Czyż nie jest to świetna ilustracja (przypominam, że na tym obrazie malarz
wraz ze swoją dziewczyną maluje i wycina 100 eurowe banknoty) perwersyjnego
kontekstu funkcjonowania dzieła i dwuznaczności praktyki korporacyjnej?
Dlaczego nie zwraca się praktycznie uwagi na fakt pochodzenia części prac
z 'komercyjnych' galerii, które "nie są zainteresowane w rozwijaniu
[...] krytycznego nurtu sztuki". Dlaczego przywołując akcję AMS'u
pyta się jedynie Jak kontrolować korporacje, skoro narzędzia tej kontroli
są w rękach tychże korporacji? Chciałbym zobaczyć w t y m kontekście pracę
taką jak Nieprawdziwy Zamek Anny Niesterowicz, można też było wspomnieć
o proteście finalistów konkursu Spojrzenia Deutsche Banku, etc. Nic z
powyższych. Zamiast tego, serwuje się widzowi dramatyczne prace pewnej
grupy, która kiedyś była genialna, a ostatnio postanowiła sprawdzić, co
sytuuje się na antypodach tego pojęcia. Według tych panów dobra reklama
i sztuka sytuujś się poza logiką cynicznego rozumu. Jeśli idzie o ich
sztukę i mój rozum, to z pewnością. * wszystkie cytaty pochodzą z katalogu Inc. Sztuka
wobec korporacyjnego przejmowania miejsc publicznej ekspresji (w Polsce),
Warszawa 2004 oraz z wywiadu z dr Kazimierzem Piotrowskim przeprowadzonego
przez Przemysława Wielgosza w Listopadzie 2004. |
|||
r
e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e n z j a r e c e
n z j a |
|||
| Sebastian Cichocki | |
| U.S.A. CZYLI UŻYTECZNE STRATEGIE AKTYWISTYCZNE | |
| Istnieje cała lista nadużywanych przymiotników, służących dziś do opisania amerykańskiego mocarstwa: zagubione, niepewne, gwałtowne, dumne, gorączkowe, chaotyczne, obsesyjne. Z pewnością coraz trudniej przychodzi samym Amerykanom użycie, wpisanego przecież w nazwę kraju, określenia: zjednoczone. Wyniki elekcji z listopada 2004 odzwierciedliły dobrze znaną już prawdę: w obrębie terytorium Stanów Zjednoczonych żyją dwa narody. "Niebieskie" (liberalne) i "czerwone" (konserwatywne) części kraju pozostają dla siebie enklawami egotycznymi i niezrozumiałymi, z własnym prawem, obyczajowością i hierarchią wartości. Żadna ze stron nie wykazuje specjalnej ochoty aby eksplorować "nieznane lądy." A ignorancja i lekceważenie budzi uśpione demony. Przede wszystkim strach. Póżniej rodzi się, z trudem skrywana, nienawiść. | |
|
|
|
| Pęka od środka.
|
|
![]() |
|
| Tu się nie lubi
tej Ameryki Amerykanie, jak się okazało, są mistrzami samoumartwiania. W Museum of Contemporary Photography wiszą zdjęcia Irakijczyków torturowanych przez amerykańskich żołnierzy. Na Foley Square w NYC postawiono Freedom of Expression National Monument (według projketu zrealizowanego uprzednio w czasach rządów Reagana) - gigantyczną tubę z mównicą, przy pomocy której można publicznie dać ujście swojemu niezadowoleniu. Duch obywatelskiej rewolty unosi się w powietrzu. Żadna nacja nie wydaje się być dziś równie antyamerykańska co sami Amerykanie. Wielu artystów zza oceanu zamarło w przerażeniu, obserwując zbierające się nad krajem czarne chmury. Procentuje to wzmożoną aktywność
wszelkiego rodzaju ruchów lewicujacych, anarchistycznych, femnistycznych,
ex-Czarnych Panter, ekologów, ulicznych interwencjonistów etc. Szukają oni
nowych, bardziej witalnych i skutecznych metod na wyrażenie obywatelskiej
niezgody, odmiennych od smutnych, apatycznych manifestacji, jakie stały
się jedną z cech szczególnych społecznego krajobrazu miast amerykańskich
po 11/9. Sztandarowym przykładem są dziewczyny z grupy The Pink Bloque.
Ubrane w różowe sukienki tańczą na ulicach do klubowych, pop-songów. Tłumaczą,
że kręcą publicznie tyłkami po to by zaprotestować przeciwko wszelkim znienawidzonym
formom władzy. Są wszędzie gdzie dzieje się coś podejrzanego: podczas republikańskich
zlotów, manifestacji antyaborcyjnych, na imprezach rodzinnych, które odbywają
się na plażach przy jeziorze Michigan (wyławiając z tłumu młodych, zawstydzonych
żołnierzy, którzy dopiero co wrócili z Iraku). Jak mówią o sobie: jesteśmy
za słodkie, żeby nas aresztować. Rozwija się także re-tagging ("retroactive
logo distribution") - przewrotna forma walki z wielkimi korporacjami:
graficiarze pokrywają ściany i szyby sklepów szablonowymi popularnymi logami
(np. witryny sklepu odzieżowego Gap upstrzone są logo Gap, McDonald znakami
McDonalda etc). Klienci i właściciele sklepów sa zdezorientowani - to dobrze,
czy źle? Co stało się z naszym ukochanym logo? Re-tagowcy zachęcają do zakładania
własnych bojówek i zintensyfikownia działań. Tłumaczą na swojej stronie
www: Satysfakcja, którą poczujesz, to więcej niż wystarczający powód żeby
wziąć udział w tej akcji, przecież reklamodawcy dali ci już tyle, że nadszedł
czas, żebyś i ty dał im coś z powrotem. Odżywa także ruch graffiti, stłumiony w USA działaniami policyjnymi w ostatnich latach. Bardzo prężnie działa np. grupa z Chicago pod wdzięczną nazwą "God Bless Graffiti"., posługująca się nietypowym, niemal kaznodziejskim językiem i argumentująca swoje racje za pomocą zmyślonych cytatów z Biblii. Grupa kładzie nacisk głównie na negatywne skutki kryminalizacji malowania po murach - wielu młodych ludzi trafiło do więzień z całkiem poważnymi wyrokami za graficiarski "recydywizm". Oprócz akcji na ulicach, pociągach i galeriach (zostali zaproszeni między innymi do udziału w wystawie "The Interventionists" w najwiekszym w USA centrum sztuki współczesnej Mass MOCA, w North Adams, Massachusetts) wydają swoją broszurę "Give Graffiti the Thumbs Up", która ma na celu edukowanie przypadkowych, z reguły negatywnie nastawionych, amerykańskich odbiorców malunków na ścianach. |
|
![]() z wystawy "The Presidency" w Exit Art (NYC) |
|
| Widzę, że rząd patrzy |
|
![]() z wystawy "Perfect Union - more or less" w The Reneissance Society w Chicago |
|
Opozycja w galerii |
|
|
|
Garść użytecznych
linków: |
|
| Raster, 11 grudnia 2004 (sobota), godz. 20.00 - amerykański wieczór telewizyjny "Soft Power: Hard and Slower" | |
| CO SIĘ DZIEJE | |||
|
|||
| DOKTOR
HILL Gary Hill, jeden z najwybitniejszych
amerykańskich artystów, zawitał 1 grudnia do Polski. Przybył tu nie tylko
po to aby odebrać doktorat honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu
ale przede wszystkim by zaprezentować polskiej publiczności interaktywny
performance "mind the line". Będzie on efektem współpracy Hilla
z kilkorgiem wybitnych artystów takich jak George Quasha, Charles Stein,
Aaron Miller i Dorota Czerner. "Mind the line" pokazany został
najpierw 4 grudnia o 19 we wrocławskim Ossolineum, później zaś możliwość
uczestniczenia w nim mieli widzowie z Łodzi( 5 grudnia godz 21 Teatr 77)
i Poznania ( 7 grudnia godz.18 Galeria u Jezuitów). Projekt ów jest zakrojony
na sporą skalę - Hill przygotowywał go we Wrocławiu przez kilka dni (od
1 do 4 grudnia), dając widzom szansę na uczestnictwo w akcie twórczym.
Prace nad nim, zgodnie z życzeniem artysty, miały charakter otwartego
warsztatu. Do uczestnictwa w nim zaproszeni zostali szczególnie studenci
uczelni artystycznych. |
|||
| Dzięki Fundacji Galerii Foksal stanęła na kilka tygodni na Osiedlu Kopernika w Warszawie uliczna rzeźba Thomasa Hirschhorna. Zetknęliśmy się już wcześniej na łamach rastra z tym szwajcarskim artystą przy okazji omawiania documenta11, gdzie Hirschhorn wzniósł na obrzeżach Kassel "Pomnik Georges'a Bataille'a" - był to jeden z najciekawszych projektów w ramach tej największej na świecie wystawy sztuki współczesnej. | |
![]() |
|
| HIRSCHHORN W WARSZAWIE | |
Zrealizowana po raz pierwszy w 1997 roku w Munster, "Skulptur-sortir-station", czyli ni mniej ni więcej tylko Stacja-Sortowania-Rzeźby, to jedna z najgłośniejszych prac szwajcarskiego artysty, którego znakiem rozpoznawczym są pawilony i ołtarze zbudowane z najprostszych dostępnych materiałów jak drewno, folia, papier i taśma klejąca. Jako przestrzenie do realizacji swoich projektów, Hirschhorn wybiera niekoniecznie centra w sensie topograficznym, ale miejsca żywe, jak skwery, place na przedmieściach czy centra handlowe.
Zapytany pewnego razu o powód użycia tak specyficznych
materiałów odpowiedział: "wybieram je bo są oszczędne. Oszczędne
nie znaczy tanie; oszczędne znaczy polityczne" - dodając później
- "Zdecydowałem się nie robić sztuki, która jest polityczna; ja politycznie
r o b i ę sztukę" Ale polityka w wydaniu Hirshhorna często przypomina
strategię detournement - powtórnego użycia elementów kultury masowej -
jak w przypadku pacyfy i znaków firmowych Channel, Mercedesa i Volksvagena
oklejonych folią aluminiową, wciśniętych w jedną z przegródek "Skulptur-sortir-station".
"Ale ta praca - opowiada - to też swoisty pojemnik na rzeźby. Te
nieistniejące i osobiste, jak zaprojektowane przeze mnie nagrody imienia
Roberta Walsera i Emmanuela Bove, i te, o których zwykle nie myśli się
jak o rzeźbach". Być może sam nie wiedział jak bardzo prawdziwe jest
to zdanie. Już w dniu otwarcia pewna pani rozpytywała krążących nieśmiało
wokół konstrukcji dziennikarzy, ile kosztuje jeden z telewizorów. Lokalna
społeczność wydaje się być żywo zainteresowana 'nowością na rynku', choćby
nawet był to rynek osiedlowy. |
|
![]() |
|
![]() |
|
| BIENNALE
W ŁODZI - pierwsze międzynarodowe biennale sztuki współczesnej w Polsce. Łukasz Gorczyca oglądał je w przeddzień wernisażu, zaś Wojtek Kozłowski w dniu otwarcia. Oto ich relacje: |
|
![]() |
|
| W
przeddzień otwarcia |
|
| Kiedy pierwszy raz, mniej więcej rok temu, usłyszałem, że w Łodzi ma się odbyć międzynarodowe biennale sztuki nie wierzyłem, że to się uda. Ale z miesiąca na miesiąc mglista wizja zamiast się rozwiewać przybierała coraz bardziej realnych kształtów, aż w końcu doszło do tego, że autentycznie nie mogłem się doczekać dnia otwarcia biennale. Może właśnie dlatego zdecydowałem się jechać do Łodzi już dzień przed oficjalnym wernisażem - na konferencję prasową. Chciałem obejrzeć wystawy unikając wernisażowego tłumu. W sumie nie żałuję tej decyzji, choć - postawmy sprawę jasno - gotowych prac widziałem niewiele. W przeddzień otwarcia biennale, kiedy zaproszono nań dziennikarzy, sztuki było niewiele, dużo za to refleksji o Łodzi, architekturze i idei biennale. Biennale to brzmi dumnie |
|
![]() |
|
| Tak samo, a nie
tak samo Przykład Łodzi pokazuje, że nie jest trudno stworzyć Biennale. Trochę dobrej politycznej woli (prezydent miasta załatwił olbrzymie, puste przestrzenie dawnej fabryki Uniontexu), trochę pieniędzy (przynajmniej żeby starczyło na przyjazd artystów) i dużo organizacyjnego zapału (choć niekoniecznie dużo rąk do pracy - w biurze biennale oprócz kierownictwa pracowały tylko 3 osoby). Pytanie o motywację można w tym wypadku zbyć krótko opowieścią o świetnej tradycji Konstrukcji w Procesie, niezwykłej imprezy artystycznej zapoczątkowanej w Łodzi podczas solidarnościowego zrywu w 1981 roku. Wówczas przyjazd do zapomnianego polskiego Manchesteru awangardowych artystów z Europy i Ameryki miało głęboki artystyczny i społeczny sens, a sama formuła imprezy - artyści przyjeżdżają i na miejscu realizują swoje projekty - była czymś świeżym i intrygującym. Przez kolejne lata i edycje Konstrukcja była imprezą wymyślaną i zarządzaną przez samych artystów, którzy stworzyli coś w rodzaju międzynarodówki urządzającej kolejne mityngi w różnych miejscach świata. I wygląda na to, że pomysł na biennale polegać miał przede wszystkim na uświęceniu tej formuły i dodaniu jej prestiżu. Zaproszono grupę kuratorów i artystów, która - każdy niezależnie od siebie - wytypowała uczestników, a dalej miało być już tak samo - artyści przyjeżdżają do Łodzi by na miejscu zrealizować swoje pracy. "Na miejscu" to znaczy dziś przede wszystkim oszczędności - nie trzeba sprowadzać prac, płacić za transport i ubezpieczenie, a w praktyce wszystko wygląda jak na normalnej wystawie - fabryczne hale wypełnione luźno instalacjami, obiektami i projekcjami, czasem tylko ktoś się pokusi by zrobić faktycznie coś "na miejscu" w bezpośrednim związku z otoczeniem, kontekstem i znaczeniem okolicy. |
|
![]() |
|
| Wieloaspektowy
kontekst specyfiki międzynarodowego biennale Zaryzykujmy tezę, że wypracowana metoda organizacyjna, sieć artystycznych kontaktów i imponujące, tysiące pustych metrów kwadratowych pofabrycznej powierzchni to jeszcze ciut za mało by stworzyć międzynarodową imprezę, która będzie miała realną intelektualną i artystyczną, a nie tylko emocjonalną wartość. Oczywiście: wielu dobrych artystów i zapewne dobrych prac (przybywszy za wcześnie tego się mogę tylko domyślać), oczywiście tradycja, oczywiście słuszna chęć rozruszania życia artystycznego, ale minęły już czasy kiedy hasło "Critics Choice" może wystarczyć za merytoryczne uzasadnienie całego biennale. W materiałach prasowych można jeszcze przeczytać, że Biennale w Łodzi "tak jak inne tego rodzaju przedsięwzięcia, na przykład słynne Biennale w Wenecji, to wystawa przekrojowa, gromadząca najlepszych artystów z całego świata i tworząca bezpośredni, artystyczny dialog, obejmujący jak najpełniej wszystkie media i aktualne formy wypowiedzi artystycznej w kontekście wieloaspektowej specyfiki miasta i Polski". I jeszcze, że biennale jest "realizowane z okazji przystąpienia Polski do Unii Europejskiej". No comments. Porównanie biennale łódzkiego i weneckiego najbardziej przekonująco wypadło w ustach weterana Fluxusu, Emmetta Williamsa, jednego z kuratorów łódzkiej imprezy, który z poczuciem humoru zauważył podczas konferencji prasowej, że w Wenecji są gondole, a w Łodzi riksze. |
|
![]() |
|
| Rykszą na biennale Dystans jaki dzieli łódzkie biennale od - trzymajmy się złośliwie przywołanego przez organizatorów przykładu - biennale weneckiego z całą mocą unaocznił się w dniu konferencji prasowej. Widok sali, w której odbyć się miało spotkanie z dziennikarzami, na 5 minut przed jego rozpoczęciem można uznać za symboliczny (patrz foto). Na
usprawiedliwienie organizatorów trzeba powiedzieć, że 10 przygotowanych
krzeseł to nie było za mało dla wszystkich zainteresowanych wydarzeniem
dziennikarzy. Na konferencję stawił się dyrektor biennale, a także kuratorzy
części polskiej i łódzkiej. Z kuratorów głównej części wystawy - wspomnianego
"Critics Choice" - pojawił się tylko niezawodny Emmett Williams.
Za to - w przeciwieństwie do tego co dzieje się na ogół w Wenecji - dziewczyny
z biura biennale były wyjątkowo sympatyczne i służące daleko idącą pomocą.
Co do przyszłości biennale jego dyrektor mówił z ekscytacją o bliskiej decyzji
definitywnego przekazania budynków "Uniontexu" na potrzeby organizatorów
Biennale (a wcześniej Konstrukcji w Procesie) - Międzynarodowego Muzeum
Artystów. To wizja rozpalająca wyobraźnię (podobno 8000 m kw.), ale i budząca
trwogę - jak zagospodarować i utrzymać taką przestrzeń? Czy mają to robić
artyści? Czym to zapełnić? Permanentne biennale? Składnica sztuki, która
nie mieści się nigdzie indziej? I pytanie - czy biennale, niejako odgórnie,
ma szanse ożywić życie artystyczne Łodzi i reszty kraju, stworzyć raczkującą
jak dotąd infrastrukturę? Czy też może jest dokładnie odwrotnie, dobre biennale
rodzi się jako naturalny wynik dynamicznego rozwoju sceny artystycznej,
sprzyjających jej instytucji i intelektualnego fermentu? Może więc dobrym
pomysłem na dziś byłoby zamiast abstrakcyjnego "Critics Choice"
zacząć od biennale cenzury polskiej? |
|
![]() |
|
Dobre Feng Shui |
|
![]() |
|
| Biennale Łódź w
dniu otwarcia ZASKAKUJĄCA KRUCHOŚĆ SZTUKI |
|
| Jechałem na Biennale Łódź bez nadziei na
olśnienia, nowe doznania, czy odkrycia. Jechałem po spotkania z artystami,
ale też z ciekawością podszytą obawą o spójność tak dużego przedsięwziecia.
Nie zawiodłem się licząc na spotkania - co do zawartości to Łódź jest sama
w sobie wielkim dziełem sztuki, niezwykłym miastem ciągle czekającym na
swój czas. Nie mam zamiaru oceniać wystaw, chylę jednak czoła przed wysilkiem
organizatorów. Duże imprezy są potrzebne - dla spotkania, konfrontacji postaw,
rozmów, w trakcie których bywa, że rodzą się nowe idee, no i przede wszystkim
dla publiczności, mającej nareszcie spektakularne wydarzenie, pokazujące
świat sztuki, na codzień odległy i nieznany. Nigdy bym się nie ważył na
pisanie o Biennale, gdyby nie jedno zdarzenie, o którym za chwile. Na moment
pozwolę sobie na impresyjne wspomnienie ... |
|
| Warto wspomnieć, że obok głównych wystaw swoją przygotowali
artyści z Poznania, związani z galeriami ON i IF Museum Inner Spaces.
Własnym wysiłkiem materialnym zaaranżowali w typowo łódzkich, posindustrialnych
warunkach zróżnicowaną pokoleniowo i artystycznie ekspozycję, z dużym
udziałem prac medialnych. Świetną pod kazdym względem instalację video
pokazała Izabela Gustowska, cztery projekcje fragmentarycznie ukazujące
uczniów szkoły tanga - emocja, napięcie i energia! Wystawie tej, w przeciwieństwie
do Biennale, towarzyszył bardzo dobry katalog. |
|
| Bywa często, że artysta tworzy świetną
pracę, nie wiedząc co zrobił. Do tej smutnej konstatacji przywiodła mnie
obserwacja zachowania artystki na otwarciu wystawy. Instalacja była umieszczona
w długim korytarzu, podczas wernisażu przemieszczało sie tamtędy wielu ludzi.
Karolina Wysocka,wraz z towarzyszacym jej Dominikiem Lejmanem, (ale jego
obecnośc i zachowanie to już temat dla "Grastra") bez przerwy
krzyczeli na publiczność, uświadamiając jej kruchość obiektów. Na początku
myślałem, że to element pracy, performance wpisane w jej sens. Rozmowa z
artystką i jej towarzyszem uświadomiła mi, że głęboko sie myliłem. Zastępowali
oni bowiem nieobecnych wolontariuszy, którzy pokrzykiwaniem i obecnością
mieli chronić instalację przed destrukcją. Tak więc, po raz kolejny przekonałem
się, że artyści nie zawsze rozumieją, co właściwie zrobili. "Ostrożnie"
to instalacja w swych sensach wielowymiarowa, opowiadająca o świecie, w
którym bariery stały się wszechobecne, w którym rosnąca świadomość konsekwencji
dwupłciowości świata każe myśleć o uważności, równowadze, ostrożności. W
tym sensie jest hiperpoprawna politycznie. Użycie barierek, tak dobrze znanych
wszystkim jako narzędzie porządkowania przestrzeni oficjalnego świata, stawia
jednak pytanie o powód respektowania regulacji. Czy mamy akceptować porządkowanie,
podporządkowane interesom jakiejś grupy społecznej czy wręcz korporacji,
bezmyślnie, tylko dlatego, że to zapobiega bałaganowi i destrukcji? Czy
te regulacje są aż tak kruche, że trzeba je ciagle przypominać, nawet krzykiem?
Jeśli taki jest sens tej pracy, to dlaczego artystka użyła szkła, materiału
z definicji nietrwałego? Czy nie lepsze byłyby stal i lasery? A może inaczej
- jeśli te narzucone regulacje są tak kruche, to może należałoby przyjąć
możliwośc ich zniszczenia, uświadamiającą delikatną równowagę pomiędzy biologicznym
pędem do zamozatracenia i kulturową koniecznością ustanawiania zasad? Wszyscy
wiemy, że nie należy śmiecić, pluć i dotykać obrazów. Nie sądziłem przy
tym, że to akurat artyści mają to nam uświadamiać. Dominik mówił coś o dobrym
wychowaniu - za chwilę zrugał za brak ostrożności niewidomego (!). Paradoksalnie
udało się Wysockiej (w momencie wernisażu jedynie) ukazać sztywność i sztuczność
narzucanych zasad. Ich, ukrywany pod pozorem konieczności zachowania porządku
głęboko opresywny sens. Szkoda, że obszarem tego pokazu była przestrzeń
sztuki. Szkoda, że kuratorka wystawy, doskonale znająca obszar dyskursu
sztuki i przestrzeni publicznej nie dopilnowała usensownienia tej sytuacji.
Może trzeba było tę instalację po prostu wysoko ubezpieczyć? Szkło się tłucze,
to wiedza podstawowa, którą każdy chyba zdobywa we wczesnym dzieciństwie.
Ludzie z reguły wiedzą, co wolno, a czego nie. Do tego jest wychowanie,
zdobywanie własnej świadomości, refleksja nad światem w całej jego złożoności.
Karolinie Wysockiej udało sie obrazić we mnie świadomego uczestnika świata,
w którym żyję, napominając mnie, niczym policjant, sokista i stróż nocny
w jednym. Piękno jej pracy rozsypało się od krzyku, jak kieliszki Oskara
Matzerata. Dobrze tak kieliszkom, sensu sztuki żal. Wojtek Kozłowski [20.10.2002] |
|
Relacja
z niedawnych akcji Cezarego Bodzianowskiego w Berlinie, Łodzi i Warszawie
|
![]() |
CEZARY
OBECNY I NIE |
Cezary
Bodzianowski należy do najbardziej aktywnych krajowych artystów, tyle
tylko że po aranżowanych przez niego zdarzeniach pozostaje niewiele materialnych
śladów. Jego akcje - a tylko nieliczne gromadzą szerszą publiczność -
żyją raczej w przekazach ustnych niż choćby w fotograficznych dokumentacjach.
Sam Cezary świadomie pozostawia publiczności szerokie pole dla wyobraźni
i domysłów oszczędnie gospodarując dokumentacją swoich działań. Po niektórych
z akcji pozostają natomiast - w formie artystycznych edycji - wymyślone
przez artystę obiekty: puzzle, znaczki pocztowe, plakaty, karty do gry
itp. Wraz z oryginalnymi, własnoręcznie przygotowanymi przez artystę zaproszeniami
na poszczególne zdarzenia dopełniają one niezwykłego uniwersum sztuki
Bodzianowskiego. Sztuki, która powstaje na zasadzie poetyckich dopisków
na marginesach twardej rzeczywistości. |
![]() dokumentacja akcji "Kunstans" |
| w
hotelu... |
![]() Zaproszenie na akcję "Ruchomości i nie. Nieruchomości i ru" |
...w
świetlicy i na ulicy...W sobotę, 22 maja, Cezary Bodzianowski zawitał do warszawskiej świetlicy sztuki Raster by zrealizować akcję "Ruchomości i nie. Nieruchomości i ru". Propozycja wyszła od samego Cezarego, który podczas swojej pierwszej wizyty w świetlicy uznał, że jest to odpowiednie miejsce do działania. W sobotnie popołudnie w Rastrze zebrało się dość liczne grono miłośników sztuki, Cezary zaś z trzema wybranymi ad hoc osobami zasiadł do gry w "Monopol". Ponieważ rozgrywka w niczym nie odbiegała od zwyczajnej partii gry w "Monopol" uwaga widzów szybko osłabła i każdy zajął się własnymi sprawami. Nikt chyba nie spodziewał się już jakieś gwałtownej zmiany wypadków (wiadomo skądinąd, że w "monopol" można grać godzinami), gdy po upływie ponad godziny od rozpoczęcia partii Cezary (który nota bene cały czas siedział w płaszczu) nagle wstał, przeprosił partnerów i opuścił świetlicę. To oczywiście nie stało się bez powodu. Otóż po długiej grze Cezaremu udało się wreszcie stanąć na planszy "ulica Marszałkowska" i "kupić" tę nieruchomość. Niezwłocznie po dokonaniu transakcji artysta przeprosił graczy i udał się na ulicę obejrzeć "na żywo" świeżo nabytą, neogotycką kamienicę przy Marszałkowskiej 72. Tam też - zdjęciami na tle nowej posiadłości - akcja się zakończyła. |
![]() ![]() ![]() Cezary Bodzianowski podczas rozgrywki w Rastrze i przed swoją kamiennicą na Marszałkowskiej. |
| ...i
w tramwaju Dzień wcześniej Cezary działał w Łodzi. W porozumieniu z dyrekcją tamtejszych tramwajów (artysta znany jest z niezwykłej siły perswazji...) dokonał drobnego przesunięcia akcentów: wszystkie nalepki informacyjne znajdujące się standardowo we wnętrzu tramwaju zostały naklejone na zewnątrz. Jeden wywrócony w ten sposób na lewą stronę pojazd kursował przez cały dzień po mieście. [inf. własna, 25.05.2004] |
|
Wszystkich
zainteresowanych działalnością Cezarego Bodzianowskiego zapraszamy do
Świetlicy
Sztuki Raster na pokaz dokumentacji z akcji "Kunstans",
wystawę autorskich zaproszeń na akcje (wybór z lat 2001-2004) oraz bogaty
kiermasz edycji i plakatów artysty! |
![]() |
R
E C E N Z J A - Sebastian Cichocki |
|
"Prym"
BWA Zielona Góra , kwiecień 2004 Kuratorzy: Joanna Mytkowska i Andrzej Przywara |
4,5
gwiazdki |
![]() ![]() |
|
Fundacja Galerii Foksal przyjęła zaproszenie Wojtka Kozłowskiego, dyrektora BWA w Zielonej Górze i zafundowała mieszkańcom przygranicznego miasta wystawę w formie pouczającej mikstury. "Prym" złożony jest z odgrzebanych opowieści o architekturze lat 60., lokalnych anegdot artystycznych, erudycyjnych popisów kuratorskich i, o zgrozo, kolekcji rzemiosła artystycznego. Jest to, jak dotąd, najdziwniejsza wystawa roku. Na pierwszy rzut oka to po prostu kuriozalny spektakl rozgrywający się na siedmiu stołach, gdzie zestawiono gadżety z różnych artystycznych światów. Koncepcja wystawy jest dość zawiła, ale frapująca. Pierwszy wątek to nawiązanie do, doprawdy karkołomnego, projektu Cezarego Bodzianowskiego zatytułowanego właśnie "Prym". Oto jak opowiadają o tym zdarzeniu Przywara i Mytkowska: "Bodzianowski udał się do w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku i rozmaitymi podstępami, a przede wszystkim uległością sprawił, że instytucja sama wyprodukowała jego dzieło. Ulegając sugestiom i zachętom użył wszystkich technicznych możliwości centrum rzeźby i pozwolił aby powstało dzieło z kamienia, metalu, ceramiki, szkła i drewna (w sumie w 16 pracowniach), uszkodzone, a potem odnowione w pracowniach konserwatorskich." Nie więc dziwnego, że wystawa "Prym" wygląda trochę jak giełda dla obłąkanych kolekcjonerów, kleptomaniaków i obsesyjnych szperaczy. Żeby nie było wątpliwości - nie chodzi tu w żadnym wypadku o tzw. wystawę zbiorową. Zebrane przedmioty zostały potraktowane dydaktycznie, są ilustracją do tez postawionych przez Przywarę i Mytkowską, ich wniosków na temat artystów i instytucji, jako sieci producentów, podwykonawców, zleceniodawców etc. Żeby było ciekawiej (czytaj: aby dobrze przygotowany odbiorca mógł podziwiać błyskotliwy koncept kuratorski) powstanie wystawy poprzedził szczegółowy research. Foksalowcy wspominają w katalogu (odbity na xero, pierwsza "edycja" w zawrotnym nakładzie 30 egzemplarzy z wzruszającym, tekstem pełnym celnych maksym i cytatów!) o "Złotym Gronie" - cyklicznej imprezie plastycznej, organizowanej w Zielonej Górze od 1963 roku, powołują się na książkę "Power of Display' Anne Staniszewski'ej, opowiadają o architekturze Janusza Wyczałkowskiego, cytują Gombrowicza i Poprzęcką! Zaskakujace, czyż nie? Z namaszczeniem używają niemodnych słów, typu "biuro", "rzemiosło" albo "plastyka". Kontekst jest zarysowany grubą krechą: rola kolekcji, skandaliczny pociąg do rękodzielnictwa, magazyny instytucji, poszukiwanie obiektu sztuki, romanse z architekturą. A co widzimy na samej wystawie? Prace piętnastu artystów rozłożono na specjalnie przygotowanych stołach, mają one kształt stworzonego w latach 60-ych reliefu Mariana Szpakowskiego - charakterystycznego geometrycznego elementu fasady zielonogórskiej BWA. Na nich ułożono przedmioty o zupełnie niejasnym przeznaczeniu i statucie - niektóre z nich powstały przypadkiem, inne jako ćwiczenie albo makieta, gadżet, model. Zawsze zrobione własnoręcznie. Nad blatami góruje lampa Pawła Althamera wykonana ze jelit zwierzęcych w kształcie łysiczki lancetowatej - popularnego grzyba halucynogennego. Zabawne, że prace najmłodszych uczestników wystawy Michała Budnego (spowinowaconego z Rastrem) i Małgorzaty Markiewicz (znana z wybryków Grzenda.pl i sympatii do żółtego koloru) wyglądają podejrzanie muzealnie - jak wyjęte z zakurzonej gabloty. Prezentują się dostojnie obok prac Krasińskiego czy Bałki. Prawda jest też taka, że, aranżacja wystawy ,z założenia pozbawiona "ograniczeń ideowych i chronologicznych", bywa miejscami dość przewidywalna np. zastosowanie klucza "kobiecego" (na jednym stole Szapocznikow-Sawicka-Markiewicz) albo "młodzieżowo-fundacyjnego" (Sasnal-Niesterowicz-Kuśmirowski-Sosnowska). Fakt faktem, wszystkie prace wydają się nie mieć konkretnego zakorzenienia w historii sztuki najnowszej, są raczej jej odpryskiem, kaprysem. Dryfują, jak śmieci w przestrzeni kosmicznej. Fascynujące kurioza zebrane przez Foksals cieszą oko, zaskakują, opowiadają historie. Przeboje wystawy to np. buty Pauliny Ołowskiej w duchu mondriaanowskim, dyplom czeladnika kafelkarskiego z 1926 roku skopiowany "w niewiadomym celu" przez Roberta Kuśmirowskiego czy drut kolczasty, jaki powstał po tym jak Wilhelm Sasnal rozplątał sceniczny mikrofon. Sasnal zaprezentował również okładkę nieistniejącej płyty analogowej zatytułowanej chwytliwie "Concorde is dead", do tego nafaszerowaną gnijącym bananem. Wystawa pęcznieje od wątków i aluzji, nie opowiedzianych do końca historii i anegdot. Jeżeli chodzi o bystre rozwiązania i bezkompromisowe ruchy na artystycznej szachownicy Foksalowcy wiodą "prym" (wątek narcystyczny w interpretacji tytułu?) . Oczywiście można się zastanawiać czy takie rozwiązania jak wystawa w BWA interesują kogoś poza wąską garstką miłośników zagadkowego sportu, jakim są strategie wystawiennicze, gry w obiekty i lęki przed klątwą kolekcji. Tak czy inaczej Wojtek Kozłowski ma prawo czuć się zadowolony. Sebastian Cichocki 4,5 gwiazdki |
|
![]() ![]() Papierowe kaktusy Michała Budnego |
|
"Nie
wiem czy jest ktoś, kto jest w stanie przewidzieć kolejny krok tego artysty.
Karkołomne przedsięwzięcia chodzą Robertowi coraz częściej po głowie -
teraz marzy mu się, wyjęty z dziecięcych marzeń, spacer po dnie jeziora
w skafandrze z XIX wieku" - Sebastian Cichocki przedstawia sylwetkę
Roberta Kuśmirowskiego - zwycięzcy rankingu RASTRA na najlepszego artystę
roku 2003! |
![]() |
SZTUKMISTRZ
Z LUBLINA |
| Wynik
rankingu Rastra zaskoczył wszystkich. Raczej nikt nie przypuszczał, że
Kuśmirowski pozostawi w tyle takie pewniaki jak Bodzianowski czy Sasnal.
Te wysokie notowania nie były jednak odosobnione. Kilka dni wcześniej
na krakowskim portalu spam.art.pl zakomunikowano: "Kuśmirowski jest
najbardziej sexy artystą w Polsce. Druga połowa roku zdecydowanie należała
do niego". |
|
Wierny uczeń Słodowego |
![]() Fragment wystawy w Galerii Białej, 2002 |
| Kurz
z odkurzacza Otwarcie wystawy. Za oknem zima. Na parapecie butelki z wódką, oranżada, piwo - wszystko z nalepkami z lat 70.. Jedni goście rozlewają wódkę, która wygląda jak wykopana po latach z ziemi, inni przyglądają się podejrzliwie podrabianym butelkom z piwem. Jakieś dziecko pochwyciło archaicznie wyglądającą "Polo-coctę". Sam artysta w zimowej, ukraińskiej czapie i skórzanych spodniach wdał się w rozmowę ze starszym panem, w którym śmieciarska instalacja przypominająca wnętrze baraku robotniczego z lat 70. wzbudziła z trudem skrywaną nostalgię za peerelowskimi czasami. Pojawił się też poważny i szanowany antykwariusz, który z wielkim uznaniem komplementuje kunszt artysty. Wszystkim się podoba. Za ciężkimi zasłonami znajduje się praca Kuśmirowskiego zatytułowana "Double V". Na pierwszy rzut oka zwykły magazyn. Z umywalką i lustrem. Precyzując: nie do końca lustrem - prawda jest taka, że zebrane na strychach i w piwnicach rupieci sprzed lat (szafki, radio, portret Lenina, zdjęcia, mydło, śrubki, szyld "Sztandaru Ludu" etc.) zostały ponownie sfabrykowane przez Kuśmirowskiego po drugiej stronie zwykłej szyby. Światło, odległości i cienie są precyzyjnie ustawione, wrażenie jest powalające. Niektórzy w ogóle nie zwracają uwagi na to, że ich oczy zostały oszukane i rozczarowani wychodzą z sali. "Eee, tam taki bałagan, ja mam tak w domu" - narzeka jakaś starsza pani. Kilka godzin wcześniej Kuśmirowski staranie wytrzepywał kurz z worka w odkurzaczu nad pieczołowicie przygotowywaną całymi dniami i nocami repliką magazynu. |
![]() ![]() "Double V" |
Pamięci
Ignacego PaczyńskiegoNotowania Kuśmirowskim w rankingu Rastra przestaną być zaskakujące jeśli prześledzimy jego zeszłoroczne dokonania. Artysta ten miał w ostatnim roku kilka naprawdę celnych uderzeń. Wziął udział w StockHolm Art Fair, projekcie "Cultural Teritorries" Galerie für Zeitgenoessiche Kunst w Lipsku, wystawie "Context, Form, Troy. Junge Szene" w wiedeńskiej Secession i "Jasqu'au bout du monde" w Galerie de L'Escape International Et Orangerie du Thabor w Rennes. Ale co tam zagraniczne wojaże, jak widać po rastrowym głosowaniu liczą się przede wszystkim krajowe realizacje! Wielkie uznanie Kuśmirowski wzbudził instalacją "Double V" w zuju (kuratorem wystawy był Stach Szabłowski). Prosty pomysł ze sfabrykowanym odbiciem lustrzanym wzbudził prawdziwy entuzjazm wśród krytyków i kuratorów. Prace nad poszczególnymi elementami instalacji trwały 3 miesiące. Ostatecznie instalacja została zdemontowana i wywieziona na Śląsk. W zmodyfikowanej wersji (tafla ze szkła weneckiego w ścianie obnażyła celowe ułomności tej instalacji - a to butelka jest nie domalowana z tyłu, a to faktura i kolor półki jest nie taki jak z przodu etc.) magazyn Kuśmirowskiego trafił do... magazynu Kroniki w Bytomiu. Można go będzie tam oglądać jeszcze do czerwca. Duże wrażenie zrobiła też na publiczności "Fontanna" w galerii XX1, urokliwa rekonstrukcja pijalni wód leczniczych z początku ubiegłego wieku. Płynęła z niej prawdziwa woda (która okazała się być "Nałęczowianką"), pojawiła się też tablica poświecona nie istniejącemu poecie Ignacemu Paczyńskiemu. |
![]() Robert Kuśmirowski podczas przejazdu rowerowego z Paryża do Lipska. "Cultural Teritorries" w Lipsku, 2003 |
| Deja
vu doskonałe Wydaje mi się jednak, że na największy podziw Robert zasłużył sobie tzw. wymarszem rowerowym, który zawiódł go z Paryża do Lipska (1200 kilometrów!) na rowerze firmy A.Wolberg z 1926 roku. Wydarzenie było częścią wystawy "Cultural Teritorries" w Lipsku. Cały projekt przygotowany pod pieczą Fundacji Galerii Foksal, pełen polotu i fantazji, składał się nie tylko z wyczynowego przejazdu dawnymi trasami rowerowymi (Robert ze zrozumiałych względów nie mógł przecież pokonać tej trasy po autostradzie) ale i z równie frapującej części dokumentacyjnej. W lipskiej Galerie für Zeitgenoessiche Kunst pokazano sfabrykowane gazety z lat 20-ych, opisujące wyczyn "śmiałka z Polski", postarzone zdjęcia w sepii z trasy oraz sam rower - tym razem zrobiony z tanich materiałów, bynajmniej nie nadający się już do jazdy (który zresztą i tak przewrócił się i pękł). Okazało się, że Kuśmirowski potrafi kopiować nie tylko obiekty i pomieszczenia, ale także całe sytuacje. |
![]() Robert Kuśmirowski podczas przejazdu rowerowego z Paryża do Lipska. "Cultural Teritorries" w Lipsku, 2003 |
| Diabeł
i kresowe sentymenty Nominując Kuśmirowskiego w rankingu Rastra wspominałem o aspekcie sentymentalnym jego prac, o wycieczkach w dzieciństwo spędzone na, równie mi bliskich, kresach wschodnich. Robert opowiadał w wywiadzie (całość rozmowy znajduje się na portalu Bunkra Sztuki) podczas mozolnego rekonstruowania instalacji "Double V" w Bytomiu, takie historie: "Nic nie było w kioskach, a pieniędzy też brakowało - trzeba było samemu organizować sobie zabawki. Robiliśmy samoloty, samochody wyścigowe na baterie, sterowane motorówki ze styropianu do puszczania na kałużach. Takie mam właśnie bardzo piękne dziecięce wspomnienia z Sandomierza - każdy coś sobie konstruował. W domu narzekano, że znoszę jakieś przedmioty ze śmietnika. Ale ja uczyłem się wtedy choćby od Adama Słodowego i jego programu majsterkowicza dla dzieci. Zaraz po programie siadałem przy stole i robiłem to samo. To był zastrzyk energii. Później to się rozwijało w innym kierunku - chciałem ze znalezionych przedmiotów zbudować jakąś machinę. Takie byłe moje zabawki. Mama wspominała, że kiedy byłem mały to ponoć najpierw musiałem popsuć samochód żeby później się nim bawić." W pewnym sensie odpowiednikiem Kuśmirowksiego w młodym malarstwie polskim mógłby być podopieczny Tarasewicza, Krzysztof Buczak. Uprawia on hiperrealistyczne malarstwo z wschodnio-kresowym, prowincjonalnym zacięciem. Tworzy sztukę, która już u podstaw jest totalnie skompromitowana. Buczak jest przy tym brutalnie szczery - pieczołowicie odmalowuje scenki z pielgrzymek radia Maryja, gniazda bocianie, zapominane rynki, kościoły, kapliczki. Można odebrać to malowanie w sposób przewrotny, wycelowany w skostniałą prowincję i narodowe tęsknoty, ale nie takie są bynajmniej intencje autora. On robi to, w co może trudno uwierzyć, z odruchu serca. Na całe szczęście z Kuśmirowskim sprawa nie jest taka prosta. Robert ma w sobie też diabła i może to czyni jego sztukę tak ponętną. |
![]() |
Spacer
po dnie jeziora |
Czy
sztuka go znudzi? |
![]()
|
![]() Jeff Wall: Passerby, 1996. Fotografia czarno-biała. 229 x 335 cm. Kolekcja Kunstmuseum Wolfsburg |
"Najpierw
były pieniądze, potem była kolekcja" - Urszula Ussakowska-Wolff pisze
o kolekcji Muzeum Sztuki w Wolfsburgu w 10. rocznicę jego powstania. |
KOLEKCJA
SUPERLATYWÓW |
|
|
|
|
Skarby
w średnim wiekuNa temat wysokości budżetu, przeznaczonego na zakup dzieł sztuki, dyrektor Muzeum w Wolfsburgu, który uprzednio pracował w renomowanym Stedelijk Museum w Amsterdamie, woli zachować milczenie. Ale zarówno ilość - ponad 200 obiektów, jak i jakość kolekcji, którą Gijs van Tuyl i jego kustosz Holger Broeker zgromadzili w minionej dekadzie, pozwala przypuszczać, że nie brakuje im ani pieniędzy, ani gustu. Zaś dziesiąte urodziny Muzeum Sztuki, którego logo zdobi różowy wieloryb i które - położone na końcu dość beznadziejnego deptaka śródmiejskiego w Wolfsburgu, przypomina egzotyczne akwarium, jest wymarzoną okazją do zaprezentowania połowy zebranych skarbów publiczności. Co do tego, że to skarby prawdziwe pokazywane są tam teraz we właściwym (najczęściej sztucznym) świetle, angielski tytuł wystawy jubileuszowej nie pozostawia żadnych wątpliwości. Nazywa się ona bowiem "Treasure Island: 10 lat kolekcji Muzeum Sztuki w Wolfsburgu" i sprawia, że jego wnętrza zamieniają się w tytułową "Wyspę Skarbów", na której odkryć i podziwiać można sto dzieł i nazwiska ich trzydziestu twórców, powodujących zawrót głowy każdego szanującego się kolekcjonera i handlarza sztuki. Muzeum Sztuki w Wolfsburgu gromadzi bowiem przede wszystkim Arte Povera, Concept Art i Minimal Art, tak więc przechadzka po "Wyspie Skarbów" odbywa się głównie w kierunkach, obowiązujących w sztuce począwszy od 1968 roku. Widz spotyka tam starych mistrzów i mistrzynie drugiej połowy dwudziestego wieku, wśród których są oczywiście Mario Merz, Nam June Paik, Gilbert & George, Christian Boltanski, Bruce Nauman, Lawrence Weiner, Stanley Brouwn, Cindy Sherman i napotyka (też nie po raz pierwszy) na nowszych, którzy też już na dobre zadomowili się na międzynarodowym rynku sztuki. Należą do nich Damien Hirst, Neo Rauch, Michel Majerus, Daniel Pflumm, Elisabeth Peyton, Luc Tuymans, Thomas Schütte, Jeff Wall, Andreas Gursky, Christian Jankowski, Sarah Morris i Torben Giehler. Tak więc wystawa sprawia miejscami wrażenie niezwykle podniosłe i muzealne: to kolekcja superlatywów, które jak wiadomo nie podlegają dalszemu stopniowaniu. |
![]() ![]() Bruce Nauman: Falls, Pratfalls and Sleights of Hand (Clean Version), (Detail) 1993. 5 wideo projekcji, zmienne rozmiary. Kolekcja Kunstmuseum Wolfsburg |
![]() Daniel Pflumm: Bez tytułu (Opactwo), 1998. Witryna świetlna, nakład 5 egz. 67 x 135 x 15 cm. Kolekcja Kunstmuseum Wolfsburg |
| Pulsujące
przestrzenie Ten jednak, kto nie zamrze z wrażenia na widok masy zebranych w Wolfsburgu dzieł zgromadzonego tam międzynarodowego establishmentu artystycznego, może w niektórych zakamarkach "Wyspy Skarbów" odkryć prawdziwe perełki. Jedną z nich jest Gary Hill ze wspaniałą instalacją "Searchlight": w czarnym pomieszczeniu przesuwa się po ścianach zachęcający do medytacji widnokrąg. Ten zaś, komu bliższy jest puls naszych czasów, powinien udać się do "Wnętrza" ("Interior") - monumentalnej wideo instalacji Amerykanina Douga Aitkena i usiąść na pokrytych filcem głośnikach, z których dobiegają dźwięki wielkiego miasta. Można też zagłębić się w głośnym i barwnym życiu Las Vegas, którym amerykańska artystka Sarah Morris wypełnia sporą powierzchnię muzealną. Urszula Usakowska-Wolff [23.02.2004] |
| "Treasure
Island. 10 Jahre Sammlung Kunstmuseum Wolfsburg" 7.02 - 18.04.2004 Uczestnicy: Franz Ackermann, Doug Aitken, Christian Boltanski, Stanley Brouwn, Tony Cragg, Jan Dibbets, Torben Giehler, Gilbert & George, Douglas Gordon, Andreas Gursky, Eberhard Havekost, Gary Hill, Damien Hirst, Christian Jankowski, Jeff Koons, Jannis Kounellis, Michel Majerus, Mario Merz, Sarah Morris, Bruce Nauman, Nam June Paik, Elizabeth Peyton, Daniel Pflumm, Neo Rauch, Thomas Schütte, Cindy Sherman, Luc Tuymans, Jeff Wall, Lawrence Weiner Wszystkie dzieła zgromadzone w Muzeum Sztuki w Wolfsburgu obejrzeć można na stronie: http://www.kunstmuseum-wolfsburg.de/collection/artistlist/index.php |
![]() Cindy Sherman: Untitled Film Still #33, 1979. Fotografia czarno-biała, bez oprawy: 73,5 x 100,5 cm, z oprawą: 100,9 x 128,5 cm. Kolekcja Kunstmuseum Wolfsburg |
![]() Luc Tuymans: Recherches, 1997/1998. Olej na płótnie. 139 x 151 cm. Kolekcja Kunstmuseum Wolfsburg |
![]() Thomas Schütte: United Enemies. A Play in Ten Scenes, 1994. Teczka z 10 czterobarwnymi offsetami na kartonie (400 gr. papier Forticote) a 69 x 99 cm. Kolekcja Kunstmuseum Wolfsburg |
![]() Daniel Spoerri: Restaurant de la City Galerie, 1965. Assemblage. Foto: Kunsthalle Bielefeld |
Specjalnie
dla RASTRA Manfred Wolff relacjonuje z Kunsthalle w Bielefeld smakowite
artystyczne wydarzenie przygotowane w ramach Roku Żywienia 2004 w Westfalii
- wystawę "Wielkie żarcie. Od pop do dziś" zestawioną z prac
klasyków sztuki 2. poł. XX wieku - Beuysa, Broodthersa, Oldenburga, Rosenquista,
Rotha i innych. |
WIELKIE
ŻARCIE PO WESTFALSKU |
| Chociaż "Mahlzeit" znaczy po niemiecku coś w rodzaju "smacznego", Niemcy używają tej odzywki przy każdej okazji, często z jedzeniem niezwiązanej, a więc zarówno przy stole jak i przy przypadkowym spotkaniu znajomych na ulicy w porze nie obiadowej. "Mahlzeit" jest więc po "Heil Hitler" najgłupszym pozdrowieniem, wymyślonym przez naszych zachodnich sąsiadów.
|
![]() Claes Oldenburg: Giant Loaf of Raisn Bread, Sliced, 1965. Foto: Kunsthalle Bielefeld |
Martwe
natury pop kultury |
![]() Dieter Roth: Krasnale, 1970. Krasnale ogrodowe w czekoladzie. Foto: Kunsthalle Bielefeld |
|
![]() Mona Hatoum: Grater Divide, 2000, Stahl. Foto: Kunsthalle Bielefeld |
![]() Tom Wesselmann: Still Life #29, 1963. Olej i kolaż na płótnie. Foto: Kunsthalle Bielefeld |
Radość
i zaduma |
"Das Grosse Fressen.
Von Pop bis heute", Kunsthalle Bielefeld, 25.01.-24:04.2004 |
|
Przemysława
Kwieka radykalne poetyki rewizjonizmu - czułym piórem Jerzego Truszkowskiego |
WIELKI
REWIZJONISTA KWIEK
|
|
Codziennie umysły miliardów ludzi poddawane są masażowi wizualnemu i werbalnemu. Za pomocą reklam, filmów i programów publicystycznych w świadomość wmasowywana jest konieczność kupowania licznych, niekoniecznie potrzebnych produktów, wmasowywane są schematy postępowania i mówienia, wmasowywane są poglądy. Konsumentom produktów, naśladowcom wzorców zachowań i biorącym udział w wyborach politycznych mówi się, że stoją przed całym wachlarzem możliwości. W to wierzą i ta wiara jest jedną z wielu klisz mentalnych, poprzez które naświetlane są umysły - jak papier fotograficzny pod powiększalnikiem Kwiek rewiduje te klisze, poglądy i zachowania. Jest rewizjonistą. Przewrotnie zawłaszcza termin, który jeszcze niedawno miał znaczenie partyjnej anatemy, a do dzisiaj ma - ekskomuniki. Rewiduje - czyli spogląda na nie jeszcze raz. Łacińskie "re-videre" - to znaczy jeszcze raz zobaczyć. Przygląda się im uważnie. Odkrywa to, czego konsumenci nie chcą zobaczyć, a co ujawnia się w krytyczniej analizie. Stopień uzależnienia od klisz, kopiowania ich poprzez zachowania i słowa, wcale nie musi zależeć od formalnego wykształcenia. Ktoś, kto sam tworzy klisze kulturowe, kto decyduje o tym, co jest sztuką i o tym, jaka jest wartość (kulturowa i finansowa) danego dzieła, tzw. człowiek wykształcony - wcale nie jest odporny na ostinato uderzeń banalnego, reklamowego stempla. Jako artysta i były barman doświadczyłem kontaktów z artystami lub z ludźmi piszącymi teksty nt. dzieł sztuki, pełniącymi odpowiedzialne funkcje w wielkich instytucjach Kultury, którzy powtarzali jak najęci slogany pochodzące z reklam piwa. |
![]() |
Wyciągajmy wnioski! |
![]() |
Statua
Wolności z poderżniętym gardłem
Zgrzyty mentalne na płótnie
|
![]() |
Kwiek
płacze Kraty prawdziwej wolności |
![]() |
Przez
ostatnie pół roku na stypendium w Polsce przebywała niezależna ukraińska
kuratorka Wiktoria Burłaka. Jednym z efektów jej pobytu jest polsko-ukraińska
wystawa "Romantyczna epoka" pokazywana w grudniu we Lwowie,
a w lutym w Kijowie. Polscy uczestnicy projektu (przynajmniej niektórzy)
z wielką sympatią odnieśli się do pomysłu kuratorki by z romantyzmu uczynić
nowy klucz interpretacyjny ich aktywności artystycznej. Pomysł sugestywny!
Oto więc - przygotowana specjalnie dla "Rastra" - relacja Anna
Łazar ze lwowskiej wystawy. |
JESTEŚMY ROMANTYCZNI, ZNOWU |
Tytuł
wystawy "Romantyczna Epoka" jest niepokojący, można zastanawiać
się, jaką treść niesie przywołany tu termin Romantyzm. Polskie rozumienie
tej epoki, jest równie swoiste, co ukraińskie: w Polsce Mickiewicz, na Ukrainie
Szewczenko. Ale wystawa omija te rodzimości szerokim łukiem. Zgromadzone
prace oscylują wokół takich pojęć i tematów jak: indywidualizm, melancholia,
nostalgia, ironia, groteska, kontestacja, status artysty, miłość, groza.
I - o dziwo-niedziwo - zauważyłam cudowny brak tzw. "narodowego pierwiastka"
w sztuce artystów tak ukraińskich jak i polskich. Oczywiście są pewne swoistości:
polski Miś Uszatek Roberta Maciejuka, ukraiński (chociaż trzeba go chyba
nazwać sowieckim) krokodyl Giena, nota bene znany również polskim dzieciom
oglądającym dobranocki we wczesnych latach osiemdziesiątych. Kończąc ten
bajkowy wątek wymienię jeszcze tylko obecność koszmarnych lalek Hliba Wyszesławskiego,
który zsyntetyzował dziecięce koszmary dorosłych z obszaru niejednego, jak
sądzę państwa. |
![]() |
Ach,
jakie to romantyczne! Wróćmy na chwilę jeszcze do tytułu. Kuratorka naprowadza na trop romantycznych pojęć, które według cytowanego we wstępie do katalogu wystawy rosyjskiego kulturoznawcy W. Rudniewa cały czas kształtują społeczne, a w tym również artystyczne wyobrażenia. Słowem mamy tu do czynienia z próbą zdefiniowania kondycji ukraińskich i polskich twórców, którzy romantycznie się zmagają. Wywołany został nie tylko romantyzm górnolotny, ale także kiczowaty z tandetnych filmów i głupawych książek, ten romantyzm, który pojawia się w stwierdzeniu "ACH JAKIE TO JEST ROMATYCZNE!!!" - słowem ckliwizm... Zamiast patosu, zwycięstwa "wartości" niezaprzeczalnych: "Trzy kolory: zielony" Grzegorza Sztwiertni. Tytuł nawiązuje do trylogii Kieślowskiego. W pracy Sztwiertni w centrum widać wyłaniającą się z mroku żabę i zielonkawego człowieka w żabiej pozie. Może to przykład romantycznego oczekiwania na wybawienie z płaziej kondycji np. za sprawą pocałunku jakiejś postaci o ukształtowanym kręgosłupie moralnym. |
|
|
| Romantycznie
i śmiertelnie Wideo Piotra Wyrzykowskiego i Illi Cziczkana "Atomowa Miłość" - Dwa skafandry bez wyraźnych oznak płciowych spółkują w wymarłym mieście. W tle tykanie licznika Geigera. Romans w Czarnobylu - wymarłym po-atomowym mieście. Arsen Sawadow przedstawił pracę pt. "Karaimski Cmentarz". Wśród nagrobków przechadzają się owce i barany romantycznie wpatrzone w symbole vanitas. Nagrobki są wrośnięte w ziemię, pochylone, napisy w nieznanym, chociaż wiadomo, że karaimskim języku, zatarł czas. Wełniste czworonogi nie przyszły uczcić pamięci cudzych przodków, jaki zamiar miał artysta? |
![]() |
| Ironiczni
artyści z Polski Prace Andrija Sahajdakowskiego zostały wykonane na płótnach, punktowo rozpiętych na blejtramach. Niewyraźna postać podpisana "Das gesunde Kind in der Sonne" ("Zdrowe dziecko w słońcu") stoi w jakimś bajorze, skóra, obrzmiałe członki, rozbite usta przeczą komunikatowi, chociaż postać się uśmiecha, a wśród bagnistego, zamglonego otoczenia można odnaleźć żółtawe przebłyski słońca. Artysta i jego rola. Tu ironicznego komentarza udzielają Rogalski, Ołowska & McKenzie, Książek, Maciejuk, Azorro. Każdy z artystów w swoisty sposób bawi się, dyskutuje, zmienia koncepcję bohatera - artysty indywidualisty. Na wystawie nie ma jednak jednoznacznych romantycznych odniesień, cytatów, polemik... Pojawiają się natomiast takie wątki jak kondycja artysty, kobieta i... dobranocki - to w miejsce ludowości. Widziała i skomentowała Anna Łazar [19.01.2004] |
W
najbliższy piątek, 23 stycznia, w warszawskiej Fundacji Foksal otwarcie
wystawy nowojorskich artystów "Domestic Porn". Dziś prezentujemy
fragment pracy jednego z nich - Christiana Holstada "We'll Make Great
Mud" ("Zostanie po nas dobry gnój") - to rozmowa artysty
z Aleksandrą Mir. Przewrotna refleksja o tożsamości i szperaniu w kartotekach
nowojorskiej biblioteki. Zastanawiający głos prywatny o amerykańskim homoseksualiźmie
i długich godzinach przy kserokopiarce. Nowe terminy: efekt lejka. Podała
do druku pani Monika Szczukowska. |
![]() Christian Holstad "Plantheaded Strawberry" |
| JAK
ZOSTAŁEM HOMOFOBEM albo JAK BIBLIOTEKARZE URZĄDZAJĄ ŚWIAT Chris Holstad w rozmowie z Aleksandrą Mir |
|
|
Zacząłem swoje badania nad kulturą gejowską w styczniu 2002 roku. W nowojorskiej bibliotece publicznej jest dział dokumentacji wizualnej, składający się z olbrzymiej ilości ułożonych kategoriami tematycznymi obrazów i zdjęć. Te kartoteki są naprawdę świetne. Przeznaczone są dla ludzi, którzy nie umieją (albo nie chcą) posługiwać się komputerami i przez to są trochę staromodne. Jako młody mieszkaniec Środkowego Zachodu byłem nałogowym bywalcem pchlich targów, sklepów z używanymi artykułami i wyprzedaży. Najbardziej lubiłem te ostatnie. Podobało mi się to, że można było na nich znaleźć przedmioty należące do jednej osoby, całą historię czyjegoś życia ułożoną w pewnym porządku, na przykład w postaci kolekcji starych wiecznych piór czy zestawu talerzy. To właśnie tam przekonałem się, że każdy jest artystą. A przynajmniej nauczyłem się tego, że sztuka jest wszędzie. Te wyprzedaże zrobiły ze mnie na całe życie wizualnego ćpuna. Znajdujący się w bibliotece dział dokumentacji wizualnej zaspokaja dokładnie te same potrzeby. Ta mieszanina drukowanych przedstawień pochodzi z różnych czasów i z różnych źródeł - ze starych ogłoszeń i reklam, książek, czasopism a nawet opakowań. Można znaleźć tam rzeczy na każdy temat, naprawdę na każdy. Musisz po prostu zacząć działać jak detektyw, a bibliotekarze są tam po to, żeby ci pomóc w dochodzeniu. Oni to rozumieją. Niektóre dokumenty są małe. Na przykład teczka "Utopia" zawiera tylko pięć przedstawień; są też i takie, które muszą być dzielone na pod-działy. Różę można znaleźć w dokumentach "Kwiaty - Róża 1, 2 i 3". Za każdym razem można wyciągnąć do przeglądania tylko trzy lub cztery dokumenty. Robi się to przy ogólnie dostępnych, dużych stołach. Tam dokonuje się selekcji. Z każdej kategorii za jednym razem można wyjąć po 15 przedstawień. Robiłem wtedy kolaże i potrzebne mi były starsze, trącące myszką zdjęcia łazienek. Znalazłem je, podobnie zresztą jak toalety i wanny. Kiedy je przeglądałem, natrafiłem na dokument zatytułowany "Homoseksualiści". Kiedy tylko na niego spojrzałem, poczułem się zażenowany. Za pierwszym razem wyjąłem tylko jedną teczkę, ale potem przyniosłem sobie na stół wszystkie dokumenty na ten temat. Tego popołudnia wyszedłem stamtąd szczęśliwy, ze swoimi dozwolonymi 15 gejowskimi obrazkami pod pachą i przez parę kolejnych dni myślałem o tym, co zobaczyłem w bibliotece. Biblioteka publiczna jest instytucją rządową. Powiedziano mi tam, że dokumenty "powinny składać się z przedstawień równie łatwo rozpoznawalnych, jak ich opisy". Dlatego właśnie bibliotekarze sami dokonują selekcji przedstawień tak, by odpowiadały tej zasadzie. A ja lubię, kiedy ludzie robią za mnie coś, na zrobienie czego mi samemu brak pewności. Kiedy byłem młodszy i po raz pierwszy zetknąłem się ze środowiskiem gejowskim, dość szybko uznałem, że jest nudne. Opuściłem jedną niszę, żeby wejść do drugiej, tyle że większej. W wieku lat siedemnastu wszedłem w krąg "balls scene" w Minneapolis. Było tam mnóstwo tańca, disco, vogue, rywalizujących ze sobą gejowskich domów, przebieranek i przeróżnych indywiduów. Czarnoskóre "drag queens" przyjęły mnie entuzjastycznie, pewnie z powodu mojego wyglądu - miałem wtedy długie włosy i nosiłem błyszczące spódniczki. Chociaż nie brałem narkotyków, mam z tego okresu naprawdę dziwaczne wspomnienia, szczególnie dotyczące życia nocnego. Przez jakiś czas naprawdę ostro się bawiłem, tańczyłem, patrzyłem i uczyłem się. Kiedy zostawiałem to za sobą byłem przekonany, że wszyscy, których tam spotkałem byli płytkimi, powierzchownymi ludźmi.
Biblioteczna dokumentacja wizualna na temat homoseksualistów nie ma służyć zrozumieniu różnorodności kultury gejowskiej. Jej funkcją jest pokazywanie łatwo rozpoznawalnych obrazów. Geje od zawsze tworzą kulturę opartą na kostiumach i atrybutach, które mają zawiadomić i przyciągnąć innych. Ta dokumentacja oparta jest na stereotypach. Nieważne jest, że nie wszystkie "drag queens" są gejami, ważniejsze, że mają to, co uważa się za gejowski wygląd. To poważnie zawęża pole widzenia. Bardzo lubię takie zabiegi. Mężczyźni i kobiety odróżniają się od siebie dzięki wyobrażeniu o tym, jaki jest wizualny charakter ich tożsamości. Społeczność gejowską dzieli się w oparciu o mniejsze, bardziej szczegółowe kategorie stereotypów. Pracownicy bibliotek decydują o tym, co wygląda gejowsko w książkach i czasopismach i jeszcze bardziej pogłębiają ten podział. To wciąż postępujące zawężenie kategorii przypomina lejek. Kiedy tworzyłem tę pracę chciałem w jak najkrótszym czasie skopiować całą dostępną w bibliotece dokumentację wizualną dotyczącą homoseksualizmu. Ale jednorazowo można było stamtąd wynieść najwyżej 15 obrazków. Więc musiałem wybrać te 15, potwierdzić wybór u bibliotekarza, biec do Kinko, skopiować je, wrócić, potwierdzić zwrot, wybrać 15 następnych i tak w kółko. Na dodatek chciałem je skopiować na twardym papierze o wymiarach 11 na 17 cali, bo taki papier jest dość mocny i tani. W rezultacie przez długie dni biegałem po mieście z pakunkami o wadze dwóch książek telefonicznych. Kartoteka "Homoseksualiści" obejmuje okres od końca XIX wieku do czasów współczesnych. Obrazki, które już zwróciłem, mogły zostać odstawione na półkę; w pewnym momencie zacząłem tracić orientację - nie byłem pewien co już skopiowałem, a czego jeszcze nie. Żeby się nie pogubić stworzyłem swoje własne kategorie: Drag queens, Porno; AIDS; Próbując Być Jak Hetero (Chwilowo), Sztuka. Najobszerniejsza była kategoria pod tytułem "Prawa Gejów/Akcje Protestacyjne". Ta dokumentacja jest pełna silnie działających obrazów. Najpierw bardzo poruszały mnie takie rzeczy jak zdjęcie prawnika walczącego o prawa gejów, albo sentymentalne przedstawienia minionego czasu. Czułem na zmianę radość, zawstydzenie, smutek, a czasami nawet dumę. Ale tak naprawdę nie miałem dość czasu, żeby to wszystko przetrawić. Kserowałem i kserowałem, wypełniałem się uczuciami aż do emocjonalnego odrętwienia, w końcu zacząłem robić to zupełnie mechanicznie. Po skopiowaniu całości przejrzałem wszystko i znalazłem zdjęcie lampy. Przyglądałem mu się przez chwilę, usiłując znaleźć zarys krzywizny penisa czy cokolwiek innego, ale nie mogłem dopatrzyć się niczego, co miałoby jakikolwiek związek z homoseksualizmem. To zdjęcie zostało po prostu błędnie skatalogowane, ale ostatecznie miało tyle samo sensu, co którekolwiek inne. Wiesz co, Aleksandra? Przyszło mi do głowy coś, o czym już rozmawialiśmy. Żeby stworzyć rzeczywistość wystarczy tylko umowa między dwojgiem ludzi. Musiałem przyjąć odpowiedzialność za swój wybór obrazów. To bywało upokarzające. Przeglądasz materiały przy ogólnie dostępnym stole, gdzie nie ma prywatności i wszyscy widzą, co przeglądasz. Potem musisz przedstawić swój wybór dyżurnemu bibliotekarzowi, żeby pozwolił ci na wyniesienie wybranych materiałów z biblioteki. Niektórzy bibliotekarze pobieżnie przebiegali po nich wzrokiem; byli też tacy, którzy pytali wprost, do czego mi to potrzebne. Próbowałem z dumą bronić dokonanych przez siebie wyborów. Nie udawało mi się to. Potem szedłem do Kinko, gdzie zawsze było pełno ludzi i kopiowałem swoją gejowską pornografię, tęczowe flagi czy zdjęcia z akcji protestacyjnych wciśnięty między znudzonych biznesmenów i starsze panie. Inni artyści wciąż bardzo chętnie chcieli gadać o sztuce. Zacząłem naprawdę nie lubić pytania "Czym się teraz zajmujesz?" Okazało się, że zawstydza mnie kserowanie zdjęć pornograficznych na oczach jakiejś starszej pani. A kserowanie zawartości moich teczek na oczach stereotypowych gejów odbierałem jako coś wręcz obrzydliwego. Wyglądało to tak, jakbym w bibliotece szukał partnerów. Zaczepiano mnie w ubikacji. To, że pracuję nad tym projektem nie oznacza, że muszę mieć szczególnie koleżeńskie nastawienie wobec kogokolwiek, wobec gejów, czy artystów, albo wobec artystów orientacji homoseksualnej, jeśli już o tym mowa. Nie minęło dużo czasu a okazało się, że w mojej głowie co chwilę pojawia się słowo "gej". W pewnym momencie zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że jestem homofobem. tłum. Wojtek Pusłowski |
|
![]() |
|