A_R_C_H_I_W_U_M
felietony/eseje/artykuły I - V 2003

Minister Kołodko planuje zmianę systemu naliczania podatku od osób wykonujących wolne zawody. Likwidacji ma ulec zasada 50% kosztów uzyskania przychodu. Jeśli ten projekt faktycznie wszedłby w życie, artyści, wykładowcy, dziennikarze musieliby płacić niemal dwukrotnie wyższy podatek niż dotychczas. Wieść o planach Kołodki słusznie zaniepokoiła środowiska twórcze, w internecie trwa akcja zbierania podpisów przeciwko zakusom ministra. Poniżej publikujemy dwa głosy - Romana Dziadkiewicza z krakowskiego SAOZ-u oraz Księcia Słupskiego Władysława Kaźmierczaka - na temat niecnych planów Kołodki.
ZŁODZIEJ KOŁODKO!
**

Proponuję by już zacząć się organizować w niezależny, anarchistyczny system wymiany usług - Roman Dziadkiewicz o tym jak poradzić sobie ze złym państwem

FORMUJMY SZARĄ STREFĘ!
Roman DziadkiewiczDrodzy - to co planuje niejaki Kołodko jest ewidentnym złodziejstwem i sku...em - ręce opadają, bo chyba kolejny raz jesteśmy bezradni (tzw. zwykli ludzie). Nie mówiąc już o argumentach, za pomocą których ten pan w sposób lapidarny próbował zdefiniować twórcę i odróżnić go od jakichś szarpidrutów. W ostatnim roku miałem do czynienia z rządzącymi debilami i nikomu tego nie życzę.
Okradanie twórców z 50% kosztów uzyskania przychodów - dla waszej twórcy informacji - to część całego pakietu świetnych pomysłów pt. "naprawa finansów publicznych". O innych proponuję czytać na stronie www.ngo.pl , dotyczą one mordowania organizacji trzeciego sektora - likwidacja ulg podatkowych dla instytucji i darczyńców - likwidacja możliwości odpisywania darowizn od podstawy opodatkowania!
Trzeba protestować!
uważam, że tym razem trzeba protestować, a jeśli to nic nie da - ze szkodą dla wszystkich stron - będziemy poszerzać szarą strefę! Proponuję by już zacząć się organizować w niezależny, anarchistyczny system wymiany usług: instytucje, artyści, teoretycy, organizatorzy, tłumacze, webmasterzy, dziennikarze, pisma, redakcje, portale internetowe - możemy spróbować funkcjonować wspólnie jako silna struktura, pomagać sobie wzajemnie (umiejętnościami, prezentacjami, sprzętem, lokalem, miejscem na serwerze). Każdy z nas zaoszczędzi wtedy jakąś część wydawanych codziennie (i zawsze opodatkowanych) pieniędzy. Zapraszam do współtworzenia takiego sieciowego projektu (kontakt - saoz@free.art.pl).
W czołówce... trzeciego świata
To co robi Kołodko ugruntowuje (ale spadamy prawdopodobnie o kilka miejsc w tabeli) naszą silną pozycję w czołowce krajów trzeciego świata. W państwach cywilizowanych, do unii z którymi aspirujemy tendencje są dokładnie odwrotne - wspiera się trzeci sektor, kulturę, sponsoring, bo to zwyczajnie odciąża administrację. Inaczej działają sprawnie (dla własnego interesu) zorganizowane, rozbudowane i zbiurokratyzowane kapitalistyczne reżimy trzeciego świata - utrzymujące się kosztem społeczeństwa. Zachęcam do składania podpisów pod protestem. pozdrawiam
r.dz. [Roman Dziadkiewicz]
Niestety, los artystów był i będzie trudny. Artyści nie mogą liczyć na społeczne wsparcie - pisze Władysław Kaźmierczak
BĘDZIE ŹLE DLA WSZYSTKICH

Reforma Kołodki nie uderzy aż tak mocno w twórców, którzy zarabiają pieniądze głównie w instytucjach samorządowych i państwowych, ale uderzy w instytucje i firmy, które będą musiały po prostu więcej płacić twórcom. Liczą się w końcu te realne pieniądze, a nie te wirtualne. Prostym efektem działań Kołodki będzie zwiększone bezrobocie wśród twórców, bo instytucje i firmy będą mogły zatrudnić mniej artystów, bo ich dzieła i usługi będą droższe. To nie tylko chodzi o stracone 30 %, ale o rzecz zupełnie poważną: zwiększenie bezrobocia w środowisku artystycznym i zbliżonych rejonach. Rynek prywatny odczuje tą zmianę dość ostro. Jakie będą skutki? Trudno przewidzieć, ale wiele produkcji upadnie, dzieła zdrożeją i tak w kółko. W przyszłym roku firmy i instytucje będą miały poważny dylemat, jak ustawić wynagrodzenia dla twórców? Na ile podwyższyć zarobki, by wyrównać straty. I czy to będzie możliwe? Jeśli nie, no to będzie źle dla wszystkich. [...]

Władysław Ka?mierczakPaństwo bogaci się po cichu
W roku ubiegłym, po cichutku wszedł przepis (nikt oczywiście wtedy nie protestował) zabraniający instytucjom zwrotu kosztów podróży dla zapraszanych twórców. Bo, były to pieniądze bez podatku. Teraz instytucje podwyższają honorarium o koszty przejazdu, by móc zachować się przyzwoicie wobec każdego artysty. I jaki mamy efekt? Zarabia państwo, obcinając nam skromne środki. Oczywiście instytucje zapraszają mniej artystów do współpracy, bo ich poziom finansowania jest na takim samym poziomie lub niższym. To są prawie niezauważalne zmiany, ale zsumowane razem + niechęć do finansowania kultury daje poważny efekt zawężenia oferty programowej.
Po wprowadzeniu podatków Kołodki, wiele galerii, filharmonii, teatrów, uczelni już nie będzie mogła zaprosić do współpracy takiej liczby twórców jak dotychczas. Zresztą ta liczba nigdy nie była szczególnie imponująca. Filmy, koncerty, spektakle, książki, wystawy będą droższe. Wiemy doskonale, że w kulturze wszystko funkcjonuje na wariackich zasadach a proponowane stawki płacowe są i tak żenujące. Reforma Kołodki, to dodatkowe wyjęcie samorządowych, państwowych i prywatnych pieniędzy do kasy państwowej.
Niestety, los artystów był i będzie trudny. W społecznym odbiorze panuje taki sobie pogląd: I co z tego, że ktoś ma kłopoty? Bycie artystą zawsze jest wielkim ryzykiem, przede wszystkim finansowym. Zawsze można artystą nie być. I co z tego, że jakieś świry nie będą mogły zrealizować swoich głupich pomysłów? Jeśli tylko 3,7 % społeczeństwa interesuje się kulturą, no więc Panie i Panowie, premier Kołodko może spokojnie działać. Siła naszego protestu jest żadna.
Obłudne media
Artyści nie mogą liczyć na społeczne wsparcie. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na obłudną rolę mediów, które stwarzają pozory głębszego zainteresowania sytuacją materialną artystów i kultury, lecz faktycznie... Niedawno, 5 maja w "Gazecie Wyborczej" ukazał się niewyobrażalnie głupi artykuł na temat trudnej sytuacji materialnej 'kultury niezależnej'. Termin wyjęty z poprzedniego ustroju i nie wiadomo co oznacza? Niezależne komercyjne galerie i niezależne firmy wydawnicze mają kłopoty. Niezależne od kogo i od czego? Od klienta? Prezydenta Busha? Od pieniędzy publicznych? Ale jak komercyjne to nie publiczne itd. I ten głupi artykuł ani słówkiem nie pisnął, że sytuacja wszystkich instytucji kulturalnych i twórców w naszym kraju jest katastrofalna. Z tego niewyobrażalnie głupiego (muszę powtórzyć ten przymiotnik) artykułu wynika, że gdzieś jest OK, że jacyś twórcy, że jakieś galerie, że jakieś firmy wydawnicze mają życie jak w Madrycie, natomiast kłopoty mają tylko młodzi 'niezależni' i ich odrębna kultura. "Wyborcza" wpadła na kretyński i zafałszowany pomysł, by stworzyć biedę dla wybranych. Zastanawiające, dlaczego tak duża gazeta musi aż tak genialnie ściemniać? Brutalna prawda jest prosta: wszyscy mamy gigantyczne kłopoty od wielu lat, ale media i politycy udają, że większego problemu nie ma.
Rozumiem polityków, rozumiem premiera Kołodkę, że musi opowiadać bzdury, ale nie rozumiem Adama Michnika. To znaczy rozumiem doskonale: bieda w kulturze to temat beznadziejnie skomplikowany, nieefektowny i nudny. Media robią kasę na artystach i kompletnie ignorują materialne warunki funkcjonowania
artystów i kultury. Mówienie o biedzie w kulturze jest mało efektowne i nie budzi społecznego zainteresowania. Trzecia władza szuka łatwych okazji na komercyjne utrzymanie się na rynku i ma gdzieś kulturę i jej twórców. W każdej gazecie i tygodniku dział kultury jest zawsze najsłabszy. Albo go nie ma w ogóle. [...]
Nie wiemy na kogo głosujemy
Tych pomijanych problemów przez media jest znacznie więcej. Nikt nie podejmuje trudnego tematu samowoli kulturalnej samorządów w wielu miastach. Nikogo nie obchodzi niszczenie kultury przez radnych i prezydentów. Nikomu nie chce się śledzić i opisać mechanizmu demokratycznego absurdu, który w mniejszym lub większym stopniu występuje prawie w każdym mieście. Jak się jakiś prezydent uprze to w majestacie prawa może zrealizować każdy nonsens, a media nawet tego nie zauważą.
[...] Nie wiemy na kogo głosujemy, ponieważ lokalni (radni) i parlamentarni politycy żadnych poglądów na kulturę nam nie ujawniają. I prawie nikt ich o nie nie pyta. Zwłaszcza dziennikarze, którzy nie wiedzą o co spytać polityka w kwestii kultury.
Oczywiście wszystkiemu nie są winne media. Artyści, twórcy kultury mają dziesiątki słynnych i napuszonych związków twórczych? I co te związki mogą? Jak dbają o kulturę i artystów? Jak walczą?
Władysław Kaźmierczak
(pełny tekst www.hysterics.art.pl)
[26.05.2003]
24 maja 2003. Rozsyłka nr 31. Co planuje Kołodko:
 
Przemysław Kwiek copyright


Kilku naszych znajomych spędziło długi majowy weekend we Wrocławiu. Po powrocie opowiadali, iż prawdziwym powodem ich wyjazdu do tego pięknego miasta był festiwal WRO. Ponieważ nigdy nie słyszeliśmy o takim festiwalu, a konkretnie - słyszeliśmy coś, ale niekonkretnie - poprosiliśmy o wyjaśnienia. Poniżej publikujemy referat kol. Wojciecha Kozłowskiego, który w założeniu miał przekonać nas o tym, że tzw. "WRO" naprawdę istnieje. "WRO istnieje i są na to niezbite dowody!" - pisze Wojtek (z... Zielonej Góry)
CO? WRO!

Still z filmu Riichiro Mashimy "Ski Jumpin Pairs"
Redaktorzy "Rastra" nie wierzą w istnienie Festiwalu WRO! Postaram się rozwiać tę irracjonalną niewiarę, rozumiejąc że z Warszawy do Wrocławia jest jednak za daleko. Nie będę próbował nawet podsumowywać 15 lat istnienia tej niezwykłej jak na polskie warunki inicjatywy, bo to wymagałoby specjalnego wydawnictwa, które mam nadzieje, niedługo powstanie, ale kilka danych się przyda (w obliczu niewiary). Violetta Kutlubasis-Krajewska, Piotr Krajewski i Zbigniew Kupisz to nierozłączny team, który od 1988 roku jako Open Studio/WRO a potem Fundacja WRO Centrum Sztuki Mediów realizuje największy medialny festiwal w naszej części Europy.
Wideo, media, instalacje, sympozja...
W przeciągu tych kilkunastu lat przez WRO przewinęła się czołówka artystów związanych z działaniami medialnymi. Swoje prace pokazywali tu m.in. Jaron Lanier, Jeffrey Shaw, Jill Scott, Laurie Anderson, Stelarc, Herbert W. Franke, Perry Hoberman, Antonio Muntadas, Mirosław Rogala, Istvan Cantor, David Larcher, Paul Sermon i wielu innych, nie mówiąc o wszystkich polskich artystach zajmujących się mediami. Początkowo festiwal był konkursem prac wideo, stopniowo zaczęły się tu pojawiać instalacje multimedialne, prace interaktywne, realizacje internetowe, a przede wszystkim poważne sympozja, na których można się było zapoznać z dorobkiem teoretycznym dotyczącym zjawisk medialnych. WRO stało się jedynym w Polsce na tę skalę miejscem kontaktu ze sztuką posługującą się najnowszymi technologiami. Kilka edycji festiwalu poświęconych było wyłącznie artystom polskim; stawały się wtedy również pełnymi niezapomnianych wrażeń imprezami towarzyskimi. Temu aspektowi WRO chciałbym kilka słów poświęcić, boć to korespondencja do "Rastra" a nie "Tygodnika Powszechnego" (ciekawe czy "TP" publikuje relacje z WRO, póki tam nie przeczytamy, nie uwierzymy - przyp. raster).
Niezapomniane wieczory
Wrocław jest miejscem, które doskonale nadaje się do zabawy. Może dlatego Szanowni Redaktorzy z taką podejrzliwością podchodzą do WRO, wietrząc tu jakąś mistyfikację. Po raz pierwszy byłem na festiwalu chyba w 1992 roku i od tego czasu zawsze wpadałem do Wrocławia w czasie jego trwania przynajmniej na jeden dzień. (Muszę dodać, że kilka razy pokazywałem swoje filmy wideo w prezentacjach polskich). Niezapomniane były wieczory z Witkiem Czerwonką, Wojtkiem Zamiarą, ich studentami, Józefem Robakowskim, a przecież uczestniczyłem osobiście w niewielkim wycinku życia towarzyskiego imprezy. Stała we Wrocławiu obecność rośliny pozwalała na lepszą percepcję bardzo długich często pokazów wideo. Nie będę tu przytaczać licznych anegdot związanych z WRO, bo na razie trzeba przekonać Redaktorów do realności tej imprezy.
Myślę sobie, że to nie tylko wrocławski genius loci, ale przede wszystkim umiejętności organizacyjne Violi, Piotra i Zbyszka sprawiły, że większość uczestników przyjeżdżała tu także dla przyjemności. Przez te wszystkie lata zawsze świetnie wybierali centra klubowe, potrafili zarazić swoim entuzjazmem rzesze wolontariuszy, potrafili pokonywać całą masę problemów, które nieuchronnie muszą się na takich imprezach pojawić. Festiwale były zawsze niedoinwestowane, choć jak na polskie warunki (i chyba nie tylko) zorganizowane perfekcyjnie. (Coś co miało być zbiorem anegdotycznych opowiastek zamieniło się w pean, przepraszam.)
Jurorzy, od Lewej Igor Krenz, Sergio Edelsztein, Alex Adriaanses
Jurorzy, od Lewej Igor Krenz, Sergio Edelsztein, Alex Adriaanses

Praca Klausa Pobitzera "Dawid"
Napięcia w nieporządku
Kilka słów o tegorocznej imprezie. Odbywała się pod hasłem "Globalica: konceptualne i artystyczne napięcia w nowym globalnym nieporządku". W części sympozjalnej zaproszeni goście, fachowcy z zagranicznych centrów medialnych rozpatrywali problemy związane z rolą technik cyfrowych w procesie globalizacji, mówiąc najogólniej. Część wystawowa (w Muzeum Architektury) nie była w tym roku zbyt imponująca, kilka instalacji i projektów sieciowych to mały wycinek tego, czym ten obszar jest obecnie. Mi podobała się praca Amerykanina Georga Quasha pt. "Art is", która była ciągiem dwuminutowych wypowiedzi ok. 80 artystów na tytułowy temat. Było też kilka realizacji w mieście, m.in. znanego nam z austriackiej wystawy w Zachęcie Klausa Pobitzera i wrocławskiego artysty Arka Bagińskiego. Oprócz konkursowych odbywały się także pokazy wideo polskiego oraz autorskie prezentacje jurorów i zaproszonych kuratorów.

Małyszomania po japońsku
Kilka słów o konkursie. Jak czytamy w katalogu, na konkurs zgłoszono 667 prac, z których po selekcji wybrano 48. Pełny skład jury (z udziałem Igora Krenza) można wyczytać w Internecie (http://wrocenter.pl). Pierwszą nagrodę ex equo zdobyli Benny Nemerofsky Ramsay z Kanady za pracę "I am a Boyband" i Niemiec Jan Poppenhagen za realizację "To Box". Ten pierwszy pokazywał występ boysbandu złożonego z kolejno pojawiających się wcieleń autora, śpiewającego staroangielski tekst we współczesnej aranżacji. Drugi zrealizowany został w Polsce, gdzie autor ostatnio studiuje na poznańskiej ASP (Wydział Multimedialny). Odtworzona w zwolnionym tempie walka bokserska, w której widzimy dzięki ramce zawężającej pole widzenia jedynie jednego bohatera. Dźwięk stanowią śpiewane silnymi męskimi głosami a capella negrospirituals. Bardzo przejmująca i prosta przy tym praca. Dwa drugie miejsca to "Folk" Kanadyjczyka Adad Hannah - rodzaj "żywego obrazu" , nieelektronicznej stopklatki oraz japońska parodia naszego szaleństwa małyszowego - Riichiro Mashimy "Ski Jumpin Pairs", animacja wizualizująca szalony pomysł skakania na nartach parami, cudownie śmieszna. Specjalne wyróżnienie za rekonstrukcję zaginionego filmu Franciszki i Stefana Themersonów "Apteka" otrzymał Bruce Checefsky z USA. Były oczywiście filmy, które według wielu obserwatorów mogły się znaleźć na podium (choćby "Frozen War" Johna Smitha - relacja o wojnie w Zatoce z hotelowego pokoju z jednym zatrzymanym kadrem z CNN), poziom był zresztą wyrównany i każdy mógł wyjść w miarę usatysfakcjonowany.

Laureat Jan Poppenhagen
Laureat Jan Poppenhagen

Scena z filmu Johna Smitha "Frozen War"

Cienko śpiewają, choć zdrowi
WRO istnieje i choć ma kłopoty finansowe (bo przecież o wiele istotniejsze i ważniejsze dla rozwoju kultury narodowej było dofinansowanie Festiwalu Piosenki Aktorskiej:)))), to cieszy się chyba nienajgorszym zdrowiem. Mam nadzieję, że na następnej edycji pojawią się Szanowni Redaktorzy, a na razie zapraszam wszystkich do Sieci.
Wojciech Kozłowski
(zdjęcia Patrycja Grimm)
[17.05.2003]

DYSKUTUJ NA FORUM "RASTRA"
Temat tygodnia: Czy WRO istnieje?
Czy słyszałeś/aś kiedyś o festiwalu WRO? Czy kiedykolwiek uczestniczyłeś/aś w czymś takim? Czy znasz jeszcze inne przykłady cyklicznych imprez artystycznych, galerii, artystów lub dzieł sztuki, o których wiele się słyszy lub słyszało, ale nigdy nie widziało naocznie? Czy uwierzyłeś Wojtkowi Kozłowskiemu, że WRO istnieje?
Wypowiedz się na forum dyskusyjnym >>>

Praca Arka Baginskiego


Mesjanistyczna manifestacja w Galerii XX1
Z TOPORŁEM W DŁONIACH
Kazimierz Piotrowski
dr Kazimierz Piotrowski
Budzenie uśpionych demonów zdaje się być umiłowaną strategią kuratorską dr Kazimierza Piotrowskiego, wyklętego przez narodowych muzealników za wystawę "Irreligia". Jego nowy projekt kuratorski nazywa się "Neuropa" i jest przywołaniem idei znanego rzeźbiarza i heretyka Stnisława Szukalskiego zwanego również Stachem z Warty, zafascynowanego kulturą prasłowiańską i opętanego wizją nowego porządku świata. W latach 30. XX wieku Szukalski ogłosił swą wizję Neuropy - nowej wspólnoty pokrzywdzonych narodów europejskich bez udziału państw imperialnych i drapieżców (Yetinsów). Neuropa miała być krokiem do stworzenia - wspólnie z połączonymi Amerykami - Unii Transatlantyckiej, Nadziei Świata. Pod koniec swego długiego życia (po II wojnie mieszkał w USA) Szukalski próbował ideą Neuropy zarazić Jana Pawła II, wykonał nawet rysunkowe szkice pomnika papieża-Polaka ("Boski Orzeł i Hydra", 1980), jednakże wysłana do Watykanu książka "Koryto pełne pereł" opisująca ideę Neuropy powróciła do artysty z adnotacją watykańskiego cenzora jako "niestosowna".

Zbigniew Libera ze swoimi modelami
Krople potu i krwi
W warszawskiej galerii XX1 pod mocno brzmiącym hasłem Neuropy i znakiem Toporła - parapogańskiego toporu zaprojektowanego przez Szukalskiego jako godło przyszłej wspólnoty - Piotrowski zorganizował swoistą manifestację artystyczną z okazji zbliżającego się referendum akcesyjnego. Skromna w eksponaty, ale monumentalna w ich skali i ciężarze gatunkowym wystawa jest czymś w rodzaju rytualnego odśpiewania pieśni wojowniczej. W roli wojowników występują niezłomni i rycerze polskiej sztuki: Grzegorz Klaman, Zbigniew Libera, Kijewski/Kocur i Marek Sobczyk. Podczas wernisażu z performensem wystąpili Władysław Kaźmierczak i Ewa Rybska. W finale, ten pierwszy tłukł głową zapalone żarówki, aż na jego czole pojawiły się krople potu i krwi. Sama wystawa składa się z prac emblematów - "Flaga III RP" Klamana i jego ponure stalowe konserwy z wnętrznościami; słynne, jeszcze z lat 80. płótno "Adam i Ewa Braun" Sobczyka i jeden z jego nowszych obrazów "Moskwa wleci w kosmos"; "Mieszkańcy" Libery na motywach fotografii więźniów Auschwitz i wreszcie jedyna nowa rzecz, plakatowo banalna ikona Matki Boskiej z Dzieciątkiem w aureoli z żółtych gwiazdek autorstwa spółki Kijewki/Kocur. W osobnej sali znajduje się prezentacja wizji Szukalskiego.
Władysław Ka?mierczak i Ewa RybskaDokąd zmierzają Neuropejczycy?
Warszawska "Neuropa" jest doraźnym koktajlem stworzonym na bazie mesjanistycznego wizjonerstwa, spiskowej teorii dziejów, artystowskiej dumy i bieżących frustracji na tle politycznym, społecznym, materialnym. Ale zebrane tu w całość prace - z osobna nieprzeciętne - wcale nie tworzą wspólnego sensu. Zainstalowane jedna obok drugiej bębnią raczej głucho jak zbiór emblematów historyczno-politycznych. W istocie nie jest jasne przesłanie całego projektu, choć między wierszami (lub w dolnych wersach), a także z bezpośrednich rozmów z artystami można wyłowić owo sakramentalne "tak" dla Unii Europejskiej ("niestety, nie mam wyboru"). Wydaje się jednak, że to co najmocniej łączy wszystkich uczestników wystawy i kuratora, to oprócz wieku (między 40-tką, a 50-tką) poczucie spychania sztuki i artystów w izolację i sekowania ich z politycznych, ideologicznych i koniunkturalnych względów. A to z kolei budzi przekonanie, że żadna inna forma aktywności artystycznej jak tylko polityczna konfrontacja, nie ma sensu. Pytanie tylko, jak dać upust frustracjom z pożytkiem "dla sztuki i kraju"? Niewątpliwie, przypomnienie postaci Stacha z Warty Szukalskiego jest jak najbardziej na czasie. Och, jak ciekawie byłoby obejrzeć dużą monograficzną wystawę Szukalskiego i szczepu Rogate Serce! Ten wyjątkowy i na swój sposób piękny przypadek pokazuje jak z czasem trudno rozdzielić szaleństwo, ekstremizm, mesjanizm, politykę, sztukę i jak łatwo samemu wystawić się na margines życia społecznego. A może warto to zrobić?
[17.05.2003]

"Neuropa. Sztuka, Ptronimikum i Nowa Plemienność", Galeria XX1 w Warszawie (al. Jana Pawła II 36), do 15 czerwca

Władysław Ka?mierczak i Ewa Rybska
Władysław Kaźmierczak i Ewa Rybska


Za miesiąc otwarcie 50. Biennale Sztuki w Wenecji
CO SIĘ KOMU ŚNI?
"Sny i konflikty. Dyktatura widza" to tytuł tegorocznej edycji weneckiego biennale, którym kieruje tym razem Włoch Francesco Bonami. Zamiast jednej głównej wystawy odbędzie się 12 różnych, przygotowanych przez kuratorów z różnych stron świata. Sensacyjnie zapowiada się nasz udział - w oficjalnych wystawach biennale, nie licząc Pawilonu Polskiego, weźmie udział - na zaproszenie organizatorów - aż 6 polskich artystów!!! A przecież nie dalej jak rok temu prof. Maria Poprzęcka w wywiadzie dla "Res Publiki Nowej" na pytanie "Czy polska sztuka może być modna na świecie" odpowiadała krótko: "Nie".
Francesco Bonami
Więcej, lepiej, sprawiedliwiej?
Znowu, jak każdego poprzedniego roku biennale ma być większe niż dotychczas. Tegoroczny pokaz to w założeniu "wystawa wystaw", rozlokowana nie tylko na tradycyjnych terenach biennale, ale także rozpełzająca po całym mieście (projekt "Interludes" kuratorowany osobiście Bonamiego, z udziałem m.in. Pawła Althamera ma właśnie prezentować prace rozrzucone po różnych punktach Wenecji). Ale "wystawa wystaw" to również kolejna próba "sprawiedliwego" biennale, które zatarłoby tradycyjną, kolonialną dysproporcję w prezentowaniu sztuki Zachodu, Południa i Wschodu. Osobną wystawę poświęconą współczesnej sztuce arabskiej szykuje kuratorka Documenta X Catherine David, oddzielne prezentacje poświęcone będą również sztuce azjatyckiej, afrykańskiej i latynoamerykańskiej, a jednym z kuratorów przygotowujących własną wystawę jest Słoweniec Igor Zabel. Do tego, w Museo Correr Bonami szykuje przeglądową wystawę malarstwa "Od Rauschenberga do Murakami 1964-2003".
Paweł AlthamerPolska, Polska!!
Jak nigdy wcześniej na tego typu imprezie, zagraniczni kuratorzy przejawili admirację dla sztuki polskich artystów. Do udziału w wystawach tematycznych zostali zaproszeni głównie artyści młodego i najmłodszego pokolenia: Paweł Althamer (ur. 1967, zainstaluje na jednym z drzew swój wyśniony domek), Piotr Uklański (ur. 1968), Piotr Janas (ur. 1970), Monika Sosnowska (ur. 1972), Paulina Ołowska (ur. 1976), a także nestor Roman Opałka (ur. 1931). Największą niespodzianką w tym gronie jest obecność Piotr Janasa, mało znanego malarza z Warszawy, twórcy obrazów niepokojących i nihilistycznych, a zarazem pełnych fantazji. Jego sztuka doczekała wreszcie swego czasu - amorficzne, abstrakcyjne malarstwo rozlewające się swobodnie po płótnach i ścianach rośnie w siłę i popularność, szczególnie w Niemczech. Akurat Janas wydaje się prawdziwie niepokojącym i szczerym reprezentantem tego kierunku, nie uwikłanym póki co w modne, formalne sztuczki. Udział w biennale Janasa, podobnie jak Altham!
era, Uklańskiego czy Sosnowskiej, to w wielkim stopniu zasługa warszawskiej Fundacji Galerii Foksal, jej międzynarodowa pozycja wciąż rośnie w siłę, a wraz z nią popularność polskich artystów...
Made in China
Tymczasem w polskim pawilonie zaprezentowana zostanie instalacja Stanisława Dróżdża, klasyka polskiej sztuki konceptualnej i poezji wizualnej, twórcy instalacji, którego twórczość przeżywa w ostatnich latach renesans na fali ponownego zainteresowania sztuką pojęciową i strukturami językowymi. Projekt dla polskiego pawilonu - "Alea iacta est"/"Kości zostały rzucone" - przewiduje instalację z kilkudziesięciu tysięcy kostek do gry, ułożonych zgodnie ze wszystkimi możliwymi wynikami gry w kości. Całość ma uzupełniać stolik i zestaw do gry w kości dla widzów. Po rzuceniu 6 kostkami, modelowy widz wystawy ma szukać wyrzuconej przez siebie kombinacji na ścianie. Projekt może nie porywający, ale z pewnością niejednego zdenerwuje. Póki co organizatorzy polskiej prezentacji ujawnili, że plastikowe kostki, którymi wyłożone zostaną ściany pawilonu zamówiono i wyprodukowano w Chinach.
Jim Lambie

Królestwo rozjednoczone
Nowością wśród prezentacji narodowych, stanowiących tradycyjny wyróżnik weneckiego biennale, będzie pierwsza w historii niezależna prezentacja Szkocji i Walii - do tej pory w Wenecji Wielka Brytania występowała jako całość. To kolejny przejaw antymocarstwowego myślenia, a zarazem ciekawy przykład przywiązania do narodowych reprezentacji w sztuce, od dawna przecież krytykowanych. Szkoci pokażą swoje eksportowe, międzynarodowe gwiazdy - Jima Lambie'go i Simona Starling'a. Tymczasem w pawilonie Wielkiej Brytanii prezentowany będzie Chris Ofilli, artysta pochodzący z Afryki, laureat Turner Prize, którego praca była przed paru laty przedmiotem głośnego skandalu - burmistrz Nowego Jorku Giulliani domagał się wycofania z wystawy obrazu Ofilliego wspartego na kulach ze słoniego łajna, przedstawiającego Matkę Boską w otoczeniu wagin.

Objawienia w ślepym pawilonie
Spośród innych prezentacji narodowych ciekawie i tajemniczo zarazem zapowiada się projekt w pawilonie hiszpańskim, którego autorem jest Santiago Sierra, artysta znany z radykalnych akcji polityczno-ekonomicznych (m.in. w ubiegłym roku w Warszawie wynajął pracującego na czarno Ukraińca by nauczył się historii Galerii Foksal, wyłożonej specjalnie dla niego przez historyków sztuki; w Kolumbii zatrudnił rzemieślników do uszycia gigantycznej flagi Stanów Zjednoczonych; a w Wiedniu ustawił kilkudziesięciu pracowników galerii miejskiej zgodnie z kolorem ich skóry - od najjaśniejszego do najciemniejszego).
Duńczycy pokażą projekt Olafura Eliassona, artysty o islandzkich korzeniach, przez wiele lat mieszkającego i pracującego w Berlinie. Eliasson ma stworzyć "Ślepy pawilon" - totalną instalację obejmującą wnętrze i zewnętrze duńskiego pawilonu i wciągającą widza w świat optycznych iluzji zacierających granicę między dziełem sztuki a widzem, między sztuką a naukowym eksperymentem. Niezwykłą przestrzeń tej pracy mają wypełnić lustrzane odbicia, szklane kalejdoskopy, architektoniczne interwencje, ciągi schodów i camery obscury. Prasowe zapowiedzi sytuują projekt Eliassona w gronie najciekawszy zjawisk, jakie mogą się przydarzyć tego lata w śmierdzącej kanałami Wenecji.

Olafur Eliasson, Colour vision kaleidoscope, 2003, dzięki uprzejmości neugeriemschneider i tanya bonakdar gallery
Smutno u sąsiadów?
W pawilonie Węgier swój projekt przedstawi grupa o swojsko brzmiącej nazwie "Little Warsaw". Faktycznie w pracach tej grupy pojawiają się warszawskie motywy. Tym jednak razem ich ambitne przedsięwzięcie polega na wyrzeźbieniu brakującego "ciała" do słynnej egipskiej rzeźby - głowy Nefretete. Niestety, niewiele lepiej zapowiada się prezentacja w pawilonie Czech i Słowacji. Wspólny projekt przedstawią tam wesoła skądinąd czeska grupa Kamera Skura oraz nadzwyczaj sympatyczny i nie pretensjonalny artysta słowacki Erik Binder. Efekty ich współpracy nie prezentują się jednak póki co zachęcająco - głównym motywem prezentacji ma być zawieszona w gimnastycznej pozie figura Chrystusa...
Natomiast pociechą może być impreza taneczna przygotowywana przez Węgrów we wnętrzach uniwersytetu weneckiego. 13 czerwca wieczorem mają wystąpić tam dj i mc z Budapesztów, a o twórczym przyłączeniu się do imprezy myślą też ponoć Czesi i Słowacy (Binder sam nie stroni od didżejki). Wstęp, jak obiecał kurator węgierskiego pawilonu, wolny!
50. Biennale Sztuki w Wenecji "Dreams and Conflits. The Dictatorship of the Viewer". Dni prasowe: 12-14 czerwca (ale ciekawe otwarcia i imprezy - m.in. szkocka - już od 11-ego!). Otwarcie dla publiczności: 15 czerwca. Wystawa czynna do 2 listopada.



co robią artyści galerii raster?

DEBIUT BOGACKIEJ W ZUJU

Długo oczekiwana, pierwsza wystawa indywidualna Agaty Bogackiej, najsławniejszej młodej malarki warszawskiej, została wreszczie otwarta! 17 obrazów w specjalnie zaaranżowanej przestrzeni warszawskiego zuja układa się w nastrojową opowieść o zmarzniętych uczuciach. Malarka śmiało pokazuje siebie i nieśmiało próbuje przełamywać konwencję sztalugowego malarstwa. Na obrazach z Agaty kapie i sika farba rozlewając się tu i ówdzie na podłogę. Obrazy opowiadają o krótkich chwilach olśnień, marzeń, złudzeń i iluzji, czyli o tym, co jest sednem i życia, i malarstwa.
Wystawa trwa do 8 czerwca


Pierwszy dzień wiosny we Wrocławiu (korespondencja własna)

ZAPOMNIANA METROPOLIA

Po pierwsze - dlaczego? Dlaczego Wrocław leży na skraju Polski - chodzi w tym wypadku o skraj mentalny - dlaczego z Warszawy, Krakowa czy Gdańska nie podróżuje się do Wrocławia, dlaczego mało kto interesuje się tym co ciekawego i co nie ciekawego dzieje się w tym mieście, które pod wieloma względami jest bardziej wielkomiejskie niż Kraków, Gdańsk, a może nawet i Warszawa? Dlaczego Wrocław jest nadal swoistą samowystarczalną, kulturową Festung Breslau, która żyje swoim własnym życiem kulturalnym dość skutecznie (nieliczne wyjątki) odizolowanym od reszty kraju?

Wrocław wyróżnia się pod wieloma względami, a przede wszystkim pod względem architektury. Wysoka, niemiecka kultura budowlana i myśl architektoniczna pozostawiła tu liczne zabytki, w tym najcenniejsze na ziemiach polskich przykłady architektury XX wiecznej, jak np. Hala Ludowa Maxa Berga, budynki Hansa Poelziga, dom towarowy Emila Mendelssohna czy wzorcowe osiedle Werkbundu z 1929 roku. W dodatku, również w czasach PRL-u powstawały tu najbardziej urozmaicone budynki mieszkalne i osiedla. I choć na te ostatnie nikt jeszcze nie zwraca uwagi, miłośnicy późnomodernistycznej architektury powinni obowiązkowo udać się na wycieczkę do Wrocławia. Szczęśliwie, dorobek modernistycznych architektów niemieckich jest już pod intelektualną ochroną wrocławskich badaczy, a książki na ten temat można nabyć np. w bodaj jedynym(?) w Polsce Muzeum Architektury. Tam więc, w pierwszy dzień wiosny, udałem się w pierwszej kolejności (przed wejściem - dla zainteresowanych niesłusznie zapomnianą spuścizną artystyczną - rzeźba Władysława Hasiora, niezrealizowany pomnik dla Nowego Sącza, pomysłowo wykonane ekspresyjne figury odlane z betonu wlewanego bezpośrednio do specjalnie wykopanych w ziemi dołów).
Laura Pawela
Laura Pawela
Relikty architektury i muzealnictwa
W Muzeum Architektury zaraz po wejściu oznaczony zostałem kartką z napisem "32" i stemplem "ulgowy". Potem było już niestety gorzej. Placówka muzealna, znana w latach 70. z zaangażowania w ruch radykalnej sztuki konceptualnej, geometrycznej i abstrakcyjnej ma rzucający się w oczy kłopot z ekspozycją stałą i wystawami czasowymi. Główne pomieszczenie - wnętrze gotyckiego kościoła zaadaptowane niegdyś na potrzeby muzeum - w chwili obecnej wypełniają spontanicznie nawarstwiające się struktury architektoniczne i paraarchitektoniczne, ścianki działowe i brudne kubiki, które zagradzają dostęp do części ekspozycji, niestety przypuszczalnie do tej najciekawszej, zbiorów sztuki z lat 70. Miałem również nieprzyjemność trafić tu akurat w czasie prezentacji wystawy Philippe'a Starcka, która choć raczej ciekawsza w warstwie tekstowej niż wizualnej, w warszawskim zuju miała jeszcze swoisty scenograficzny urok. We Wrocławiu została i z tego wyprana, a jakiś zapewne magister inżynier scenografii i wystawiennictwa ustawił wszystkie eksponaty w równym rządku wzdłuż (sztucznych) ścian, chyba żeby nikt nie pomyślał, że ma do czynienia z czymkolwiek więcej niż z nudną, muzealną wystwą. Zaś pomysł samego Starcka, by każdy z obiektów oświetlony był własną lampką, w jasnym i wysokim wnętrzu kościelnym, jak łatwo przewidzieć, prezentował się idiotycznie. W ogóle odniosłem wrażenie, że muzeum jakoś opustoszało. W krużgankach i pobocznych salach natrafiłem jeszcze na pojedyncze relikty architektoniczne z okresu romańskiego oraz lat 60.-70. XX wieku, natomiast likwidacji uległa dobrze wyposażona księgarnia muzealna, w której kilka lat temu kupiłem sporo naprawdę pożytecznych i ciekawych publikacji. W jej miejsce urządzono niewielkie stoisko z najnowszymi publikacjami. Dzięki uprzejmości wezwanej telefonicznie przez szatniarkę pani z biura muzeum, udało mi się nawet obejrzeć niektóre z nich, a nawet kupić, choć dało się odczuć, że moje oraz turysty z Niemiec zainteresowanie publikacjami muzeum wyraźnie destabilizuje pracę całej placówki.

Tomasz Rodziewicz
Tomasz RodziewiczZaminowana Buła
Idąc dalej w stronę Odry trafiamy na częściowo odnowiony i rozbudowany kompleks Akademii Sztuk Pięknych. W nowo wzniesionej części mieści się 4-gwiazdkowy hotel Radisson, z czego Akademia czerpie wymierne korzyści, m.in. mogąc od czasu do czasu lokować w nim swoich gości, zaś hotelowe korytarze przyozdobione zostały pracami wrocławskich grafików. Opinie na temat kondycji twórczej tutejszej ASP są podzielone. Nie udało się usunąć z uczelni Pawła Jarodzkiego, legendarnego współtwórcy grupy "Luksus", a własną pracownię prowadzi inna ważna postać lat 80. - malarz Krzysztof Skarbek. Tymczasem wolnościowa atmosfera zdaje się powoli przesiąkać do nieodległej galerii BWA czyli wrocławskiej buły, znanej też pod nośną nazwą "Awangarda". Po wyeliminowaniu ze stanowiska długoletniego szefa, propagatora poezji wizualnej Wojciecha Stefanika, kierownictwo placówką objął artysta-szklarz Marek Puchała wspierany przez wspomnianego już Pawła Jarodzkiego. W efekcie, w działaniach buły daje się wyczuć więcej spontaniczności, czego przykładem może być udostępnienie pomieszczeń grupie REAKTOR na ich "gorącą" wystawę pt. "I RAK war exhibition". Działania tej młodej i niesformalizowanej grupy cechuje niewątpliwie ów charakterystyczny, wrocławski pierwiastek spontaniczności i używania sztuki oraz działań doń zbliżonych w doraźnych celach - politycznych, zabawowych, społecznych i towarzyskich. Fajne jest to, że nikt nie liczy się tu z ponadczasowością działań artystycznych, a raczej dominuje myślenie doraźne. Tym razem energia generowana przez REAKTOR zaowocowała przynajmniej jedną ponadprzeciętną realizacją. Jak relacjonuje Viola Tycz: "Po dziedzińcu przechadzał się Tomasz Rodziewicz ubrany w kamizelkę z przyklejonymi ładunkami wybuchowymi. Tomek również zaminował cały dziedziniec, zainstalował ładunki wybuchowe w holu Buły oraz wywiesił kartki z ostrzeżeniami". Faktycznie, trzy dni po rozpoczęciu akcji, znalazłem jeszcze kilka ładunków przyklejonych szarą taśmą do jednego z kaloryferów, zaś kamizelka artysty-terrorysty wisiała jako eksponat na jednej ze ścian.
Błękit, który oślepia
Buła jest również co dwa lata miejscem akcji "wystawy malarstwa młodych" która jest zarazem "konkursem im. gepperta". Konkurs ten o tyle wyróżnia się od innych, że bierze w nim szczęśliwie udział bardzo ograniczona liczba osób, wytypowanych uprzednio przez kuratorów z kilku największych polskich miast. Dzięki temu obywa się bez ekspozycyjnych dramatów, wystawę da się spokojnie obejrzeć, choć poziom nie jest z pewnością powalający. No ale skąd wziąć co dwa lata 20 młodych dobrych artystów, w dodatku mających cokolwiek do czynienia z malarstwem? Tym razem jury nie zwróciło w ogóle uwagi na wyróżniające się nie wykalkulowaną prostotą obrazy Pawła Piekarskiego (zam. w Białymstoku), w zamian niektórzy członkowie szanownego gremium oraz fundatorzy nagród pozaregulaminowych bezprecedensowo ulegli wdziękom prac wrocławskiej artystki Anny Brudzińskiej, mimo, iż prace te w istocie całkowicie pozbawione są wdzięku i finezji, zaś najciekawszym elementem projektu artystycznego artystki, który polega na pokrywaniu płócien i innych obiektów (np. suchych konarów) niebieską farbą są jej osobiste, niebieskie powieki.

obraz Pawła Piekarskiego
Laura PawelaLaura(y) dla Entropii
Będąc poprzednimi razy we Wrocławiu przekonałem się, że najciekawszym miejscem w tutejszej Bule są piwnice. W dwóch mrocznych pomieszczeniach odbywają się wystawy młodych artystów. Tym razem trafiłem na wystawę projektu "Reallaura" Laury Paweli, która - jak czytelnicy "Rastra" już się zapewne zorientowali - prowadzi swoisty obrazkowy dziennik w postaci rozsyłanych mejlem ikonek do telefonów komórkowych. Pierwsza prezentacja galeryjna tego projektu, wydawałoby się stworzonego do komunikacji wirtualnej z widzem, wypadła wcale ciekawie - Laura pokazała swoje ikonki w postaci niewielkich lightboxów, i prawdę mówiąc może nawet ciekawie jest oglądać te prace w postaci galeryjnych obiektów sztuki jako swoiste spikslowane malarstwo rodem z telefonu komórkowego.
W tym samy czasie trwała jeszcze wystawa całkowicie analogowego malarstwa Laury w najlepszej wrocławskiej galerii czyli w Entropii. Do tych prac (nota bene wyróżnionych właśnie w konkursie Lexmarka), na poły realistycznych, na póły ironicznych widokach okien z ekranu komputera trudniej jest mi się przekonać, może gdyby były mniej żartobliwe, a za to staranniej wykonane? Ale i tak czas spędzony w Entropii zawsze zaliczam po stronie plusów. Galerzystę Mariusza Jodko zastałem akurat przy montowaniu filmu o zakończonej awanturami wystawie Ryszarda Wożniaka (osobną relację opublikowaliśmy przed tygodniem). Entropia tchnie wielkim spokojem i niezależnością myślenia i pomyślałem sobie nawet, że gdyby ta galeria znajdowała się nie we Wrocławiu lecz w ..., a nawet w Berlinie, to być może dziwna sztuka wrocławska (czasem śmieszna, czasem bałaganiarska, czasem biedna, ale rzadko kiedy sztywniacka) byłaby perwersyjnym, modnym mainstreamem, a nie mało znanym lokalnym fenomenem.
Reinkarnacja w muzeum
A gdy zapadł zmrok opuściłem Entropię i zdecydowałem zmierzyć się z historią. Muzem Narodowe, znane z obszernej kolekcji polskiej sztuki powojennej, przygotowało specjalne wydarzenie z okazji wystawy grafik i recepcji twórczości graficznej Albrechta Duerera. W pierwszy dzień wiosny, późnym wieczorem, na najwyższym piętrze muzeum wystąpić miał legendarny wrocławski artysta Andrzej Dudek-Duerer, człowiek, który jest współczesnym wcieleniem sławnego niemieckiego mistrza. Należy w tym miejscu wyrazić głęboki szacunek dyrekcji muzeum narodowego za taką inicjatywę i podzielenie głębokiej wiary artysty w reinkarnację. W końcu nieczęsto pokazuje się performensy w polskich muzeach. Andrzej Dudek-Duerer dał około 60 minutowy, medytacyjny występ z elementami gry na sitarze, projekcjami wideo, ogniem, nie obyło się również bez lania wody. Było podniośle, dostojnie i muzealnie. Na krzesełkach siedzieli i przyglądali się występowi m.in. Natalia LL i Jerzy Truszkowski i był to kolejne całkowicie odmienne doświadczenie we Wrocławiu, a przecież miasto to skrywa w sobie jeszcze szereg niezbadanych, unikatowych podobno fenomenów, jak choćby Panorama Racławicka czy festiwal sztuki wideo i nowych mediów WRO (w tym roku ma obchodzić swoje 10-lecie). Może Urząd Miejski we Wrocławiu powinien wynegocjować z PKP zniżki na bilety w relacji Wrocław - reszta kraju?
[30.03.2003]

Andrzej Dudek-Duerer


Z OSTATNIEJ CHWILI!
Obraz roku zdyskwalifikowany!
W dzień po ogłoszeniu wyników konkursu "Obraz roku 2002" przewodnicząca jury - dr Evelyn Weiss, wicedyrektor Muzeum Ludwiga w Kolonii - odkryła, że zwycięskie dzieło Zbigniewa Gorlaka, powstało wcześniej niż w 2002 roku "co jest całkowicie sprzeczne z regulaminem i ideą konkursu" - głosi oficjalny komunikat redakcji "Art & Business" - "Werdykt został wydany po wnikliwym badaniu polegającym na porównaniu pracy z publikacją wydaną w 2001 roku. Jury postanowiło podzielić nagrodę w wysokości 100 000 złotych pomiędzy czworo wyróżnionych artystów: Katarzynę Fijałkowską, Jarosława Kwieclicha, Teresę Myszkin i Joannę Wawrzeczkę".
Rozstrzygnięcie dwóch najhojniejszych konkursów malarskich

DROGIE PŁÓTNA WE WZORKI

Koniunktura na obrazy rozkręca się. Przybywa konkursów malarskich, rosną również nagrody. Po konkursie im. Gepperta dla młodych malarzy (nagroda główna 5.000 zł) w minionym tygodniu rozstrzygnięto kolejne zawody malarskie - na "obraz roku" (100.000 zł) oraz - po raz pierwszy - krajowe eliminacje konkursu firmy Lexmark (na zwycięzcę finału europejskiego czeka 30.000 euro).

Wilczyca o pomstę wyjąca
Na raucie w warszawskiej Królikarnii ogłoszono zwycięzcę drugiej edycji konkursu na "Obraz roku" organizowanego przez miesięcznik "Art & Buisness" (uruchomiona niedawno własna strona www pisma działa już pod spolszczonym tytułem "artbiznes"). Tym razem międzynarodowe jury uznało za najlepsze dzieło Zbigniewa Gorlaka z Sopotu pt. "Wilczyca". Owo wielowątkowe i wielobarwne malowidło, nawiązuje do malarstwa gdańskiego czasów "Arsenału '88", kiedy to chętnie malowano duże, eklektyczne obrazy, mieszając różne konwencje malarskie. "Wilczyca" Gorlaka zaleca się podobnym, chaotycznym pomysłem na malowanie obrazów. Być może jurorom dzieło Gorlaka skojarzyło się z "malarstwem ery mediów cyfrowych", a może nawet z twórczością tak modnych obecnie artystów jak np. Franz Ackermann (patrz niedawna relacja Urszuli Ussakowskiej-Wolff z Wolfsburga), w każdym bądź razie nagrodzony obraz dobrze mieści się w konwencji organizowanego przez "Art & Buisness" konkursu - to dzieło ze wszech miar drugoligowe, poprawnie zrobione i mało oryginalne, podobnie jak pozostałe 98 pokazanych na wystawie konkursowej obrazów. Jeśli zauważalna w tym roku tendencja się utrzyma, konkurs na "obraz roku" będzie bez wątpienia najważniejszym w kraju przeglądem najlepszych twórców drugoligowego malarstwa, przetwarzających mniej lub bardziej udanie wymyślone przez innych pomysły na obrazy. Całą imprezę należy jednak uznać za pożyteczną: po pierwsze, bo niczym w totolotku, raz do roku ktoś może wygrać 100 tysięcy, a po drugie, bo zachęca szerokie rzesze amatorów do uprawiania trudnej sztuki malarskiej, co w konsekwencji wpłynie być może pozytywnie na obniżenie poziomu agresji w naszym społeczeństwie.
Nagrodę publiczności w tegorocznej edycji konkursu "Obraz roku" zdobył Piotr Lemke, prawnik i początkujący malarz. Trzeba przyznać, że głosująca publiczność wykazała się dużo większym poczuciem humoru niż międzynarodowe, konkursowe jury.


Zbigniew Gorlak, "Wilczyca"

Piotr Lemke, "Popiersie z kwadratem"


Jacek Dłużewski "Człowiek z Damaszku"

Wzorzyście i kulturalnie
Tymczasem w Krakowie, rozstrzygnięto krajowy etap międzynarodowego konkursu malarskiego firmy Lexmark. Tu do jury zaproszono krajowych ekspertów, co mogło o tyle wzbudzać zaufanie, że ich działalność zawodowa, kompetencje i zasługi (lub ich brak) są w naszym kraju znane, czego z pewnością nie da się powiedzieć o jurorach "obrazu roku".
Pierwsze miejsce przyznano Barbarze Niewiadomskiej za obraz "Using-abusing", znanej dotąd bardziej jako obiecująca ilustratorka i graficzka niż malarka. Pozostałe wybory jury (Anna Król - Muzeum Narodowe w Krakowie; Dorota Monkiewicz - Muzeum Narodowe w Warszawie, Jan Michalski - krytyk sztuki, Galeria Zderzak, Kraków oraz Jarosław Suchan z Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie) były również kulturalne. Wyróżnienia dostali artyści młodszego pokolenia, wyraźnie wybijający się ponad krajową przeciętność: Jacek Dłużewski "Człowiek z Damaszku", Paweł Książek "Kubeczek", Laura Pawela "can't go" i Sebastian Ślęczek "Dym".
Praca, która otrzymała główną nagrodę oraz prace wyróżnione zostały zgłoszone przez organizatorów do europejskiej edycji Lexmark European Art. Prize 2003. Główny organizator konkursu - firma Lexmark - zadecydował, że ze względu na bardzo dużą ilość nadesłanych prac (ponad 800) i ich wysoki poziom artystyczny, oprócz powyższych pięciu wyróżnionych obrazów, do ogólnoeuropejskiej edycji konkursu zgłoszonych zostanie pozostałych 11 prac nominowanych przez polskie jury. Obrady jury edycji europejskiej odbędą się w kwietniu 2003 roku w Walencji. Główna nagroda zostanie wręczona jesienią 2003 w Paryżu, podczas międzynarodowych targów FIAC. Wcześniej, 23 maja, w warszawskim zuju odbędzie się wernisaż wystawy prac wyróżnionych w polskiej części konkursu.
[30.03.2003]

Barbara Niewiadomska, "Using-abusing"

Paweł Książek "Kubeczek"

Sebastian Ślęczek "Dym"

Z ostatniej chwili: LAURA PAWELA KOMENTUJE logo 35 real laura


Hamburski miesięcznik "art" zainteresował się sprawą cenzury w warszawskim zuju. Urszula Usakowska-Wolff relacjonuje opinię niemieckiego magazynu w tej sprawie.

DYREKTOR POD TERROREM AUTORYTETÓW

Najnowszy, kwietniowy numer hamburskiego miesięcznika "art" zamieścił obszerną relację Susanne Altmann pod tytułem "Nie dla młodzieży? Autocenzura: dyrektor warszawskiego CSW wpuszcza tylko dorosłych na wystawę Nan Goldin." Autorka cytuje oburzoną artystkę, której prace do momentu warszawskiego incydentu "nigdy i nigdzie nie były cenzurowane" i która kilka godzin przed otwarciem jej retrospektywy na Zamku Ujazdowskim dowiedziała się, że tylko dorośli będą mieli prawo wstępu na nieprzyzwoitą ekshibicję. Już w trakcie przygotowań do pokazu "dyrektor Wojciech Krukowski bojaźliwie prosił Nan Goldin, aby zrezygnowała ze szczególnie drastycznych motywów jej fotograficznej autobiografii, czyli życia między seksem, przemocą i narkotykami." Kiedy jednak artystka się na to nie zgodziła, "Krukowski zasięgnął porady adwokatów i wystąpił na konferencji prasowej z zadziwiającym zakazem wstępu dla dzieci i młodzieży."


Nan Goldin

Zdymisjonowana zaangażowana
Susanne Altmann opisuje oburzenie, który zakaz ten wywołał w warszawskich kręgach artystycznych. Natychmiast przypomniano tam sobie o "wymuszonej dymisji Andy Rottenberg, zaangażowanej dyrektorki Zachęty", która - wystawiając "prowokacyjną" rzeźbę papieża Maurizio Cattelana pod tytułem "Dziewiąta godzina" - stała się celem "konserwatywnych i antysemickich ataków."


dyrektor zuja Wojciech Krukowski i kuratorka wystawy Milada Ślizińska

Dyktat(ura) dyrektora ugina kuratora
Miesięcznik "art" przytacza wypowiedź Nan Goldin: "Rozumiem, że Polska jest krajem katolickim, w którym nie można mówić otwarcie o AIDS, narkotykach i homoseksualizmie, ale to przecież właśnie dwunastolatkowie zaczynają interesować się narkotykami i sprawami seksu." W wystawie "Devil's Playground" dostrzega przede wszystkim "ostrzegawcze przesłanie", skierowane głównie do młodzieży. Mimo że kuratorka Milada Ślizińska przygotowała program towarzyszący z warsztatami na temat narkotyków i AIDS, również i ona usiała ugiąć się "dyktatowi dyrektora" (Krukowskiego), który "nie chce narażać własnej pozycji."

Dyrektorzy do odwagi nie skorzy
Miesięcznik "art" cytuje także pytanie Stacha Szabłowskiego: "Co niewłaściwego dzieje się w kraju, w którym dyrektor galerii czuje się tak sterroryzowany przez autorytety?" Ponadto przeczytać można, że "buntowniczy" magazyn sztuki "Raster" domagał się, aby "dyrektor w każdym razie stał po stronie artystów i postępowej sztuki" Żeby tak się jednak stało, "w dzisiejszej Polsce ciągle jeszcze trzeba wykazać większą odwagę, na którą nie jest się w stanie zdobyć niejeden dyrektor", kończy swoją relację o autocenzurze w zuju Susanne Altmann.
Urszula Usakowska-Wolff
[30.03.2003]
http://www.art-magazin.de/



FOTOGRAFICZNE UZUPEŁNIENIE DO UBIEGŁOTYGODNIOWEGO MATERIAŁU
"SZCZERBIEC SIECZE SZTUKĘ"

Kolejny donos na sztukę trafił do prokuratury. Malarz Ryszard Woźniak będzie składał wyjaśnienia na policji.
SZCZERBIEC SIECZE SZTUKĘ

Przez cztery tygodnie trwania wystawy Ryszarda Woźniaka (ex-Gruppa) we wrocławskim BWA, w każdą środę pod galerią odbywała się pikieta polityczno-protestacyjna, której uczestnicy domagali się zamknięcia pokazu. Krzyczeli: "Precz z wystawą Woźniaka!", "Woźniak do Brukseli!" ale również: "Precz z masońską okupacją", "Wielka Polska katolicka", "Bóg , honor, ojczyzna". Manifestanci ustawiali się na chodniku wzdłuż witryn galerii (przez które widać eksponowane na wystawie prace) i rozwijali transparenty: "Boże skrusz miecz co siecze kraj" albo "Życie ludzkie trwa od poczęcia". Rozdawano również ulotki sygnowane przez Stowarzyszenie Narodowy Ruch Antunijny.


Ryszard Woźniak, Zabieg, 1982

Entuzjazm i złe przeczucia
Wystawa Woźniaka, jednego z najważniejszych artystów lat 80., członka warszawskiej Gruppy, nosiła tytuł "Entuzjazm sztuki". Oprócz licznych nowych prac artysta pokazał również wybrane obrazy z lat 80., zaś ściany galerii pokrył efektowną, czerwoną lamperią. W biało-czerwonej scenerii odbywał się codziennie "przegląd malarstwa" - w wybranych godzinach artysta spotykał się z zainteresowanymi widzami, pokazywał i opowiadał o swoich obrazach (część, niczym w pracowni, nie była eksponowana na ścianach lecz ustawiona przy ścianie). Kilka obrazów z lat 80., m.in. sławny "Zabieg" z 1982 roku, Woźniak zdecydował się pokazać w osobnej sali oddzielonej białą zasłonką i informacją, że prace te uchodzą za kontrowersyjne („Informujemy, że obrazy prezentowane w tej sali mają opinię kontrowersyjnych. Ponieważ nie jest naszym celem ranienie uczuć odbiorców sztuki i widzów tej wystawy, sugerujemy, aby prace te oglądały osoby dorosłe na własną odpowiedzialność.”). Intuicja artysty okazała się trafna, zaś zawarta w ostrzeżeniu sugestia "kontrowersyjności" została szybko i skwapliwie podjęta przez grupę politycznych oszołomów i prawicowych bojówkarzy.

Kościół - galeria - prokuratura
Rozpoczęły się zorganizowane protesty, za których inicjatora uważany jest pan Tadeusz Szczyrbak, redaktor pisma "Szczerbiec", postać we Wrocławiu podobno znana, inicjator licznych ekstremalnych i absurdalnych wystąpień i protestów. Pikietujący galerię mówili zaś o sobie, że "nie należymy do żadnej organizacji ani nawet nie jesteśmy z tej samej parafii". Dziennikarce "Wieczoru Wrocławia" wyjaśnili, że o spotkaniu pod galerią dowiedzieli się przypadkiem... w swoich kościołach.
Do prezydenta miasta Wrocławia wpłynęły dwa pisma w sprawie wystawy (w tym jeden podpisany Jadwiga Wrocławianka - "Plastyk wystawiający uczynił z Biura sex szop - hańba") domagające się natychmiastowego zamknięcia wystawy, która "obraża uczucia religijne i narodowe". Jednocześnie złożone zostało przez grupę osób (w tym wspomnianego wyżej pana Szczyrbaka) doniesienie do prokuratury Wrocław-Stare Miasto. Za przestępcze uznane zostały przede wszystkim trzy obrazy Woźniaka: "Zabieg", "Dzieweczko wstań" i "Egzorcyzmy" - wszystkie z pierwszej połowy lat 80.(!), niejednokrotnie publikowane i prezentowane na wystawach, m.in. w warszawskiej zniechęcie. Wszystkie są właściwie pracami o randze muzealnej, a fakt, że "Zabieg" - chyba najbardziej poruszający i nośny obraz o wprowadzeniu stanu wojennego - nie znalazł się do tej pory w żadnej kolekcji muzealnej wynika chyba tylko z zatrważającej opieszałości i ubóstwa współczesnego polskiego muzealnictwa.


Ryszard Woźniak, Egzorcyzmy, 1984

"Czy pan jest Polakiem?"
Podczas jednej z cotygodniowych pikiet pod galerią, protestujący weszli na wystawę, gdzie doszło do bezpośredniej rozmowy "obrażonych" z artystą. Dyskutowano m.in. detal obrazu..... przedstawiający postać mężczyzny trzymającego na dłoni odwrócony kartusz z białym orłem. Protestujący zarzucili malarzowi, że drwi sobie z godła narodowego, a jego praca sprawia wrażenie robionej "za germańskie pieniądze". Na sugestię Woźniaka, że przecież nie jest to godło Polski, bowiem orzeł nie ma korony, jeden z protestujących zagrzmiał: "A może to Pan specjalnie strącił koronę!". Pod koniec trwania wystawy wykład w galerii miał Kazimierz Piotrowski, szykanowany kurator warszawskiego Muzeum Narodowego, autor niewidzianej, ale wyklętej w kraju wystawy "Irreligia", również autor tekstu w katalogu wystawy Ryszarda Wożniaka. Po prelekcji rozmowa publiczności z Piotrowskim zaczęła się od pytań jakiego rodzaju związki łączą kuratora z masonerią.

Talibowie prowokują
Protest wrocławskich ekstremistów rysuje zupełnie nowe perspektywy niedługiej przecież historii protestów przeciwko sztuce współczesnej w III RP. Oto obraźliwe okazują się prace powstałe nawet 20 lat temu! Z jednej strony dobrze to świadczy o ich aktualności, z drugiej przekonuje w sposób ostateczny, że mamy do czynienia z groźnym fundamentalizmem w stylu talibów burzących zabytki kultury starożytnej, który wykorzystuje wystawy sztuki jedynie jako pretekst do zbicia politycznego kapitału w oparciu o żądne krwi media i niezawisłe sądownictwo, które musi rozpatrywać wszystkie, nawet najbardziej idiotyczne donosy obywateli. Pozostaje wierzyć, że polskie prokuratury i sądy będą potrafiły zaradzić dalszym nadużyciom tego typu. Na początek trzeba uniewinnić Nieznalską (najbliższa i prawdopodobnie ostatnia rozprawa 28 kwietnia) i umorzyć postępowanie w sprawie Woźniaka.
[23.03.2002]


Ryszard Woźniak, Dwaj faceci, którzy myślą że idą na piwo, 1983



Michel Majerus, Controlling the moonlight maze (instalacja z 2 obrazów "The modern Age abstract" i "Episode"), 2002 (dzięki uprzejmości neugerriemschneider, Berlin)
Oko za okiem się toczy i od patrzenia łzami broczy - Urszula Usakowska-Wolff pisze z Niemiec o tym, jak zachodni artyści cierpią na malarstwo, horror vacui i melancholię, zaś niemieccy muzealnicy na widowiskowość i monumentalizm - głowa wprawdzie nie boli, ale...
PLAMY NA PŁÓTNIE

"Dziś malarze nie zadają sobie w ogóle pytania, czy wolno malować. Malowanie sprawia im po prostu przyjemność", twierdzi Annelie Lütgens, kuratorka wystawy "Painting Pictures", pokazywanej obecnie w Muzeum Sztuki w Wolfsburgu. A ponieważ swoje dzieła tworzą w czasach wszechobecności elektronicznych środków przekazu, tak więc pokaz 34 artystek i artystów, mistrzyń i mistrzów pędzla, kamery i taśmy filmowej z Zachodu opatrzono podtytułem "Malarstwo i media w dobie cyfrowej".

Ta wystawa, na której obejrzeć można 120 wielkich, najczęściej mniej lub bardziej przyjemnie kolorowych foto podobnych malowideł i malarskich fotografii oraz niemało multimedialnych foto malarskich instalacji, jest wynikiem trwającej trzy lata podróży, która - jak pisze Gijs van Tuyl, dyrektor Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, we wstępie do okolicznościowego katalogu - "prowadziła nas do wielkich miast między Berlinem a Los Angeles". Trudno się więc dziwić, że przygotowana przez holenderskiego dyrektora i niemiecką kuratorkę wystawa "ma dać zachodnie ukierunkowanie, ponieważ ten rodzaj malarstwa ma swoją żyzną podściółkę głównie w wysoko rozwiniętych państwach przemysłowych z ich zaawansowanymi technologiami informacyjnymi".

Torben Giehler, Mont Blanc, 2002 (dzięki uprzejmo?ci Frederick R. Weisman Art Foundation, Los Angeles)Jednowymiarowa animacja komputerowa
Żyzna podściółka gwarantuje okazałe plony, gdyż zaawansowane technologie informacyjne są dla wielu artystek i artystów z rozwiniętych państw przemysłowych, czyli gównie z Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Holandii, Włoch, Kanady i Japonii źródłem ich twórczej wiedzy o świecie. Komputer coraz częściej zastępuje im szkicownik, a ich świat jest kolażem zdjęć z kolorowych magazynów, filmów, reklam, znaków firmowych; jest gigantyczną, poddaną cyfrowej obróbce i niekiedy boleśnie kolorową sieczką. Ma się wrażenie, że część artystów i artystek, zaproszonych do udziału w "Painting Pictures" cierpi na horror vacui - nawet ułamek milimetra płótna nie może pozostać pusty. Tworzą oni swoiste obrazy obrazów, monstrualne wycinki medialnej rzeczywistości, wypełnione kolorowymi obrazkami do granic wytrzymałości. Wielkie, zaprojektowane na komputerze malowidła Niemców Franza Ackermanna, Alberta Oehlena, Torbena Giehlera, Amerykanów Erika Parkera i Lari Pittmana, Angielek Sarrah Morris i Fiony Rae wglądają jak przeniesiona na płótno grafika wektorowa i wywołują oczopląs. Dziesiątki oczu spoglądają z wzorzystych fresków i malowideł Japończyka Takashi Murakami i Anglika Matthew"a Ritchie: chyba znak tego, że to właśnie oko jest ofiarą (artystów) cyfrowej ery. Oko za okiem się toczy i od patrzenia łzami broczy. Jest tego starego i nowego malarstwa w Wolfsburgu pod dostatkiem, od którego w tym przybytku głowa wprawdzie nie boli, ale czasami przemyka przez nią myśl, że to sztuka doprowadzonej do perfekcji techniki, która jest jedyną treścią tej gładkiej, płaskiej i formalnie doskonale zaprojektowanej i wykonanej sztuki. Sztuki, będącej próbą przeniesienia na płótno trójwymiarowej animacji komputerowej.


Elizabeth Peyton, Sara, 2002 (dzięki uprzejmości neugerriemschneider, Berlin)

Brian Calvin, Fearless, 2000 (Collection Rena Conti and Dr. Ivan Moskowitz)Trójwymiarowe dzieła portretowe
Zmasowany atak sztuki, będącej zwierciadłem dzisiejszego, wizualnego i medialnego świata, który, wbrew przekonaniom organizatorów wolfsburskiej wystawy, tak samo wygląda w krajach mniej i bardziej uprzemysłowionych, powoduje, że paradoksalnie w natłoku dzieł przeładowanych kolorami i znakami, najbardziej rzucają się w oczy prace skromne, na pozór bezbarwne i wykonane tradycyjnymi technikami, które nazywa się umownie "malarskimi". Trudno się oprzeć malarskim walorom niewielkich najczęściej obrazów Angielki Elisabeth Peyton, która - na podstawie gazetowych zdjęć znanych osobistości i wydarzeń, tworzy trójwymiarowe i wyraziste wizerunki ludzi, a niekiedy także i zwierząt, jakby z krwi i kości. Podobnie do swoich dzieł podchodzi jej rodak, Gary Hume, który w sposób niezwykle oszczędny, bo przy pomocy zaledwie kilku barwnych plam, maluje wrażliwe portrety. Do portrecistów młodego, nieco zagubionego w dobie (nie tylko cyfrowej) konsumpcji pokolenia zaliczyć można także Amerykanina Briana Calvina, którego malowidła przypominają bardzo Alexa Katza, choć inspiracją doń jest podobno Giotto, a także Anglika Richarda Pattersona, którego olejne wizerunki całujących się par i skąpo odzianych dziewczyn przypominają dokonania (nieobecnego na tej wystawie) Amerykanina Richarda Prince"a. Kronikarką młodej plażowo-dyskotekowej generacji z kręgów amerykańskiej klasy średniej jest także Lisa Ruyter z Nowego Yorku, której masowe sceny z życia, wypełnionego nadmiarem czasu wolnego, emanują samotnością, podobnie jak "jednostkowe" płótna Edwarda Hoppera. Swojej fascynacji innym wielkim mistrzem - Arcimboldo - nie kryje także Amerykanin Fred Tomaselli, co widać na jego roślinno-owocowych obrazkach. Gdzie nie spojrzeć: motylek, kwiatek lub grzybek, ale ogląda się to z przyjemnością. Niezwykle plastyczne są oplecione wełnianą włóczką reliefy Holendra Michaela Raedeckera, który przynajmniej w sferze koloru i zredukowanych do minimum środków wyrazu wydaje się podążać śladami Anselma Kiefera. Z kolei dziwne stwory na obrazach Amerykanki Inki Essenhigh są jakby skrzyżowaniem poetyki Salvadora Dali z fantastyką rodem z Disneylandu.

Neo Geo, manieryzm i wideo
Zgodnie z wolą jej organizatorów, wystawa "Painting Pictures" pokazać ma, czy i jak malarstwo, postrzegane dziś jako dziedzina artystycznej twórczości na styku z fotografią, reklamą, kinem i komputerem, radzi sobie ze wszechobecną dominacją wizualnych mediów. "Malowane obrazy", bez względu na to, czy tworzone są przy pomocy pędzla lub lakieru na płótnie lub ścianie, taśmy fotograficznej lub wideo, multimedialnych instalacji przestrzennych (jak "Controlling the Moonlight Maze" Luksemburczyka Michela Majerusa, zmarłego w listopadzie ubiegłego roku w wypadku samolotowym), są dowodem różnorodności tej dyscypliny sztuki, poddanej z jednej strony mniej lub bardziej cyfrowym modom naszych czasów, co nie przeszkadza jej z drugiej strony kontynuować artystycznych tradycji przy użyciu środków i technik, przez dzisiejszy świat kuratorsko-kolekcjonerski ogólnie akceptowanych. Tak więc prace, prezentowane obecnie w Wolfsburgu, zaliczyć można z grubsza do trzech kierunków: kolejnego wydania Neo Geo, nowej wersji manieryzmu i współczesnej edycji "Nowej Rzeczowości". Geometryczne, ale mimo wszystko płaskie orgie kolorystyczne Ackermanna, Ohlena i Giehlera, niezwykle malarskie "Martwe natury" na starannie skomponowanych fotografiach Amerykanki Sarrah Jones i Niemca Andreasa Gurskiego, płaskie "Martwe architektury" na obrazach Amerykanina Benjamina Edwardsa oraz "Martwe postacie" Lisy Ruyter i Briana Calvina pokazują ponadto, że pojęcie malarskości nie musi mieć żadnego związku z przypisaną do niej dyscypliną sztuki, bo - co widać na wielkich przeźroczach Jeffa Walla lub w wideo instalacjach Billa Violi - fotografia lub taśma filmowa może być bardziej malarska niż niejeden obraz pędzlem malowany. Malarskość jest więc kategorią z dziedziny teorii muzealno-kuratorskiej, widowiskowość kryterium praktyki wystawowej.


Lari Pittman, bez tytułu, 2000 (Collection Goetz, Monachium)

Udomsak Krisanamis, Barbaric Woman, 2000 (Collection Goetz, Monachium)Gama plam
Wystawa "Painting Pictures" ma, jak wszystkie dotychczasowe indywidualne i zbiorowe pokazy w Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, charakter widowiskowy. Lokomotywą widowiska na dużą, zachodnią skalę są znane nazwiska: Koons, Tillmans, Gursky, Peyton, Hume, Wall, Viola, Murakami, uzupełnione nazwiskami, co do których ma się wrażenie, że po ich pobycie na dużej ekspozycji w małym dolnosaksońskim mieście staną się w świecie, decydującym o rankingu artystycznych nazwisk, coraz bardziej znane. Warto zapamiętać przynajmniej dwa nowe nazwiska: Udomsaka Krisanamisa z Bangkoku, który z wyciętych z gazet słów tworzy obrazy, przypominające oszczędne w kolorach gobeliny oraz Ingrid Calame z Los Angeles, która plamy z ulic amerykańskich metropolii uwiecznia na płótnie i o dziwo, bynajmniej nie daje plamy. Gobeliny z gazet i gamy plam dobrze się prezentują w masie "Painting Pictures", bo sprowadzają sztukę na ziemię, czyli do ludzkich, poręcznych rozmiarów.

Monumentalny Melancholizm Neo Realny
Jakby nie dowierzając rozmiarom wystawy "Painting Pictures", Muzeum Sztuki w Wolfsburgu prezentuje obecnie równolegle do niej monumentalne widowisko z corocznego cyklu "Update". Szósta edycja pokazu dzieł, zakupionych do kolekcji muzeum, nosi pasujący do skali tego przedsięwzięcia tytuł "Monumenty melancholii" i unaocznia, że w dużej przestrzeni wystawowej można pokazać dużo dobrego. Na przykład pochodzącą z 1994 roku i składającą się z tysiąca czarno-białych zdjęć instalację "Ludzkie" Francuza Christiana Boltanskiego, ponadto kilkadziesiąt biało-czarnych zdęjć z serii "Tokio Novelle" (1995) Japończyka Noboyushi Araki"ego i 38 czarno-białych zdjęć Amerykanina Jamesa Wellinga ze smutnej serii "Wolfsburg" oraz jedną dużą (229 x 335 cm), z nieznanych powodów co roku w tym muzeum na okolicznościowej wystawie pokazywaną, podświetloną witrynę z czarno-białą fotografią "Passerby" (1996) Kanadyjczyka Jeffa Walla. Nieco barwniejsze są cztery jasne, a jednak dość ponure, bo nawiązujące do sprawców i wydarzeń Drugiej Wojny Światowej obrazy (m.in. "Himmler" z 1997/98 roku) Belga Luca Tuymansa. Jak najbardziej monumentalne wrażenie robi też mało raczej kolorowa sala, w której wisi 13 dzieł znanego Niemca Neo Raucha. Jego malowidła to szczyt "Painting Pictures": neo-real-melancholizm postsoc-global-kapitalistyczny.

© Urszula Usakowska-Wolff, http://www.usakowska-wolff.com/ [16.03.2003]


Neo Rauch, See, No. 331, 2000, olej na płótnie, 200 x 400 cm, (dzięki uprzejmości Galerie EIGEN+ART, Berlin)

Painting Pictures: Malerei und Medien im digitalen Zeitalter
Kunstmuseum Wolfsburg, 01.03.2003 - 29.06.2003
Kuratorzy: Annelie Lütgens, Gijs van Tuyl
Uczestnicy: Franz Ackermann (*1963), Doug Aitken (*1968), Ingrid Calame (*1965), Brian Calvin (*1969), Benjamin Edwards (*1970), Inka Essenhigh (*1969), Torben Giehler (*1973), Andreas Gursky (*1955), Eberhard Havekost (*1967), Gary Hume (*1962), Sarah Jones (*1959), Jeff Koons (*1955), Udomsak Krisanamis (*1966), Michel Majerus (*1967 † 6.11.2002), Sarah Morris (*1967), Takashi Murakami (*1962), Albert Oehlen (*1954), Laura Owens (* 1970), Erik Parker (*1968), Richard Patterson (*1963), Elizabeth Peyton (*1965), Lari Pittman (*1952), Monique Prieto (*1962), Fiona Rae (*1963), Michael Raedecker (*1963), David Reed (*1946), Matthew Ritchie (*1964), Lisa Ruyter (*1968), Thomas Scheibitz (*1968), Wolfgang Tillmans (*1968), Fred Tomaselli (*1956), Bill Viola (*1951), Massimo Vitali (*1944), Jeff Wall (*1946)
http://www.kunstmuseum-wolfsburg.de/

Monumente der Melancholie: Update #6
Kunstmuseum Wolfsburg, 01.03. - 01.06.2003
Uczestnicy: Nobuyoshi Araki (*1940), Christian Boltanski (*1944), Neo Rauch (*1960), Luc Tuymans (*1958), Jeff Wall (*1946), James Welling (*1951)



Jo Stella-Sawicka pisze z Londynu o najnowszej wystawie mieszkającej tam polskiej artystki Goshki Macugi. Artystka znana jest z aranżacji przestrzennych, których tworzywem są... prace innych artystów
NOWA SZTUKA W STARYCH RAMACH

XVIII-wieczna puszka Pandory
Na swą wystawę w Gasworks Gallery w Londynie, Goshka Macuga skonstruowała kopię słynnego "Picture Room" z muzeum Sir Johna Soane'a znajdującego się w londyńskim Lincoln Inn's Fields. Przy współpracy z architektami z Pengutec, artystce udało się odtworzyć wnętrze w dużym stopniu przypominające zmyślną salę "Picture Room". Skrywa ona rozmaite historyczne dzieła sztuki za warstwami ruchomych tablic, otwierających się by odkryć przed widzem jeszcze więcej. Oryginalny "Picture Room" to coś w rodzaju puszki Pandory, gdzie Soane - uznany neoklasyczny architekt z XVIII wieku - przechowywał swoją kolekcje dzieł, zawierającą szkice rzymskich ruin autorstwa Piranesi"ego, plany architektoniczne własnych realizacji oraz popularną satyryczną serię moralizatorskich scenek Williama Hogarth"a - "The Rakes Progress".
Soane Museum cieszy się ostatnimi czasy ogromnym powodzeniem wśród artystów i kuratorów. W 2000 roku Hans Ulrich Obrist zaprezentował tam swą wystawę "Retrace Your Steps: Remember Tomorrow" - była to swoista kontynuacja 'Chambre d"Amis' Jana Hoeta z roku 1968 stworzonej dla Ghent Museum Van Hedandaagse Kunst, której założeniem było zaproszenie 50 artystów do pracy w prywatnych mieszkaniach na terenie całego miasta.

Goshka Macuga200 dziwacznych luster
Obrist był pierwszym ze współczesnych, który zrewidował kolekcję, zapraszając artystów by wprowadzili zmiany w owej specyficznej przestrzeni - zamienionej uprzednio przez Soana w muzeum i służącej do przechowywania jego zbiorów malarstwa, modeli architektonicznych, książek, prac w kamieniu i sztuki Egipskiej. Rzeczone muzeum pojawiło się również w filmie Isaaca Juliena "Vagabondia" wyświetlanym podczas konkursu Turner Prize w 2001 roku. Wykorzystując specyfikę wystroju budynku, Julien nakręcił mityczny dramat kostiumowy. Pracę, która nawiązywała do kreolskich korzeni jego przodków i wspomnień niewolników, umieścił w domowych wnętrzach klasy uprzywilejowanej.
Muzeum pozostaje źródłem fascynacji zarówno dla artystów jak i dla kuratorów. Wszystko dzięki specyficznemu klimatowi wnętrz i ich pomysłowej aranżacji. Choć muzeum zostało odrestaurowane w roku 1988 z zachowaniem wszystkich niezwykłych dodatków architektonicznych autorstwa samego Soane'a (np. dwieście dziwacznych luster rozmieszczonych w budynku, zniekształcających i powiększających przestrzeń), ani nie wygląda ono, ani też nie sprawia wrażenia typowej kolekcji XVIII-wiecznego filantropa. Zamiast tego, zbiory uzyskały miano rekwizytów, które wydają się być zawieszone w czasie i przestrzeni. W całej sytuacji ważną rolę odgrywają teatralni do przesady pracownicy muzealni, prowadzący odwiedzających przez labirynt pokoi i podziemnych komnat. Owa specyficzna atmosfera na którą składają się wspomniane elementy tłumaczy do pewnego stopnia decyzję Goshki Macugi przeniesienia i odtworzenia "Picture Room" Soane'a w Gasworks Gallery.

Góry lodowe, jaskinie, chata i drzewo
W swych poprzednich realizacjach, zapraszając artystów do pracy w przestrzeniach przez nią stworzonych, Macuga poddawała w wątpliwość kwestie artystycznej autonomii, pojęcia autorstwa i związków pomiędzy artystą a kuratorem. W przeszłości jej prace przyjmowały formę rozpoznawalnych, pospolitych form jak góry lodowe, igloo czy jaskinie. Wszystkie one sprawiały też wrażenie wyjętych z filmów animowanych, dzięki tanim materiałom stosowanym przez Macugę. Te bajkowe struktury podkreślają i parodiują zarazem dylematy kuratorów i instytucji biorących udział w procesie powstawania wystaw.
Wystawa artystki w Galerii Fundacji Foksal w październiku 2002, była świadectwem, iż Macuga wykształciła bardziej zdecydowane podejście do twórców współpracujących przy jej projektach. Wyznaczyła ona bowiem określone 'granice doznań' związanych z ich pracami. 'Chata'- to stylizowane na ludowo wnętrze tradycyjnej chaty. Przy użyciu naiwnej perspektywy przypominającej malarstwo średniowieczne, teatralna przestrzeń pozostałych realizacji zredukowana została do dwuwymiarowej sceny. W tym przypadku, prace pozostałych artystów stały się niemal rekwizytami i wtłoczone zostały w ramy realizacji artystki.
Druga z prac na wystawie - 'Drzewo' Pawła Althamera, stanowiło pytanie o możliwość istnienia współczesnej 'wunderkammer' - łączącej zbiór prac artystycznych z tradycyjnym mitem sielanki. Praca owa stanowiła magiczny i wrażliwy portret wspólnej rodzinnej pracy; sztuka przy artyście - członkowie rodziny Pawła Althamera w oddzielnych wnękach wyrzeźbionych w dębowym pniu. Obydwie wspomniane prace czerpią z wzorca 'gabinetu osobliwości' - konstrukcji umożliwiającej artyście określenie nie tylko kolejności zwiedzania, ale i warunków, w których doświadczać będziemy jego pracy jako całości. Robiąc to, artysta uświadamia nam jaką się ma ekspozycja oraz wskazuje na jej szczególny charakter jako osobistej kolekcji. Nie jest zatem niespodzianką, iż John Soane Museum stanowi dla artystki tak silny obiekt zainteresowania.

Sztuka i widz pod kontrolą
W Gasworks Gallery Goshka Macuga stworzyła swoisty meta-świat w którym prace wykonane przez innych twórców stają się częścią kolekcji całkowicie zaprojektowanej przez artystkę. Właściwa przestrzeń galerii została wykorzystana do umieszczenia w niej samowystarczalnej drewnianej konstrukcji, po wejściu do której zwiedzający wciągany jest momentalnie w skomplikowaną sieć kontroli i siły. Pracownik galerii, którego zadaniem jest otwieranie i zamykanie kolejnych paneli i ukazywanie naszym oczom kolejnych prac, kontroluje zarazem czas jakim dysponujemy by je obejrzeć. Dla widza jest to nie tylko frustrujące doświadczenie. Wzmaga ono także świadomość władzy artysty jako tego, który układa kolekcję i decyduje o tym, jak wygląda obraz związanej z Londynem współczesnej wizji sztuki.

Pokurczone twarze pigmejów
Wydaje się, iż artyści byli bardzo ostrożni jeśli idzie o umieszczanie ich prac w zamkniętej instalacji Macugi. Pociąga to za sobą wpisanie ich realizacji w gotową narrację. Jednak - jak widać na przykładzie "Picture Room" - miedzy tymi pracami może pojawiać się zadziwiająco wiele subtelnych asocjacji. Staje się to szczególnie widoczne jeśli znamy oryginalne rozmieszczenie dzieł w Soane Museum. W "Picture Room" z Gasworks Gallery na niewielkiej dolnej półce po wschodniej stronie, dostrzec można kolekcje malutkich głów. Są to wykonane ze skórzanych rękawic i końskiego włosia prace Francisa Upritcharda. Wyglądają jak pokurczone twarze Pigmejów i stanowią nawiązanie do fascynacji Soana maskami pośmiertnymi i rzeźbionymi partiami ciała, które wciąż znaleźć można w piwnicach Muzeum. Na północnym panelu widać kolekcje grafik Hogarth'a będącą cytatem z właściwej ekspozycji Soane Museum.
Skrzydła paneli otwierają się, ukazując serie subtelnie malowanych portretów głów. Bezcielesne policyjne ujęcia Corneliusa Quabecka przedstawiają wyraz twarzy i charakterystyczne cechy upadłych typów; to pijacy, prostytutki i hazardziści z serii "The Rakes Progress" Hogarth'a. Oto otwierają się ostatnie skrzydła odsłaniając dramatyczną przestrzeń, w której Macuga umieściła rzeźby, obrazy i rysunki tworząc tym samym lustrzane odbicie ekspozycji z Soane Museum. Spoglądając w głąb, dostrzec można nawiązanie do obsesji jaką Soane miał na punkcie architektonicznych ruin Piranesi'ego - to prace Sadie Murdoch, przedstawiającej widzom kruszejące modele w miniaturze.

Zuchwałe marzenia
Na centralnym miejscu znajduje się fotografia Rezy Arameshi ukazująca przewrotną zmianę zachodzącą w domowym wnętrzu. Oto zuchwały chłopczyk szczerzy zęby w uśmiechu, podczas gdy paru mężczyzn, w wymyślnych i drogich strojach, leży rozrzuconych po pokoju jakby padli ofiarą jakiegoś przedziwnego nieszczęścia. Obejmując we władanie uwagę fotografa, młody bohater zręcznie odwraca typowe relacje siły pomiędzy chłopcami a mężczyznami. Pokazuje tym samym jak otaczający go świat kontroli i autorytetu legł w gruzach. Wątpliwe jest by fotografia Arameshi przypadła do gustu Sir Johnowi Soane, jednak poprzez fakt umieszczenia jej w centralnym miejscu sali, a zatem i swojej pracy, Goshka Macuga zdradza swą fascynację wyzwaniem rzuconym przez małego chłopca. "Picture Room" jest jej własną realizacją wymarzonej kolekcji; inspirowaną brakiem umiaru i modą tego wieku.
Jo Stella-Sawicka
Tłum. Krzysztof Kościuczuk
[16.03.2003]

Goshka Macuga, "Picture Room", Gasworks Gallery, Londyn
7 lutego - 23 marca 2003 r.


Rafał Bujnowski
Dlaczego Sasnal, dlaczego Bujnowski, dlaczego Maciejowski? Kontynuujemy nasz cykl tekstów przybliżających twórczość kilku młodych polskich artystów oskarżanych o nieprzyzwoite sukcesy i/lub niezasłużone promowanie. Dziś tekst Łukasza Gorczycy z książki "Między naturą a kulturą" (wyd. Galeria Bielska BWA, Bielsko-Biała 2002) o trzech malarzach, dla których nie malarstwo lecz obrazy są najważniejsze.

PRAKTYKA WIDZENIA I POLITYKA OBRAZÓW

Czasem sztukę trzeba wymyślać zupełnie od nowa, od samego początku. Od rozglądania się dookoła, rozmawiania ze znajomymi i słuchania muzyki. Cała historia krakowskiej Grupy Ładnie (z czasem Słynnej Grupy Ładnie) jest właściwie historią towarzyską, ale w cieniu wesołych imprez plenerowych i klubowych, szybko rozwijała się również sztuka. Najpierw proste obrazy, rysunki, grafiki i komiksy przedstawiające sceny i rekwizyty studenckiego życia w Krakowie, z czasem prace zaskakująco głęboko i wnikliwie sięgające w rzeczywistość społeczną, poszukujące w niej właściwego miejsca i funkcji dla sztuki.

Bilbord Marcina MaciejowskiegoSztuka 24 godziny na dobę
Wiosną 1998 roku Rafał Bujnowski uruchomił Galerię Otwartą. Przestrzeń wystawową stanowiły trzy billboardy w śródmieściu Krakowa, na których można było oglądać sztukę za darmo przez 24 godziny na dobę (a czasem można było nawet wziąć sobie kawałek sztuki gratis). Autorami pierwszych wystaw w Galerii Otwartej byli ówcześni członkowie Grupy Ładnie - obok Bujnowskiego, Marcin Maciejowski, Wilhelm Sasnal (wówczas jeszcze studenci krakowskiej ASP) i Marek Firek - spiritus movens grupy, wykładowca na Politechnice Krakowskiej, gdzie wcześniej Rafał, Marcin i Wilhelm studiowali architekturę (piątym członkiem grupy był "naturszczyk" Józef Tomczyk zwany Kurosawą dorabiający jako model na ASP i Politechnice). Galeria Otwarta była pierwszym miejscem wystawowym ładnowców, ważna była jednak przede wszystkim sama decyzja, by robić sztukę w otwartej przestrzeni miejskiej, sztukę, która będzie uczestniczyć w życiu ulicy, miasta, lokalnej społeczności. Na billboardach pojawiały się więc zarówno prace nawiązujące do najbliższego otoczenia i codziennych spraw, jak i szczególnych wydarzeń, np. wizyty papieża w Krakowie, wyborów samorządowych (akcja "Łamanie ciszy wyborczej"), a w końcu także do samego medium jakim jest billboard - np. Bujnowski malował na nich reklamy własnych obrazów. Ważne było również to, że Galeria Otwarta (zamknięta przez Rafała w 2001 roku), stanowiła wyłom w komercyjnym systemie obrotu wizerunkami - sztuka pojawiała się w miejscu zarezerwowanym normalnie dla reklam. Z ekonomicznego punktu widzenia dochodziło więc do marnotrawstwa - powierzchnię zajmowaną przez galerię można byłoby przecież sprzedać, ale jeszcze bardziej doniosły był fakt, że prace artystów pokazywane na billboardach przełamywały monopol komercyjnych obrazów. Pokazywały przechodniom, że istnieje intelektualna, wizualna i ekonomiczna alternatywa.

Wystawa publiczno-prywatnaObrazów tworzyć nie trzeba, one są
Pierwszy pokaz Sasnala w Galerii Otwartej nosił tytuł "Wystawa publiczno-prywatna" i był kolażem różnych - publicznych i prywatnych - tekstów i kserowanych fotografii. Faktycznie, wraz z założeniem Galerii Otwartej sztuka ładnowców przestała być tylko prywatna, stała się także wrażliwa na sprawy publiczne. I chociaż nigdy nie powstały żadne poważne teksty programowe, w praktyce hasło sztuki "publiczno-prywatnej" dobrze pasuje do specyfiki działań Bujnowskiego, Maciejowskiego i Sasnala. Ich sztuka dość szybko przerosła zabawową atmosferę działań Grupy Ładnie i równie szybko okazało się, że oprócz mniej lub bardziej powierzchownych podobieństw, każdy z nich ma coś całkowicie oryginalnego do przekazania. Z rzeczy istotnych zaś, to co wspólne, to szczególny rodzaj spostrzegawczości, sięgający nie tylko powierzchni otaczających nas wizerunków i obrazów lecz również wnikający w ich strukturę i znaczenie społeczne. To co uprawiają można by określić mianem praktyki widzenia: chodzi o to, co widzimy na co dzień, jak widzimy, a także co (i kto) kryje się za przekazywanymi nam obrazami (fotograficznymi, telewizyjnymi, filmowymi). Cała trójka - Bujnowski, Maciejowski i Sasnal - świadomie zrezygnowała z wytwarzania nowych wizerunków. Ich prace dotyczą obrazów, które już wokół nas istnieją.

Rafał BujnowskiObraz w skali społecznej
Najbardziej dobitnie postawił tę sprawę Rafał. W swoich seriach obrazów imitujących przedmioty i materiały budowlane - cegły, deski, kasety wideo itp. - oczyścił malarstwo z płaskiego wizerunku na rzecz trójwymiarowej iluzji przedmiotu użytkowego. Taki zabieg niesie z sobą wiele atrakcyjnych możliwości. Można patrzeć na obrazy Bujnowskiego jak na abstrakcyjne płótna, dzieła sztuki nowoczesnej, które nagle nabrały sensu - rudy monochrom nie jest już tylko monochromrem, jest również cegłą; można widzieć w tych pracach próbę wyrwania sztuki ze spirali spekulacji wizerunkami - obrazy Rafała oferują ograniczony zakres motywów powtórzonych w wielu niemal identycznych egzemplarzach, są w ostentacyjny sposób pozbawione spektakularności (deska, okno, tablica) i na pierwszy rzut oka w ogóle nie przypominają obrazów. Chodzi więc o tego typu obrazy, takie wizerunki, które nie będą wywoływać niezdrowych emocji (wizualnych sensacji, wstrząsów lub fajerwerków, które łatwo mogą się stać przedmiotem manipulacji i spekulacji). Będą za to pełnić konkretną funkcję, wniosą dodatnią wartość społeczną. Takim rozwiązaniem były przeprowadzone przez Rafała w 2001 roku akcje renowacyjne - odmalowanie elewacji Bunkra Sztuki w Krakowie, Centrum Sztuki Inner Spaces w Poznaniu i okien w Galerii Arsenał w Białymstoku. Pomalowana na zaakceptowany przez konserwatora zabytków kolor elewacja Bunkra Sztuki jest abstrakcyjnym, monochromatycznym obrazem malarskim, stworzonym przez artystę, który jest zarazem robotnikiem wykonującym konkretną pracę remontową i ulepszającym nasze wizualne otoczenie. Można więc powiedzieć, że taki obraz - zgodnie z intencją artysty - emanuje dobrem.

Tzw. "zwyczajne życie"
Marcin Maciejowski daleki jest od konceptualnej dyscypliny Bujnowskiego, a jego zaawansowany, charakterystyczny sposób malowania, wręcz "własny styl", sugeruje, że mamy tu do czynienia z konwencjonalną praktyką malarską polegającą na wytwarzaniu realistycznych, figuratywnych obrazów. W istocie jednak również Marcin prowadzi subtelną grę z obrazami i wizerunkami dystrybuowanymi przez media. Źródłem ikonograficznym większości jego obrazów są wycinki z popularnej prasy i magazynów zbierane przez malarza w grubych brulionach. Na obrazach odtwarzane są one bardzo wiernie, często również z zachowaniem tekstu towarzyszącego fotografii. Wyolbrzymione do postaci dzieł malarskich scenki gazetowe nabierają patosu i uderzają swoją sztucznością. Warto zwrócić tu uwagę na pewien istotny niuans. Szereg zdjęć, których "używa" Maciejowski, to nie fotografie dokumentalne czy reporterskie sensu stricte lecz wizerunki specjalnie pozowane - ustawiane przez fotoreporterów, kadrowane przez fotoedytorów lub po prostu kupowane w agencjach fotograficznych jako gotowe, anonimowe ilustracje do tekstów o najróżniejszych "sprawach życiowych". To zupełnie jasne, że Marcin przedstawia swoimi tzw. "realistycznymi" obrazami świat nie tak jak on wygląda, lecz tak jak się nam sugeruje, iż wygląda. Jego tematem jest siła wizerunków, którym wygodnie jest ulec ponieważ oferują uproszczony, bardziej przejrzysty obraz świata, podzielony na dobro i zło, szczęście i nieszczęście, dramat i euforię, wielkich idoli i tzw. "zwyczajnych ludzi" bez większych perspektyw. Zarazem wizerunki te - swoiste wizualne slogany - dotykają autentycznych problemów społecznych, wzrostu przestępczości i bezrobocia. Wymowa towarzyszących im haseł jest dramatyczna: "Jak tu teraz żyć?" To zapytanie powtórzone przez Maciejowskiego na billboardzie przedstawiającym rodzinę bezrobotnych, jest nie tylko pytaniem o kondycję państwa i społeczeństwa, lecz również pytaniem o bardziej adekwatny obraz rzeczywistości, zarówno w kontekście manipulacji dokonywanych przez media jak i symulacji kreowanych przez reklamę.

Kiedy rodzą się emocje
W istocie, sprawa wizerunków, obrazów rzeczywistości jest sprawą publiczną i polityczną. Wizerunkami się manipuluje i handluje, kupuje dla nich miejsce w przestrzeni publicznej, lub przeciwnie, ukrywa przed opinią publiczną - dla celów politycznych lub komercyjnych. Praktyka malarska i artystyczna, która też polega na operowaniu wizerunkami wymaga więc szczególnego zmysłu krytycznego, umiejętności znalezienia się w tej sytuacji.
Wilhelm Sasnal ma niecodzienną umiejętność trafiania we właściwe miejsce i właściwy moment. Jego prace dotyczą emocji społecznych. Po pierwsze, poszukuje i dotyka tych właśnie spraw, które grają, lub którymi gra się na naszych emocjach. Od muzyki punkowej, przez wypadki samochodowe, uwodzący głos radiowej prezenterki, sympatię do anarchizmu, opuszczoną budowę elektrowni atomowej w Żarnowcu po katastrofę "Kurska", Jedwabne, holocaust i komiks "Maus". Tworzy się z tego intrygująco-szokująca mieszanka, dająca dobry pogląd o niezrównoważeniu emocjonalnym naszej cywilizacji. Po drugie, Sasnal zajmuje się kondycją wizerunków, którymi jesteśmy otoczeni, i które stymulują owe emocje. Obrazy są wyrywkowe, czasem niewyraźne, lub zgoła abstrakcyjne, tak jak wizerunek niewielkiego metalowego przedmiotu, który spowodował katastrofę Concorde'a. Obrazy Sasnala, w przeciwieństwie do tych, które są przedmiotem obrotu w agencjach fotograficznych i stacjach telewizyjnych, starają się eksponować niekonkretność, niepełność, niejasność, niewyraźność. Skupiają się właśnie na tych momentach, które domagają się komentarza, które ukazują niedoskonałość rozbudowanego aparatu wojerystycznego, jakim dysponuje nasza cywilizacja. Owe nie dość czytelne obrazy stanowią swoistą przyjemność dla wyobraźni, a zarazem ukazują moment utraty panowania nad obrazem, kiedy chciałoby się, ale niewiele już można zobaczyć. Można wtedy co najwyżej uwierzyć na słowo. Wówczas też rodzą się emocje. Jak wiele może znaczyć abstrakcyjna biała plama na błękitnym tle? Czy jest atrakcyjna? Czy to "ładny" obraz? "Piękne" zdjęcie? Tymczasem, ta biała plama układa się w znajomy kształt, to chmura dymu powstała wskutek wybuchu promu kosmicznego "Challenger". Trochę prowokacyjnie Wilhelm miesza emocje estetyczne z egzystencjalnymi. Ale daje też do myślenia w jaki sposób za pomocą wizerunków - fotograficznych i malarskich, które są tworami z natury estetycznymi - oswajamy się z rzeczywistością. My stoimy przed obrazem, a tuż za naszymi plecami ustawia się pytanie o pamięć i tożsamość, którą formują właśnie obrazy. Pytanie "czy to jest również twój obraz" pojawia się w podtekście bardzo wielu obrazów Sasnala. Spośród całej trójki do niego najbardziej przystaje określenie "malarz swojego pokolenia".

Prawda?
Zaangażowanie w rzeczywistość społeczną rozgrywa się u Bujnowskiego, Maciejowskiego i Sasnala na kilku płaszczyznach. Po pierwsze przez sam wybór motywów, tematów i wizerunków, po drugie - o czym była wyżej mowa - poprzez analizowanie statusu oraz sensu wizerunków i obrazów w czasach medialnego szoku wizualnego, a po trzecie, dobrym duchem ich sztuki pozostało to, co u samego początku łączyło cała trójkę - eksploracja zwyczajności, prywatności i swojego najbliższego otoczenia. Wilhelm maluje swoją żonę Ankę i różnych znajomych, a Rafał portretuje domy w rodzinnych Graboszycach i przemalowuje fotografie z albumu rodzinnego. I chociaż obrazy te - tak w formie jak i treści - odległe są już od prac z heroicznego, pop-banalistycznego okresu Grupy Ładnie, zachowują szczęśliwie ów podstawowy pierwiastek niezapośredniczonej prawdy, co zresztą brzmi dziś wręcz nieprawdopodobnie.

Tekst napisany na zamówienie Galerii Bielskiej BWA w Bielsku-Białej i opublikowany w książce "Między naturą a kulturą" pod redakcją Jolanty Ciesielskiej (Bielsko-Biała 2002). W książce tej znajdują się artykuły wielu autorów poświęcone najciekawszym ruchom artystycznym lat 90. w Polsce.
[23.02.2003]




Jake & Dinos Chapman: "The tragiK Konsequences of driving KareleSSly", 2000, mixed media, 36 x 98,5 x 98,5 cm, The Olbricht Collection, Essen. Foto Manfred Wolff
Urszula Usakowska-Wolff specjalnie dla Rastra z Düsseldorfu
HYBRYDY Z PIEKŁA LIBIDO
Przed wejściem do przebudowanego przed dwoma laty za 40 mln Euro zabytkowego budynku z 1902 roku, w którym mieści się pisane z małej litery "museum kunst palast" ("muzeum pałac sztuki") w Düsseldorfie, stoją dwie koparki: większa na alejce, mniejsza w nieczynnej jeszcze fontannie. Wyglądają jak dziecko, bawiące się pod czujnym okiem matki w piaskownicy. Do prawego skrzydła muzeum dzieci mogą wejść - jak informuje tablica przy kasie - tylko w asyście dorosłych. Pokazywana tam jest bowiem obecnie wystawa "Enjoy More", która "może ranić różne uczucia", głównie etyczne i estetyczne.

Waginy bez przyczyny
Dzieci, a raczej tworów dzieciopodobnych na wystawie także nie brakuje: wykonane one zostały przez jej autorów, braci Jake i Dinosa Chapmanów (ur. 1966 i 1962 r.) z włókna szklanego i wyposażone w atrybuty płci w miejscach zazwyczaj przez naturę do tego nie przewidzianych. Te pojedyncze lub grupowe (po)tworki, zrośnięte ze sobą w wielorakie organizmy, przypominające monstrualne rodzeństwa syjamskie o licznych głowach, rękach i stopach, obutych w markowe tenisówki "Nike", mają penisy zamiast nosów i anusy zamiast ust, a gdzieniegdzie waginy bez, jak by się mogło wydawać, widocznej przyczyny.

 


Jake & Dinos Chapman: "Zygotic acceleration biogenetic de-sublimated libidinal model", 1995, mixed media, 150 x 180 x 140 cm, The Saatchi Collection, London. Foto Manfred Wolff


"Zygotic acceleration biogenetic de-sublimated libidinal model" (detal)

Więcej przyjemności z okropności
Co dwie głowy to nie jedna, bo rąk wtedy ma się czworo, tak więc pierwsza indywidualna, muzealna wystawa Young Brit Artystycznych braci Chapmanów w Niemczech (pokazywana uprzednio w muzeum holenderskiego miasta Groningen) jest przedsięwzięciem o dużej masie. Złożona jest ona z dwunastu rzeźb z włókna szklanego, należących do cyklu "Tragicznych egzystencji", trzydziestu rzeźb dębowych, czyli prac z "The Chapman Family Collection" (2002), ponad dwustu grafik z czterech serii "Disasters of War" (2001), "Exquisite Corpse (Rotring Club)" z 2000/2001 roku, "Gigantic Fun" (2000) i "If you eat meat, digest this" (2002) oraz z najbardziej zmasowanego dzieła, słynnego "Hell" (1999/2000), czyli "Piekła", prezentowanego w 2000 roku na słynnej wystawie "Apocalypse: Beaty and Horror in Contemporary Art" ("Apokalipsa: Piękno i Horror w sztuce współczesnej") w słynnej Royal Academy of Art w Londynie. A ponieważ dziś wszystko powinno kojarzyć się lekko, łatwo i przyjemnie, ich düsseldorfska wystawa nazwana została "Enjoy More", co przetłumaczyć można jako "Więcej przyjemności". Zwiedzanie hybrydalnych dzieł pracujących od 1992 roku w artystycznym tandemie braci Chapmanów, którzy, mimo dość młodego jeszcze wieku, są już dziś klasykami gatunku, zwanego niekiedy "Horror Art", wywołuje więc miejscami mniej lub bardziej przyjemne uczucie grozy, a ci, którzy z ich dziełami spotkali się po raz pierwszy, czują się oburzeni i dają temu wyraz w księdze gości, w której roi się od zarzutów o szerzenie treści z dziedziny pedofilii.


Jake & Dinos Chapman: "Hell" (Detal), 1999/2000, mixed media, The Saatchi Collection, London. Foto Manfred Wolff

Bezpłciowe istoty markowe
Obiekty, które w połowie lat dziewięćdziesiątych przyniosły braciom Chapmanom międzynarodowy rozgłos, między innymi dzięki obecności ich dzieł w kolekcji londyńskiego magnata reklamowego, Charlesa Saatchi, są istotnie irytujące, bulwersujące, łamiące wszelkie tabu. Dzieciopodobne lalki, przypominające wystawowe manekiny, są na pozór szczytem technicznej perfekcji. Mają nieskazitelnie gładką powłokę, duże niebieskie oczy i jasne włosy z uroczą grzywką. Są, jak na manekiny przystało, nagie i bezpłciowe, a raczej płciowe inaczej, gdyż atrybuty płci umieszczono im w miejscach, w których istoty ludzkie z krwi i kości mają nosy, usta lub pępki. Ich stopy zdobi natomiast markowe, sportowe obuwie firmy "Nike". "Tragiczne egzystencje" Jake i Dinosa Chapmanów, do których należą zarówno znana z wystawy "Sensation" (pokazywanej w latach 1997,1998 i 1999 w londyńskiej Royal Academy of Arts, berlińskim muzeum Hamburger Bahnhof i nowojorskim Brooklyn Museum) instalacja "Zygotic acceleleration biogenetic, de-sublimated libidinal model" ("Zygotyczne przyspieszenie biogenetyczne, de-sublimowany model libido"), jak i niewielka (tym razem ubrana) rzeźba "Fuck Face" (niestety nie można tego przetłumaczyć inaczej niż "Pierdolona twarz", obie z 1995 roku), są symbolem współczesnego człowieka, będącego przedmiotem manipulacji. Przede wszystkim manipulacji przez konsumpcję, której przedmiotem są najbardziej elementarne funkcje biologiczne. A ponieważ masowa konsumpcja nie może sprawnie funkcjonować bez reklamy, jej wyrazem są najczęściej doskonałe powłoki cielesne nagich lub skąpo odzianych modelek i modeli, uosabiających ideał wiecznej młodości, pożądliwe przedmioty jasnego pożądania, czyli ideał, w prawdziwym życiu, wypełnionym niedoskonałą cielesnością, niemożliwy do spełnienia. Twórczość Jake i Dinosa Chapmanów ma charakter demaskatorski. Demaskują oni funkcjonowanie ideałów i symboli, które także są przedmiotem manipulacji. Ideał pięknego, wypielęgnowanego, wiecznie młodego, pożądliwego i godnego pożądania ciała, nie jest ideałem, godnym potępienia. Jeżeli jednak taki ideał staje się obowiązującą normą, którą trudno zrealizować, prowadzi do spustoszeń psychicznych i fizycznych: ludzie torturują swoje ciała w najróżniejsze sposoby, żeby wyglądać tak, jak ich idole ze stron kolorowych magazynów lub reklam telewizyjnych. Przy odpowiedniej manipulacji symbol piękna i wiecznej młodości zamienia się w symbol destrukcji i samo okaleczenia, wyzwala agresję i zło.


Jake & Dinos Chapman: Z cyklu "Gigantic Fun", 2000, grafika na papierze, 24,5 x 34,5 cm, The Saatchi Collection, London. Foto Steve White

Torturują, mordują, kopulują
W zrozumieniu braci Chapmanów życie ludzkie jest bipolarne: toczy się na styku natury i kultury. Przejawem natury jest libido i mordercze instynkty, kultura manifestuje się poprzez znak. Najbardziej złowieszczym znakiem dwudziestego wieku, uosobieniem wszelkiego zła, jest, jak wiadomo, swastyka, pierwotny symbol słońca, czyli życia, który dzięki ideologii nazistowskiej zamienił się w symbol masowej zagłady, śmierci na przemysłową skalę. Jake i Dinos Chapmanowie chętnie więc posługują się swastyką, bo przypuszczać można, że każdy odbiorca ich sztuki natychmiast zrozumie, że personifikuje ona zło. Ich najbardziej monumentalną instalacją jest "Piekło" ("Hell"), składające się z dziewięciu szklanych witryn, ustawionych w kształcie swastyki. Zaludnia je pięć tysięcy figurek z włókna szklanego, przypominających dawne ołowiane żołnierzyki. "Piekło" Chapmanów jest wyrazem historii ludzkości w dziewięciu odsłonach, gigantycznym obozem koncentracyjnym, w którym esesmani ze swastykami na rękawach walczą z nagimi szkieletami, więźniami obojga płci lub ulubionymi przez brytyjskich braci mutantami. Jednak granice między ofiarami i sprawcami są płynne: w sprzyjających okolicznościach ofiary zamieniają się w katów a kaci w ofiary, i nigdy ani jednych ani drugich nie zabraknie, bo kiedy nie torturują i nie mordują, to chętnie kopulują. Zaś piekielną salę w Düsseldorfie zdobią trzy flagi, przypominające te, na których w przeszłości umieszczane były nazistowskie swastyki, jednak tym razem widać na nich symbol "Smiley" pod tytułem "California über alles". W sprzyjających okolicznościach i ten znak krainy uśmiechu może zamienić się w padół łez.


Jake & Dinos Chapman: "California über alles", 2003. Foto Manfred Wolff

Frytki dla Afryki
Symbolem naszym globalnych czasów jest Mc Donald's, oferujący konsumentom zunifikowaną siekankę w zunifikowanym opakowaniu. Przedmiotem najnowszych prac Jake i Dinosa Chapmanów jest więc amerykański koncern Fast Food, który dotarł do najodleglejszych zakątków naszego globalizującego się świata. Najbardziej zaskakującym dziełem ich düsseldorfskiej retrospektywy jest ciemna sala, z której wyłaniają się maski, totemy i fetysze, znane z pokazów tak popularnej ostatnio autentycznej i oryginalnej, bo plemiennej sztuki afrykańskiej. Na pierwszy rzut oka nie ma się wątpliwości, że i bracia Chapmani, dzięki sukcesom finansowym, odniesionym dzięki płciowym inaczej mutantom i piekielnie zminiaturyzowanym esesmanom, zasilili szeregi kolekcjonerów modnej sztuki afrykańskiej. Sugeruje to także tytuł "Works from the Chapman Family Collection" ("Prace z rodzinnej kolekcji Chapmanów"). Pierwsze wątpliwości co do autentyczności tej rodzinnej kolekcji budzą się dopiero na widok symboli, w plemiennej sztuce afrykańskiej dotychczas raczej nie spotykanych: afrykańskie figurki zdobi gdzieniegdzie znane logo MC Donald’sa i charakterystyczna torebka z frytkami... Afrykańska kolekcja jest także dziełem czterech rąk braci Chapmanów, którzy w ten (naprawdę mistrzowski sposób) pokazują, że wszystko można podrobić i że podróbka niczym nie różni się od oryginału. W świecie reprodukcji nie ma granicy między reprodukcją a oryginałem, bo każdy oryginał może być bez końca powielany, więc przestaje być oryginałem.


Jake & Dinos Chapman: "Grimasse", 2002, drewno, The Chapman Family Collection. Foto Jay Jopling/White Cube, London


Jake & Dinos Chapman: Z cyklu "Disasters of War", 2001, grafika na papierze, 24,5 x 34,5 cm. Foto The Artists

Istnienie i trawienie
Jake i Dinos Chapman mają solidne i wszechstronne wykształcenie akademickie. Dobrze malują i rysują, w grafikach posługują się dość dziś niemodną techniką suchej igły i bardzo sprawnie modelują. Są bowiem, zgodnie z własnymi zapewnieniami, kontynuatorami dzieł Boscha i Goyi, wśród których gdzieniegdzie dostrzec można okruchy Bellmera. Młodzi brytyjscy klasycy czują się bowiem powołani do tego, aby starych klasyków ożywić na nowo, czyli ubrać ich w formę, skrojoną na miarę i potrzeby naszych - łaknących masowej medialnej grozy - czasów. Piekielne obrazy Boscha, okrucieństwa wojny Goyi, okaleczone lalki Bellmera, wizerunki domowych kotków, zamienionych dzięki odpowiednim zabiegom artystycznym w groźne monstra, to wszystko można bezpiecznie i radośnie i bez ryzyka konsumować. Konsumpcja i gigantyczna zabawa, ów "Gigantic Fun", sprawiają coraz więcej przyjemności. Nie bez powodu ubiegłoroczny cykl 23 grafik braci Chapmanów nosi tytuł: "Jeśli jesz mięso, straw je". Nawet, jeżeli nie wiesz, że to ty właśnie jesteś tym mięsem, to i tak zostaniesz strawiony.
Urszula Usakowska-Wolff (http://www.usakowska-wolff.com) [23.02.2003]

Jake & Dinos Chapman
ENJOY MORE

Kuratorzy: Barbara Til, Sue-an van der Zijpp
01.02. - 04.05.2003
Stiftung museum kunst palast
Ehrenhof 4-5
40479 Dűsseldorf
http://www.museum-kunst-palast.de

Katalog
ENJOY MORE

120 str., po angielsku, niemiecku i holendersku
Verlag der Buchhandlung Walther König, Köln
ISBN 3-88375-611-3
Cena 38 Euro



Kto w zuju cierpi na kompleks krótkiego penisa?

NAN GOLDIN W WARSZAWIE

Słynna amerykańska fotografka mieszkająca w Paryżu (od czasu, "gdy Bush ukradł mandat prezydenta USA") przyjechała do Warszawy na otwarcie swojej wystawy retrospektywnej w zuju. Wystawa jest absolutnie uwodząca i śmiertelnie piękna. Dyrektor zuja - na szczęście bezskutecznie - próbował ingerować w jej kształt, za co artystka odwdzięczyła się awanturą podczas konferencji prasowej i sugestią, że powodem wszystkiego są męskie kompleksy związane z długością penisa.

Skracanie dystansu
Wystawa jest wielka: dwa piętra, setki zdjęć, kolorowe ściany gęsto pokryte fotografiami i - najbardziej wciągające - dwie sale projekcji slajdów z muzyką. Zarazem wystawa pokazuje całość ludzkiego życia: macierzyństwo, dzieciństwo, dojrzewanie, miłość, starość, chorobę i śmierć. Wszystko wydaje się być niemal uniwersalnym obrazem ludzkiego życia, mimo iż skonstruowanym ze zdjęć wcale nie tak szerokiego grona znajomych, przyjaciół, kochanków i kochanek artystki. Niemodne słowo "uniwersalny" jest tu o tyle na miejscu, że oglądamy faktycznie wszelkie rodzaje związków i relacji międzyludzkich: miłość hetero i homoseksualną, macierzyńską, autoerotyzm, również samotność i opuszczenie (ze śladami pobicia włącznie). Największe wrażenie robi bliskość z jaką obiektyw artystki portretuje ludzi - jeśli to sztuka, to szczęśliwie pozbawiona kreacji - to szczególny "album rodzinny", który dokumentuje chwile najbardziej zwyczajne i najbardziej intymne. Nie często się zdarza, jak trafnie zauważyła sama artystka, oglądać orgazm na muzealnej ścianie.
Na zdjęciach Goldin mnóstwo jest nieupozowanego piękna i miłości, ale grasuje również śmierć. Oglądamy historie kochanków dziesiątkowanych przez AIDS i martwe natury o wanitatywnych treściach. Bohaterowie Goldin relaksują się leżąc w wannach, ale niektórych z nich widzimy również spoczywających nieodwołalnie na szpitalnym łóżku czy ozdobionej kwiatami trumnie. Swoimi zdjęciami Goldin skraca dystans do drugiego człowieka towarzysząc mu w chwilach najwyższych uniesień i w momencie ostatecznym. Jest to swoista prowokacja wymierzona w widza i każdego człowieka, zamach na jego oddalenie i obojętność.
Nan GoldinKompleks krótkiego penisa
Podczas konferencji prasowej poprzedzającej otwarcie warszawskiej wystawy artystka ujawniła, że dyrektor zuja Krukowski dzielił się z nią swoimi wątpliwościami co do zasadności pokazywania na wystawie niektórych ze zdjęć (chodziło podobno w szczególności o zdjęcia kochających się par - homo i heteroseksualnej - a także fotografię mężczyzny przytrzymującego w dłoni penisa). Artystka kategorycznie ucięła możliwość dyskusji nad wykluczeniem niektórych prac z pokazu, zaś dyrektor udał się na konsultacje ze swoim prawnikiem, po czym postanowił jedynie umieścić przed wejściem na wystawę informację, że wystawa zawiera drastyczne sceny seksualne i mogą ją zwiedzać jedynie osoby pełnoletnie. O tym ograniczeniu artystka dowiedziała się dopiero podczas konferencji prasowej i zareagowała kosmicznym zdumieniem i konsternacją. "Przecież ta wystawa jest dla nastolatków!" - grzmiała i zauważyła, że część z eksponowanych zdjęć zrobiła gdy miała... 17 lat. Dyrektor wykręcał się polskim prawem i obietnicą liberalnego traktowania limitu wieku zwiedzających. Nan Goldin zwróciła się do obecnych na sali dziennikarzy z prośbą by przypilnowali, aby również po jej wyjeździe, z wystawy nie ubyła żadna praca... "Uważam że jest to kwestia rozmiarów... - skomentowała próby cenzury wystawy Nan Goldin - ..mężczyźni cierpią z powodu swoich penisów...". Dyrektor siedział i czerwienił się.

Konferencja prasowa z udziałem Nan Goldin i dyrektora Krukowskiego
Nan Goldin
Nan Goldin podczas konferencji
Z ciemnogrodem trzeba walczyć
Część uczestników konferencji prasowej mruczała z niezadowoleniem gdy amerykańska artystka mówiła o panującej w Polsce homofobii, słabej profilaktyce AIDS i dyktacie kościoła katolickiego. Ale przecież miała podstawy by o tym mówić, skoro w Warszawie po raz pierwszy spotkała dyrektora instytucji artystycznej, który na widok jej prac przemówił jak bohaterka "Autobiografii" Perfectu: "...że kłopoty mogą być..." i udał się na konsultacje z prawnikami. Niestety, jego postępowanie łatwo zrozumieć i usprawiedliwić, jest wszak dyrektorem głównej państwowej instytucji zajmującej się promocją sztuki współczesnej w kraju, który jest ciemnogrodem. W takich warunkach umieszczenie przed wejściem na wystawę informacji o jej zawartości i zastrzeżenie, że mogą ją zwiedzać jedynie widzowie pełnoletni nie dziwi i nie budzi sprzeciwu, jedynie martwi, bo taka informacja działa jak płachta na byka i sprowadza sztukę do poziomu dyskusji o tym co jest, a co nie jest cenzuralne, demoralizujące, pouczające itp. Ostrożność dyrektora jest zrozumiała, nie chce mieć kłopotów i chce obronić instytucję przed ciemnogrodzką zwierzyną. Jednocześnie jednak wpisuje się w normy panujące w ciemnogrodzie - boi się widoku zdjęć kochających się hetero i homoseksualnych par, widoku "narządów płciowych" i kojarzy je z obszarem zakazanym. Może na to nakłada się też zmęczenie kilkunastoletnim już wysiłkiem budowy i ochrony własnej instytucji artystycznej? A może - jak sugerowała artystka - osobiste poglądy i kompleksy? Mniejsza o to, nam w każdym razie marzy się taki dyrektor, któremu sztuka nie będzie się kojarzyć tylko z niebezpieczną pornografią i zagrożeniem własnej posady; marzy się dyrektor który będzie miał odwagę stawać po stronie artystów i który będzie się koncentrował na tym jak ich bronić i wyjaśniać publiczności wartość pokazywanych prac. Dyrektor, który zrozumie, że walka z ciemnogrodem jest wpisana w naturę współczesnej sztuki. A jeśli uważa niektóre z działań czy prac artystów za niebezpieczne lub szkodliwe, to przecież w ogóle nie powinien takich twórców wystawiać, bo pokazywanie twórczości Goldin czy Arakiego w okrojonej ze względów obyczajowych formie jest fałszowaniem ich sztuki.
[17.02.2003]

Śląski designer Tomasz Bierkowski zbulwersował publiczność 100 kilobajtowym wizerunkiem MB Częstochowskiej w towarzystwie gwiazdy Dawida. Sebastian Cichocki pisze o szczytnych intencjach i zaskakujących reakcjach na kolejny projekt w ramach akcji art-e-mailowej co2mailing.art
KIJ W INTERNETOWYM MROWISKU

Pisałem już nieco w "Rastrze" na temat projektu co2mailing.art. To bardziej zabawa niż poważne przedsięwzięcie artystyczne (przypomnę, że akcja polega na tworzeniu prac w formie załącznika do e-maila przez wybranych artystów i rozsyłanie ich do subskrybentów 2 razy w miesiącu), co nie zmienia faktu, że zaangażowała się w niego całkiem spora grupka artystów z różnych stron świata. Projekt rozpoczął 13 stycznia brazylijski zasłużony pop-artowiec Antonio Claudio Carlvaho, po nim pokazaliśmy mikro-podróżniczą pracę Anglika Simona Faithfula (jednego z założycieli konsorcjum artystycznego The Centre of Attention w Londynie) teraz przyszedł czas na śląskiego designera Tomka Bierkowskiego, któremu od wielu miesięcy nosił w sobie pomysł na radykalny plakat e-mailowy.
Tak jak pisałem w tekście zapraszającym do udziału w serii, jest ona pomyślana jako "bezgotówkowa, międzynarodowa wymiana wrażeń artystycznych", jedynym ograniczeniem jakie postawiliśmy artystom były rozmiary pracy, nie mogła ona przekraczać 120 kb. Nawet przez chwilę nie przeszło nam przez głowę, ze te 120 kb mogą wywołać taki ferment wśród naszej rosnącej stale grupy subskrybentów. Ostatnia praca: "lekcja.jpg" Bierkowskiego wzbudziła jednak tak ostry oddźwięk i niezrozumienie, że zdecydowaliśmy się zareagować. Były osoby, które zdecydowały się wycofać z subskrypcji art-e-mailii, wiele osób poczuło się zaszokowanych, rozwścieczonych lub obrażonych. 100 kilobajtów wystarczyło. Był to prawdziwy kij wepchnięty w internetowe mrowisko. Dlaczego? Otóż w jednej pracy pojawiły się na raz dwa symbole: Matka Boska i gwiazda Dawida. Dla wielu osób było to aż nadto...

Bierkowski zeznaje
Ale po kolei: kim jest Tomasz Bierkowski, który został zaproszony do wzięcia udziału w cyklu? Młodym utalentowanym designerem, grafikiem, wykładowcą na ASP w Katowicach (komunikacja wizualna), kontynuatorem najlepszych tradycji śląskiego plakatu i zdobywcą licznych nagród za swe osiągnięcia (patrz: ostatni numer czasopisma "2+3D"). Nie jest człowiekiem znikąd, nieświadomym narzędzia i języka graficznego. Wie w jaki sposób komunikować się z widzem, wie także jak dokuczyć jego nawykom i przyzwyczajeniom. Tomek zdecydował się zabrać głos w sprawie swojej prac, mając nadzieję, że przybliżenie jego intencji ukróci dyskusję na temat, w opinii niektórych odbiorców, bezmyślnego zamachu na narodowe świętości. Bierkowski opowiada: "lekcja.jpg" to - wbrew pozorom - nie paradoks lecz truizm wyrażony za pomocą dwóch, zdawałoby się, skrajnie rożnych lecz powszechnie obecnych w naszym otoczeniu symboli. Ikona Matki Boskiej Częstochowskiej w formie reprodukcji masowo występuje w kościołach i w większości polskich domów, gdzie często pełni rolę ołtarza, symbolizuje boska obecność i opiekuńczość. Równie "popularny" w naszym kraju jest Magen Dawid (potocznie gwiazda Dawida), używany w znaczeniu pejoratywnym, będący wyrazem fobii i antysemityzmu, ale również będący inwektywą zawarta w skrótowej formie znaku graficznego. Wydaje mi się, iż forma graficzna "lekcji.jpg" opierająca się na prostym, wręcz banalnym kontraście dodatkowo potęguje jej odbiór; z jednej strony mamy kunsztownie wykonaną XV-wieczna ikonę, z drugiej zaś ekspresyjną i określającą tożsamość gwiazdę Dawida mogąca się kojarzyć przeciętnemu człowiekowi np. z "kryształową nocą". Równocześnie dzięki subskrypcji internetowej moja praca bezpośrednio, w sposób nachalny trafia do domu odbiorcy. Niczego od siebie nie dodałem, pokazałem jedynie, ze król jest nagi używając do tego celu stereotypowe postrzeganie i rozumienie znaków nie tyle religijnych, co tez kulturowych. Chciałbym, aby art.mailowa "lekcja.jpg" stała się - przynajmniej dla niektórych - lekcją pokory i dociekania prawdy. Amen (hebr. "prawdziwy", "wierny")"

W prostactwie siła
To tyle jeśli chodzi o wypowiedź Tomka. Jako że pracę Bierkowskiego osobiście zaakceptowałem i wybrałem (Tomek stworzył "lekcję" z myślą o plakacie, zaproponowałem mu wytestowanie odbioru pracy za pomocą naszej serii e-mailowej), więc czuje się zobowiązany dodać także swój komentarz. Odezwały się głosy o prostactwie tej pracy. Zgadzam się w zupełności - ta "Lekcja" jest prostacka, bo taka ma być i jako taka najlepiej spełnia zadanie "natychmiastowej dawki informacji" jaką jest art-e-mail. Ma być toporna, surowa, impertynencka. Ma być w swoim prostactwie prawdziwa, bo dotyczy przecież wyobrażenia najsłynniejszej ż y d o w s k i e j matki z dzieckiem. Podoba mi się kompletny brak taryfy ulgowej jaką przyjął Bierkowski mówiąc o tolerancji w Polsce. Praca ta wpisuje się także w zabawny sposób w śląski kontekst regionalny. Po pierwsze: istnieje tu bardzo silna tradycja plakatu (chyba wszyscy zainteresowani sztuką znają praca takich projektantów starszego pokolenia jak Kliś czy Kalarus), podtrzymywana przez monopolistyczne praktyki katowickiego BWA i część grona pedagogicznego tutejszego ASP. Plakat śląski zawsze był na wysokim poziomie, jednak ostatnimi laty twórczość tutejszych klasyków wpadła na manowce powtórzeń, pretensjonalnej maniery i sztucznego lokalnego gwiazdorstwa. Do głosu dochodzą jednak coraz mocniej młodsi projektanci, którzy swe pomysły realizują są w sposób mniej egzaltowany, prostszy, czytelniejszy i całe wieki nowocześniejszy. Myślę tu o Ksawerym Kaliskim, Justynie i Wojtku Kucharczyku, Ani Nałęckiej czy właśnie o Tomku Bierkowskim, którego działania leżą często na styku designu i działań konceptualnych (np. edycja "kalendarza na długie lata" bez cyfr).

lekcja.jpg

Śląskie Supermadonny
Po drugie: artyści śląscy uwielbiają symbolikę religijną - nie czas i miejsce na rzeczową analizę, ale fakt jest faktem, że wiele sprytnie zawoalowanych herezji udało się tu przemycić jako dzieła prawie, że sakralne, ku uciesze wszystkich zainteresowanych. Najbardziej spektakularny przykład to malarstwo ucznia Dudy-Gracza - Jerzego Naliwajko, który np. sportretował matkę boską jako lalkę Barbie. Najciekawszą pracą z nurtu "maryjnego" na Śląsku był jednak cykl grafik komputerowych Jarosława Skutnika. Pokazał on kilkadziesiąt małych obrazków z przeróżnymi polskimi Madonnami. Ostrogórska, Częstochowska, Piekarska, Kochawińska etc... Za pomocą prostych zabiegów komputerowych artysta wyciągał "średnią" z tych wszystkich ikon (rozstaw oczu, wielkość ust, kolor cery etc.) aż w końcu otrzymał obraz prawdziwej Supermadonny - Supermatki wszystkich Polaków! Oburzonych komentatorów nie było, ale wynika to chyba z faktu że galerię ASP w katowickim Górnośląskim Centrum Kultury gdzie pokazano wystawę nie sposób jest znaleźć przypadkiem. Inaczej sprawy miały się z pracą Tomka Bierkowskiego, która sama "przywędrowała" do odbiorców. Wszystko wskazuje, że następna praca w serii co2mailing.art.: "snake" Chada McCaila (premiera 25 lutego) nie powinna budzić już takich skrajnych emocji. To z pozoru niewinna i bardzo minimalistyczna praca do wydrukowania i pokolorowania - zabawa dla dzieci i dorosłych nie wierzących w kapitalizm. Niebawem ukażą się też m. innymi prace Sumiko Seki (coraz lepiej radząca sobie na europejskim rynku sztuki - dowiemy się o czym tak naprawdę marzą japońskie dziewczynki), Faye Heller (nowa artystka od Charlesa Saatchi'ego) oraz Laura Pawela, bardzo nam bliska ideologicznie bowiem wciąż kontynuując swój projekt e-mailowo-komórkowy "Reallaura" - wystąpi u nas gościnnie z nowymi pracami. Na koniec krzepiąca wiadomość dla wszystkich tych, którzy modlą się o duszę Tomasza Bierkowskiego i oczyma wyobraźni wiszą jego umęczoną duszę grillowaną na ogniu piekielnym. Artysta zdając sobie sprawę z zamieszania jakie wzbudzała jego praca, zaprojektował w chwili skruchy nową grafikę - erratę dla wszystkich urażonych. Oto premierowa prezentacja pracy.
Sebastian Cichocki

ps. Tomek Bierkowski czeka na komentarze odnośnie swojego art-maila. Kolekcjonuje je skwapliwie bowiem mają się one stać częścią jego nowej pracy o tolerancji. Najlepsze z wypowiedzi nagrodzimy unikatowymi plakatami reklamującymi serię co2mailing.art autorstwa Antonio Claudio Carlvaho (edycja 100 prac, które właśnie otrzymaliśmy z Brazylii). Przypomnę tylko, że aby otrzymywać prace z cyklu co2mailing.art.pl wystarczy wysłać wiadomość na adres co2@free.art.pl (z hasłem "mailing").
[15.02.2003]



Co, dlaczego i dla kogo maluje Wilhelm Sasnal?
ZABIĆ OBRAZ

Joanna Mytkowska z Fundacji Galerii Foksal przedstawia pokrótce ostatni rok działalności artystycznej Wilhelma Sasnala, który został zwycięzcą w rankingu "Rastra", pomimo że - jak się wydaje - jego najnowsze prace są polskiej publiczności, praktycznie nie znane.

Fakty: Paryż, Gwangju, Warszawa, Praga...
Wilhelm Sasnal rok 2002 rozpoczął udziałem w zbiorowej wystawie w Musée d'Art Moderne de la Ville de Paris zatytułowanej "Urgent Painting" (co w wolnym tłumaczeniu brzmi "malarstwo pilnie potrzebne"). Pokazał tam między innymi: serię obrazów zatytułowaną "Olimpiada (Montreal '76)", duże płótna przedstawiające amerykańskich myśliwych z ich trofeami, oraz portrety trzech dziewczyn z papierosami (Anka, Peaches, Dominika).
W marcu na Biennale w Gwangju w Korei wystawił cykl rysunków tuszem - między innymi przekrój kopalni zamienionej w lotnisko - oraz wideoklip do utworu The Cure "Killing an Arab", ukazujący niszczenie żarcia.
Na początku kwietnia na wystawie w Fundacji Galerii Foksal można było obejrzeć jego najnowszą produkcję: obrazy inspirowane komiksem Arta Spiegelmana "Maus", serię modernistycznych kościołów z Tarnowa namalowanych do góry nogami, pejzaż według fragmentu prozy Tadeusza Borowskiego, "Koncert", czyli stage diving, które z równym powodzeniem można by zatytułować "demonstracja" lub "pogrzeb palestyńskiego bojownika".
W tym samym czasie wystawia także w Galerii Display w Pradze (wspólnie z Moniką Sosnowską), gdzie przygotował instalację na podstawie jednej ze scen z popularnej czeskiej kreskówki "Krecik w wielkim mieście".

...Kolonia, Bazylea...
Pod koniec kwietnia na indywidualnej wystawie w Galerii Johnen & Schöttle w Kolonii zaprezentował kilkanaście nowych obrazów: portrety małp, obrazy namalowane według fotografii Aleksandra Rodczenki i psychodeliczne historie zaczerpnięte z bajki o Brombie.
W maju bierze udział w wielkiej wystawie malarstwa dwudziestego wieku "Painting on the Move", która odbywała się w kilku muzeach w Bazylei. Sekcja współczesna przygotowana przez Petera Pakescha poświęcona była realizmowi we współczesnym malarstwie. Wilhelm, którego niewielkie obrazy wisiały w sali razem z gigantycznymi płótnami Chucka Close, pokazał wizerunki UFO przemalowane z zamieszczanych w internecie "prawdziwych" fotografii zjawiska, a także "portrety" osób namalowanych od tyłu.
W ramach targów młodej sztuki "Liste" w Bazylei Fundacja Galerii Foksal zaprezentowała kilkanaście nowych obrazów. Znalazł się tam obraz z paleniem komiksów namalowany według zdjęcia z lat 50. z USA, kiedy to zdarzało się, że w związku z cenzurą obyczajową palono niepoprawne obrazki; obraz został wykonany częściowo w manierze komiksowej (ogień i książki), częściowo realistycznej (amerykańscy palacze). Ponadto prezentowana była tam nowa seria "portretów ocenzurowanych" muzyków pochodzenia żydowskiego: Gonzales, Zorn, Beck, wokalista Beastie Boys.
...Warszawa, Zielona Góra, Malmö, Nowy Jork.
Na wystawie "Rowelucja" w Galerii Raster w Warszawie pokazane zostały dwa wcześniejsze obrazy Wilhelma przedstawiające rower męski i rower damski oczekujące pod drzwiami mieszkania.
W listopadzie odbyła się druga indywidualna prezentacja Wilhelma w Polsce, w BWA w Zielonej Górze, na której pokazane zostały m.in. prace z serii "Maus", a także cykl obrazów zainspirowany okładką płyty Sonic Youth autorstwa Raymonda Pettibona.
Obecnie, cykl rysunków przedstawiającą rebelię rur PCV w rozmaitych miejscach użyteczności publicznej jest pokazywany na wystawie "Pełzająca Rewolucja 2" w Rooseum w Malmö. A od 16 stycznia 2003 można oglądać najnowsze prace Sasnala w Galerii Anton Kern w Nowym Jorku. Obrazy tam pokazane są tak bardzo zróżnicowane, że prezentacja ta wygląda jak wystawa kilku artystów. Wielkie płótna pokazujące wyścigowe bolidy wyprodukowane tuż przed wojną w zakładach Mercedesa wiszą obok abstrakcyjnych obrazów przedstawiających mętną wodę w akwarium, portrety bohaterów sztuki amerykańskiej lat 60. - Roberta Smithsona, Waltera de Marii - namalowane farbą wyciśnięta prosto z tuby, pofałdowane płótna tworzące przestrzenne obiekty i wreszcie abstrakcyjne obrazy fakturowe, które namalowane są palcami.
Plany: Antwerpia, Zurych, Münster, Londyn.
W najbliższych miesiącach czekają Wilhelma trzy wystawy: w muzeum MUHKA w Antwerpii, gdzie pokaże zmieniający się w trakcie trwania wystawy cykl filmów i rysunków. Następne prezentacje będą miały charakter retrospektywny: w Kunsthalle w Zurychu i Kunstverein w Münster. Nowe prace przygotowuje na wystawę indywidualną w Galerii Sadie Coles HQ w Londynie.
Kontekst: powrót malarstwa?
Na międzynarodowej scenie artystycznej wyraźna jest tendencja, którą można by nazwać powrotem do malarstwa. Zapowiadała ją już, mniej więcej dwa lata temu, wielka wystawa w Antwerpii, zorganizowana przez Luca Tuymansa, jednego z niewielu malarzy, których twórczość przetrwała weryfikację prokonceptualnych lat 90. Tę tendencję potwierdziły między innymi: wystawa w Paryżu "Urgent Painting" i bazylejska "Painting on the Move". Owe manifestacje, zbierające rozmaitych malarzy starszego i młodego pokolenia, dość niespójne, za to hałaśliwe, starają się przekonywać o świeżo odzyskanej sile obrazu na płótnie. W Polsce (zmęczonej skandalami?) mieliśmy cykl buńczucznych wystaw o realizmie i próby reanimacji przez galerie pogodnej malarsko-performanckiej grupy Ładnie. To pospolite ruszenie optymizmu względem malarskiego przedstawienia bardzo przypomina niezaspokojony głód obrazów z lat 80. Tendencję tę można widzieć jako odrzucenie dominujących w latach 90. nurtów konceptualnych, ale także jako reakcję wywołaną przez niepewną sytuację ekonomiczną i polityczną (tzw. "świat po 11 września"). Obserwujemy wycofanie się muzeów i galerii na pozycje konserwatywne, hołdowanie łatwiej definiowalnym mediom. Próby kreowania gremialnych powrotów do malarstwa są zawsze ruchami do tyłu. Wilhelm Sasnal jest w tę sytuację uwikłany. Wziął udział w ważnych prezentacjach malarstwa, a na domiar złego swoimi obrazami potwierdza tezę, że z malarstwa ciągle można jeszcze coś wykrzesać. Można mieć nadzieję, że w tej grze jest świadomym graczem.
Zwodniczy pejzaż
Na obrazie "Pejzaż" według Tadeusza Borowskiego (2002) widzimy skrótowo namalowany kawałek banalnego krajobrazu. Tytuł odsyła do kilku zdań jedynego chyba opisu przyrody w opowiadaniach obozowych Borowskiego: "Cień kasztanów jest zielony i miękki. Kołysze się lekko po ziemi jeszcze wilgotnej, bo świeżo skopanej, i wznosi się nad głową seledynową kopułą pachnącą poranną rosą...". Impresyjny sposób malowania koresponduje z brakiem precyzji literackiego opisu. Napięcie pomiędzy literackim opisem oraz jego przedmiotem zostało przeniesione na obraz przez zastosowanie akademickiej maniery. Dziennikarka "Gazety Wyborczej" uznała, że obraz pochodzi z wczesnego, akademickiego okresu twórczości malarza - którego tak naprawdę Sasnal nie przechodził.
Ziarna zostaną oddzielone od plew
Już w krótkim i niekompletnym wyliczeniu zeszłorocznych dokonań Wilhelma Sasnala widać schizofreniczną różnorodność motywów, desperacką zmienność stylistyczną i warsztatową. Za jego obrazami stoją historie i często skomplikowane przypisy. To malarstwo ery postkonceptualnej, które iskrzy się od pomysłów i figur retorycznych, goni resztkami sił, posiłkuje się starymi motywami, odnosi się czasami desperacko samo do siebie. Ale choć niektóre zabiegi świadczą o zainteresowaniu podejrzaną kondycją malarskiego medium: portrety w hołdzie mistrzom sztuki konceptualnej, strategia przerzucania znaczenia poza płótno, dociążanie obrazu historiami, to Wilhelm jest ciągle zainteresowany bardziej tym, co jeszcze można namalować, jak zachować umiejętność szybkiego reagowania i wierność swojej wizji świata. Powracający w ciągu ostatniego roku autotematyczny wątek, to nie tylko zjadanie własnego, malarskiego ogona, ale przede wszystkim próba mierzenia się ze swoją świeżo uzyskaną pozycją uznanego malarza, która powoduje wątpliwości i prowokuje próby wyłączenia malarstwa ze strefy bezpieczeństwa, pozostawania w jedynie w kręgu malarskich problemów. Gra toczy się o możliwość tworzenia obrazów, które przyczyniają się do rozumienia świata, niezależnie od medium. Żywotnym interesem Sasnala jest więc jak najszybsza przegrana malarstwa, co najmniej w znaczeniu końca mody na malarstwo, zbiorowych wystaw, zainteresowania mediów. Taki koniec mody na malarstwo niechybnie nastąpi, a pospolite ruszenie malarzy ulegnie z pewnością przewartościowaniu - ziarna zostaną oddzielone od plew, a obrazy umysłu od tworów malowanych tylko pędzlem. W przeciwnym wypadku malowanie zupełnie straci związek z rzeczywistością w jej politycznym i ekonomicznym wymiarze i pozostanie wygodną wymówką dla widzów, kuratorów, krytyków i klientów.
Joanna Mytkowska
[9.02.2003]
Reprodukcje obrazów dzięki uprzejmości: Galerie Johnen&Shoettle, Kolonia; Anton Kern, Nowy Jork; Fundacji Galerii Foksal, Warszawa


Zmiany w rankingu?! Odnaleziony jeszcze jeden głos!

KOZYRA, SAWICKA I SZTWIERTNIA WYŻEJ

Długo po terminie do naszej redakcji dotarł jeszcze jeden ważny głos do naszego rankingu - wicedyrektorki warszawskiej zniechęty Hanny Wróblewskiej. Ponieważ opóźnienie wynikło wyłącznie z niewyjaśnionych bliżej przyczyn technicznych (list został wysłany przed publikacją wyników rankingu), czujemy się zobowiązani opublikować ów brakujący głos.

Hanna Wróblewska, Galeria Zniechęta, Warszawa

najlepsza wystawa 2002
3 pkt . - Grzegorz Sztwiertnia w Bunkrze Sztuki
2 pkt. - "Germinations", Galeria Arsenał, Białystok
1 pkt. - "Polska", Teatr Academia, Warszawa

ps. podobały mi się moje: kozyra, sobczyk, sawicka, ale rozumiem, że mówię o innych

nalepszy artysta 2002
3 pkt. - Katarzyna Kozyra
2 pkt. - Jadwiga Sawicka
1 pkt. - Ela Jabłońska

największa klęska 2002
3 pkt. - proces Nieznalskiej
2 pkt. - szum wokół Picassa
1 pkt. - większość projektów konkursów na projekt wystawy w pawilonie polskim na biennale w Wenecji 2003


Hanna Wróblewska
Zniechęta języczkiem u wagi
Głos wicedyrektorki zniechęty - choć tylko jeden i liczony przez nas pojedynczo - zaskakująco wiele zmienia w wynikach rankingu. Trzy punkty dodane Katarzynie Kozyrze pozwalają jej wyjść na drugie miejsce w kategorii najlepszy artysta (ex-equo z Pawłem Althamerem). Tym samym pierwszą piątkę opuszcza Bogna Burska, którą wyprzedza teraz jeszcze Jadwiga Sawicka. Dla wszystkich zaś zbulwersowanych i zawiedzionych faktem, że w rankingu opublikowanym na łamach "Rastra" wygrał Wilhelm Sasnal, małe pocieszenie. Jeśli zsumować punkty z kategorii "artysta" i "wystawa", teraz najwięcej ma ich Kozyra! Ciekawe, że swoją wysoką pozycję w rankingu Warszawska Kasia zawdzięcza jednej właściwie wystawie - pokazowi pełnej wersji "Święta wiosny", pracy powstałej jeszcze w 2001 roku. W tej nieoficjalnej kategorii łączącej punkty za "artytstę" i "wystawę" Jadwiga Sawicka wyprzedza teraz Paulinę Ołowską i Marcina Maciejowskiego.
Dzięki punktom od Hanny Wróblewskiej do grona najlepszych wystaw dołączyła monumentalna wystawa Grzegorza Sztwiertni "Farbenlehre" w krakowskim Bunkrze Sztuki, zaś "szum wokół Picassa" i jego wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie znalazł się na zaszczytnym czwartym miejscu w kategorii "klęska roku". Największemu(?) muzeum sztuki w Polsce pozostaje życzyć dalszej, równie owocnej pracy! A pomyśleć, że jeszcze niedawno dyrektor tegoż muzeum, pan Ruszczyc, prowadził zakulisowe rozgrywki w celu przyłączenia zniechęty do jego instytucji. Panie dyrektorze, proszę spojrzeć na wyniki rankingu: zniechęta - 4 wystawy wśród najlepszych w minionym roku, a muzeum (czyt. mauzoleum) tylko w klęskach...
[2.02.2003]

Po opublikowaniu przez nas rankingu sztuki polskiej za rok 2002, na forum dyskusyjnym temperatura dyskusji wyraźnie się podniosła, a anonimowa większość dyskutantów z entuzjazmem przyjęła wyniki rankingu jako ostateczny i niepodważalny dowód degrengolady "Rastra" i znacznej części środowiska krytyczno-kuratorskiego. Wszystko przez Sasnala oczywiście i to, że uważamy iż jest najlepszy. W związku z tym postanowiliśmy w kolejnych wydaniach naszego tygodnika przybliżyć sobie i czytelnikom postać tego tarnowskiego artysty i różne aspekty jego sztuki.

POLOWANIE NA SASNALA (odcinek 1)

Wilhelm Sasnal, Bez tytułu (Monkey), 2002
Dzięki uprzejmości Galerie Johnen & Schoettle, Kolonia

Agata GroszekAdam Jastrzębski, jeden z redaktorów pisma artystycznego "Sekcja" i kuratorów uniwersyteckiej Galerii Zakręt, przeprowadził bezprecedensowe śledztwo w sprawie obecności małp w najnowszym malarstwie polskim. Wilhelm Sasnal i Agata Groszek z pracowni malarstwa Leona Tarasewicza na warszawskiej ASP namalowali bardzo podobne obrazy - portrety małp. Jak do tego doszło? Czy po raz kolejny artyści pokłócą się o pierwszeństwo? Oto co ustalił Adam oraz dobra nauka płynąca z tego przypadku, jak postępować w podobnych sytuacjach.

FRAGMENT PRAWDY O POLSKIEJ SZTUCE

Agata Groszekdruga połowa roku 2001
Agata Groszek rozpoczyna malarskie poszukiwania dotyczące ekspresji ludzkiej twarzy i małpiego pyska. Powstaje kilka prac przedstawiających przenikanie się twarzy ludzi z pyskami małp. Wkrótce Agata zaczyna zestawiać ze sobą osobne obrazy - portrety ludzi i małp.

zima 2001/2002
Wilhelm Sasnal przypomina sobie młodzieńczą fascynację biologią i atlasami przyrodniczymi. Rozpoczyna prace nad cyklem sześciu czarnobiałych obrazów - w oparciu o zdjęcia w atlasie maluje pyski małp. W TYM SAMYM CZASIE Agata zmienia koncepcję - postanawia skupić się tylko na małpach. Rozpoczyna tworzenie cyklu ponad trzydziestu portretów. Obserwuje emocje na pyskach zwierząt, szuka w nich cech indywidualnych, nadaje im imiona - rzeczywiste imiona nadawane małpom w ogrodach zoologicznych.

25 kwietnia 2002
W galerii Johnen + Schoettle w Kolonii rozpoczyna się wystawa na której Wilhelm Sasnal pokazuje m.in. małpy.

Agata Groszek13 maj 2002
W warszawskiej ASP rozpoczyna się wystawa obrazów Agaty przedstawiających małpy. Każdemu portretowi towarzyszy tabliczka z imieniem. Równocześnie Agata uczestniczy w konkursie na zagospodarowanie powierzni budyku wentylatorni metra. Ścianę ma pokryć duży portret małpy. Po publikacji projektu w dodatku stołecznym Gazety Wyborczej i burzliwej dyskusji na formum gazeta.pl metro rezygnuje z tego projektu.

20 stycznia 2003
Raster publikuje ranking artystów. ranking przyozdobiony jest dwoma małpami Sasnala datowanymi na rok 2002. Agata jest zaskoczona i postanawia poznać prawdę.

27 stycznia 2003 (po południu)
Adam decyduje się pomóc Agacie w poznaniu prawdy.

27 stycznia 2003 (wczesny wieczór)
Łukasz Gorczyca wykazuje zainteresowanie ideą poznania prawdy i wspiera całą operację.

27 stycznia 2003 (późny wieczór)
Agata i Wilhelm podczas bogatej w dygresje i dobrą energię rozmowy telefonicznej zgadzają się co do koncepcji ponadzmysłowego przepływu idei.

Agata GroszekPost scriptum
Dlaczego mam takie ciekawe zajęcie i dlaczego to takie ważne? Po raz kolejny nasi bohaterowie ocalili polską scenę przed podziałami. Agata Groszek absolutnie nie podejrzewa Wilhelma Sasnala o plagiat, Wilhelm Sasnal nigdy nie posądzi o plagiat Agaty Groszek, źli ludzie nie będą mówić złych rzeczy o dobrych ludziach, ludzie i zwierzęta będą żyć w zgodzie.

załączam wyrazy szacunku,
Adam Jastrzębski
[2.02.2003]



Wrocławska scena młodej sztuki - chyba jedna z najweselszych i najaktywniejszych - dziwnym trafem pozostaje na marginesie zainteresowań rodzimych kuratorów i pisarzy o sztuce. Nie chcemy tracić z oczu tego pięknego miasta i niezależnej młodzieży, która je zamieszkuje, dlatego publikujemy relację Violi Tycz z najnowszej grupowej manifestacji artystycznej w Galerii Entropia - flagowym okręcie progresywnej wrocławskiej sceny artystycznej.
PIERDOLENIE, AIDS I INNE KATASTROFY

We wtorek (4 lutego) odbył się w Galerii Entropia we Wrocławiu wernisaż wystawy "After Aids". Wystawy zmontowanej przez Reaktora - bezdomnej, bezideowej formacji działającej od pół roku na terenie Polski. Skład Reaktora zmiennym jest i w dużej mierze zależy od aktualnych miraży towarzyskich, od pomysłu na ekspozycję, od układu planet. Tym razem projekt wystawy zrodził się z ewidentnej pomyłki lingwistycznej - członkini Reaktora (Kasia Suska) chciała wymówić nazwę popularnych czekoladek z nadzieniem miętowym (tu nie podam nazwy czekoladek ze względu na pohukiwania światłych ludzi ostrzegających nas przed konsekwencjami nadużywania nazw towarowych znanych firm, patrz wideo z Volkswagenem). Czy to ze względu na trudności we władaniu językiem obcym, czy z okresowej niedyspozycji werbalnej, z Kasi ust wyszło "After Aids".

Lepiej nie mówić
Od samego początku przedziwny niepokój towarzyszył wystawie. Już to przez sam temat, który notabene nie dotyczył choroby jeno czasów po epidemii (stylu życia, miłości, seksu itp.), już to ze względu na ekspozycję. Poszła fama w miasto, że wystawa jest kontrowersyjna. Toteż przed wernisażem pojawiały się osobistości, które czyhały na sensację. Działacze ZPAP (Związku Polskiego, Archaicznego Potwora komuny) nawiedzili tuż przed wernisażem Galerię, choć zwyczajowo chadzają tylko na środowiskowe wystawy. Taka niespodziewana wizyta to nie lada groza w czasach zamykania galerii przez jednego "członka". Szeroka inwigilacja nastąpiła już podczas wernisażu, gdy podeszła do mnie starsza pani w plecionym bereciku:
- Co ja tu zobaczyłam Pani, lepiej nie mówić...
- Ale co Pani zobaczyła ? - zapytałam
- Lepiej nie mówić...
- Nie rozumiem Pani, proszę mówić konkretnie.
- Lepiej nie mówić...
Pozostawiłam ją z tym przylepionym, przyczajonym wzrokiem, bo nie widziałam sensu dalszej konwersacji.

Kasia Suska >> "Plus Minus Nieskończoność"W pierścieniu lęku
Na wernisażu były prawdziwe tłumy. Mała sala Galerii Entropia nie dawała rady. Widzowie zmieniali się rotacyjnie, ci co wystawę obejrzeli wychodzili na papierosa, następni wypełniali lukę. Zastanawiałam się, jak wielu chorych przybyło (łatwo popełnić nietakt w stosunku do zarażonych ). Lekarze, z którymi rozmawiałam zapewniali mnie, że tego typu wystawa jest szalenie istotna. Pewno mieli rację, sądząc po frekwencji.
Kilka kliknięć o eksponatach zgromadzonych na wystawie.
Tomasz Lipka zdecydował się na dość niebezpieczny eksperyment. Jego praca pod tytułem "One Second Before Life After Aids" składała się z nadmuchanej prezerwatywy w środku której zgromadzone były jego płyny ustrojowe (zbierał je pieczołowicie przez parę tygodni). Owa prezerwatywa wisiała na wysięgniku wokół którego znajdował się pierścień najeżony igłami. Tak skonstruowana praca stanowiła źródło lęków nie tylko Reaktora, ale przede wszystkim widzów stłoczonych w małej salce Entropii. Nie pękła.

Viola Tycz  >>"Before Aids", "After Aids" >> 2x obraz na płótnie

Arek Kozak, Paweł Żółyński, Tomasz Rodziewicz, Paweł Menc >> "Koneser " >> film videoSeks, pierdolenie, AIDS, "07 Zgłoś się" i inne katastrofy
Piotr Stapa Stapiński wykonał instalację video "Prezent od życia". Opakował monitor w ozdobny papier i wstążkę. Na monitorze ktoś uprawiał bez przerwy seks.
Viola Tycz wystawiła dwa obrazy "Before Aids" i "After Aids".
Monika Solorz namalowała "Pułapkę" - mężczyznę tańczącego na linie, bądź krawędzi, który na drugim płótnie spada niczym Ikar z roztopionymi skrzydłami.
Arek Kozak w instalacji "Zaraz wracam" wykorzystał wieszak (w kształcie kościstej dłoni), na którym powieszony był biały, zagipsowany, szpitalny płaszcz z napisem "Zaraz wracam". Buty tkwiły tuż obok również zagipsowane.
Kasia Suska postanowiła zrobić tester "Plus Minus Nieskończoność". Każdy mógł sprawdzić, czy jest pozytywny, czy negatywny. Za wahadło posłużył symbol nieskończoności.
Olga Lewicka namalowała na białym płótnie białymi literami cytat Joshua Decter z "The Administration of Cultural Resistance" ("Texte zur Kunst" nr 5, wiosna 1992, str. 117) dotyczący pierdolenia, AIDS i innych katastrof, a wyglądający niewinnie.
Paweł Menc, Tomasz Rodziewicz, Paweł Żołyński i Arek Kozak zrobili kramik pornograficzny. Pojawił się film pod tytułem "Koneser" (przy znajomych dźwiękach z serialu "07 Zgłoś się" grupa mężczyzn molestowała lalkę). Paweł Żółyński położył na stół Karty Idola. Paweł Menc wykonał "One Use Glasses" - okulary - pikselozy. Arek Kozak dodał własnoręcznie wykonane gipsowe penisy, które zagrały w filmie "Koneser". Osobno powiesiliśmy "Marynarzy" Pawła Menca.
Agata Ewa Kordecka wykonała serię malutkich ludzików powieszonych na pętli, czyli niebieskiej wstążce (międzynarodowym symbolu jedności z chorymi na AIDS).

Wystawa w Entropii trwa do 18 lutego, a potem wyrusza niebawem do Wiednia, gdzie, mamy nadzieję, nie będzie wzbudzała niezdrowych emocji. A swoją drogą czuje się w środowisku inkwizycyjny niepokój przed niepoprawnością. Tylko teraz cenzorem nie jest ustrój polityczny. I taki jest czas After Aids ( w Polsce).
Viola Tycz, REAKTOR
[9.02.2003]

Piotr Stapa Stapiński >> "Prezent od życia" >> instalacja z monitorkiem i video


Warszawskie buraki wydały ponad 500 tysięcy złotych z kasy miejskiej na obraz australijskiego knociarza-naciągacza!
OBRAZA WARSZAWY

"Gazeta Wyborcza" odsłoniła kolejny efektowny skandal z pogranicza polityki i sztuki (choć też z małym opóźnieniem). Oto w 1998 roku spółka Holding Wars, której udziałowcami są miasto Warszawa i jej gminy-dzielnice, zamówiła u niejakiego Charlesa Bilicha z Australii obraz przedstawiający widok Warszawy za... 360 tysięcy złotych!!! Obraz (3x1,6 m) wisi obecnie w holu Pałacu Kultury i Nauki. Do kosztów samego obrazu należy jeszcze doliczyć 103 tys. złotych wydane na bankiet w hotelu Mariott wydany z okazji odbioru pracy od artysty, 62 tys. złotych zapłacone za prawa do reprodukcji tego dzieła oraz 8 tys. złotych przepuszczone od razu na druk reprodukcji. Obraz, według pomysłodawców zamówienia miał "promować Warszawę" (w sumie, z kosztami pobytu malarza w Warszawie, "Gazeta Wyborcza" wyliczyła wydatki na 560 tysięcy, teraz Pałac Kultury musi jeszcze opłacać wysokie ubezpieczenie obrazu).

Bezwstydne buraki
Znowu zawiniła ludzka głupota i bezczelność. Stołeczne buraki rządzące miastem są kulturalnymi barbarzyńcami. Tylko Paweł Piskorski (PO), ex-prezydent Warszawy przyznał się ongiś do bliższych kontaktów ze sztuką - po opublikowaniu efektownego zeznania majątkowego wyjaśnił, że dorobił się pieniędzy na handlu antykami, ale nikt w to i tak nie uwierzył, tym bardziej, że warszawscy antykwariusze nigdy nie słyszeli o handlarzu Piskorskim. Jego partyjni koledzy postanowili zadziałać ze sztuką (i to współczesną) bardziej dla dobra ogółu. Wpadli więc na pomysł uświetnienia Warszawy obrazem i nie wahając się długu zamówili dzieło u australijskiego malarza, który jest "bardzo znany", bo namalował m.in. widok Sydney z pięcioma kołami olimpijskimi. Chamstwo miejskich działaczy sięgnęło jednak zenitu gdy bez szemrania wydali na to przedsięwzięcie ponad 500 tys. złotych! 500 tysięcy złotych z pieniędzy miejskich na obraz australijskiego knociarza, który swój domniemany sukces komercyjny opiera najwyraźniej na naciąganiu niezorientowanych buraków z różnych urzędów miejskich na całym świecie. Sukces komercyjny, bo o artystycznym nie może być mowy. Warszawa wydała ponad 100 tysięcy dolarów na dekoracyjny kicz w złotych ramach, nieznanego twórcy w typie malarstwa bramnego (z pod Bramy Floriańskiej w Krakowie). Niewiarygodne! Ale burak i tak jest czerwony, więc się nawet nie zarumieni ze wstydu: "Artysta oddał dynamizm Warszawy. [Suma] straszna, nie straszna... promocja kosztuje" - mówi Wojciech Kozak (PO), który jest obecnie Przewodniczącym Rady Warszawy, a w 1998 roku zasiadał na czele Rady Nadzorczej Holdingu Wars i podczas imprezy w hotelu Mariott (103 tys. złotych) oficjalnie przekazał miastu dzieło zamówione przez... miejską spółkę.

Uwaga buraki! Oto co za te same pieniądze mogliście zrobić!

MIĘDZYNARODOWA KOLEKCJA SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ z motywem Warszawy.

Wynająć kuratora, posiadającego obcą burakom wiedzę na temat sztuki współczesnej i poprosić o skompletowanie międzynarodowej kolekcji dzieł sztuki współczesnej, które pokazują Warszawę. 500 tysięcy złotych starczyło by na wiele, bardzo wiele. A kolekcja, którą można by co jakiś czas uzupełniać, mogłaby wisieć w Pałacu Kultury i promować miasto tysiąckrotnie lepiej niż jeden ozłocony ramą kicz. Ta kolekcja mogłaby wyglądać np. tak:

Marcin Maciejowski - "Akcja pod Arsenałem", 2002
Krakowski malarz żywo interesuje się historią Warszawy, a szczególnie okresem okupacji i Powstania Warszawskiego. Podczas pobytów w stolicy chętnie odwiedza miejsca związane z tymi wydarzeniami. Bo w historii jest i dobro i patos, czyli to co Marcin lubi szczególnie.
Yves Belorgey - "Służew Fort", 2002
Francuski artysta jest archeologiem blokowisk, podróżuje po modernistycznych osiedlach na całym świecie i portretuje na swych monumentalnych obrazach (rozmiarów typowej wielkiej płyty - 2,40 m wysokości) betonowe maszyny do mieszkania. Eksplorował i malował również warszawskie bloki!
Edward Dwurnik - proroczy pejzaż Warszawy z 1981 roku.
W styczniu i lutym 1981 roku Dwurnik namalował serię widoków Warszawy z czołgami na ulicach. 10 miesięcy później ogłoszono stan wojenny, a wystawę z "proroczymi" obrazami zamknięto po 2 godzinach.
Ludwik Jaksztas - "Pejzaż miejski stołeczny", 1982
Punkowy pejzaż ursynowski.
Piotr Parda - "Światła awaryjne", 2002
Najlepsza z prac pokazanych na ubiegłorocznej wystawie "Młodzi są realistami" w zuju. Pomarańczowe, awaryjne światła migają na basztach zamku, który zatrzymał się na skraju przepaści (tuż przy krawędzi skarpy warszawskiej). Zarazem memento dla buraków - niezreformowane i pozbawione środków do życia instytucje artystyczne mogą wkrótce, dosłownie i w przenośni, runąć (do Wisły).
Toby Paterson - Pawilon transportu publicznego (z kioskiem) [WKD Śródmieście], 2002, akryl na ścianie
Młody szkocki artysta w minionym roku brał udział w wystawach w zniechęcie i Fundacji Galerii Foksal, a z tej okazji zrealizował w minionym roku kilka prac poświęconych stylowym fragmentom nowoczesnej architektury warszawskiej z lat 60. Przeprowadził chirurgiczną rekonstrukcję zapuszczonych kwiatów modernizmu, ale jak burak może zrozumieć co to kwiat...
Jacek Kleyff - "Warszawa pod wodą", 1996-2001, olej na desce.
Legendarny bard jest zawziętym malarzem, przez kilka lat malował m.in. nadrealistyczna (choć, kto wie, być może również prorocza) weduta przedstawiająca Warszawę zatopioną.
Paweł Kowalewski - "Zdzicho skacze co noc z butelkami z benzyną" 1982
Członkom sławnej warszawskiej formacji artystycznej Gruppa przyśnił się kiedyś sen o spadaniu z Pałacu Kultury. Potem powstał o tym obraz.
Paweł Althamer - "Bródno 2000", 2000
Pamiętna akacja Pawła Althamera i mieszkańców jego bloku na Bródnie, którzy wspólnie wyświetlili milenijny napis na elewacji. Co prawda, tej pracy nie da się już kupić (tak, tak buraku, są też sprawy, których nie da się kupić za pieniądze), ale do kolekcji można by pozyskać powiększone fotografie z akcji i anonsujący ją plakat.

CO JEDZĄ BURAKI?
Ranking najdroższych gniotów artystycznych za publiczne pieniądze

590 tysięcy złotych - ZZIELENIAŁA DOROŻKA czyli konie ugniecione przez prof.prof. Myjaka i Pastwę i ustawione przez dyrektora ministra Dąbrowskiego na dachu Teatru Wielkiego w Warszawie, tzw. kwadryga, której podobno bardzo brakowało. Kosztowała oczywiście znacznie więcej, ale liczymy tu tylko wkład miasta (czyli nasz, podatników).

560 tysięcy złotych - OBRAZA WARSZAWY czyli obraz australijskiego naciągacza Charlesa Bilicha zatytułowany "Moja podświadoma Warszawa". Namalowany specjalnie na życzenie spółki miejskiej, po to by promować stolicę, ale jej mieszkańcy dowiedzieli się o istnieniu obrazu dopiero po 5 latach z demaskatorskiego artykułu w "Gazecie Wyborczej".
280 tysięcy złotych - SZMATA GNIEŹNIEŃSKA czyli gobelin prof. Urszuli Plewki-Schmidt zakupiony pod koniec 2001 roku przez Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie za pieniądze urzędu marszałkowskiego. Dyrektor tłumaczył, że "Muzeum wymaga, żeby jego wyposażenie miało odpowiedni standard" (gobelin zawisł w bibliotece), poza tym dzieło wykonano z "naturalnego surowca", ma "olbrzymi format" (9x5 m) i "nie jest tkaniną abstrakcyjną, zwykle łatwiejszą w wykonaniu" (tytuł: "Czas życia, czas śmierci - wspomnienie z podróży"). [cytaty za "Gazetą Wyborczą"]

CZEGO BURAKI NIE TRAWIĄ?
Najciekawsze dzieła sztuki i zabytki, których władze Warszawy pozbyły się z radością w ostatnich latach

1. Alina Szapocznikow "Pomnik Przyjaźni Polsko-Radzieckiej", 1954 - socrealistyczny pomnik, największa zrealizowana rzeźba jednej z najwybitniejszych polskich artystek, do 1992 roku stał w holu Pałacu Kultury, potem - jak ustaliła Jola Gola, monografistka artystki - zarząd Pałacu za zgodzą władz miasta usunął pomnik - obecnie na prywatnej posesji w Józefowie pod Warszawą.

2. Bohdan Lachert i Józef Szanajca, dom Szyllerów przy Wale Miedzeszyńskim 756, 1929 - jedna z najciekawszych realizacji awangardowej architektury polskiej lat 20., zburzona w 2002 roku w związku z poszerzaniem jezdni.

3. Co będzie nastepne?

[2.02.2003]


Bohdan Lachert i Józef Szanajca, dom Szyllerów przy Wale Miedzeszyńskim 756, 1929


"Raster" miał przedłużoną przerwę świateczną w nadawaniu, ale to przecież nie znaczy wcale, że nic się przez ten czas nie działo w sztuce. Artyści pracują niestrudzenie i nieprzerwanie, a my będziemy się starać podglądać ich i pokazywać premierowo ich nowe prace, zanim trafią na wielkie wystawy lub zostaną totalnie zapomniane. Dziś trochę nowości i trochę nadrabiania zaległości: grudniowa akcja Bodzianowskiego, Masłowska trafia do sztuki, Bujnowski się eksportuje, Laura Pawela pozdrawia z komórki oraz remanent w pracowni Zbyszka Rogalskiego.
NOWE PRACE

Cezary Bodzianowski "Lotos". Akcja w Fundacji Galerii Foksal w Warszawie, 15 grudnia 2002 r.
Tydzień przed świętami Bożego narodzenia Cezary Bodzianowski przybył do siedziby Fundacji Galerii Foksal w Warszawie, gdzie dokonał spalenia wszystkich zaproszeń z ubiegłorocznych działań Fundacji. Przebieg akcji opisuje Andrzej Przywara: "[Cezary] stał wdychajac dym. Ogień, galeria, publiczność i popiol z naszych tegorocznych [2002] dzialań. Bardzo było podniosło. Wszyscy stali w milczeniu i kontemplowali łzawiącego artystę. Podobno na torach wyścigowych z końcem roku pali się wszystkie zaproszenia żeby się dobrze darzyło w nowym roku. Czego i wam życzę w swoim i naszej załogi imieniu."


Cezary Bodzianowski "Lotos". Akcja w Fundacji Galerii Foksal

Edward Dwurnik, "Portret Doroty Masłowskiej", 2003, olej na płótnie
Już nie tylko publiczność (kilkudziesięciotysięczny nakład książki "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną") i krytycy literaccy, lecz również artyści opiewają Dorotę Masłowską. Na początku stycznia podczas pobytu w Warszawie z okazji wręczenia "Paszportów Polityki" 19-letnia pisarka została na parę godzin porwana przez znanego malarza Edwarda Dwurnika. Artysta nie marnował czasu. Jako pierwsi prezentujemy szczęśliwy, artystyczny finał porwania. Szczegóły powstania obrazu relacjonuje Pola Dwurnik: "Na namalowanie modelki tata miał bardzo mało czasu i się strasznie spieszył. Dorota chciała, żeby na portrecie widac było jej czarny ząb [wprawiony specjalnie na uroczystość wręczania nagród "Polityki" - przyp. red.]. Gdy siebie zobaczyła powiedziała, że wygląda jak zwierzę, dzik. Tata też był niezadowolony. Potem, jak już Doroty dawno nie było, przez następne trzy dni przemalowywał obraz. Chyba żaden inny portret nie zajął mu tyle czasu... Skasował czarny ząb (na którego malowanie od początku nie chciał się zgodzić), wreszcie skończył portret. Myślę, że już nie będzie niczego zmieniał."
Przy okazji nie omieszkamy donieść, że nad portretem Doroty Masłowskiej rozpoczął pracę również inny znakomity artysta Paweł Althamer. Zgodnie z życzeniem zleceniodawcy - Pawła Dunin-Wąsowicza, wydawcy dzieł Masłowskiej, ma to być portret w formie lalki, z których produkcji Paweł utrzymywał się przez dłuższy czas. "Raster" asystował przy pierwszych oględzinach modela przez rzeźbiarza. [Tutaj zdjęcia z Rastra i pracowni Dwurnika >>]


Dorota Masłowska z Pawłem Althamerem i Edwardem Dwurnikiem w Galerii Raster.
Obejrzyj więcej zdjęć z cyklu Masłowska i artyści >>>
Rafał Bujnowski, nowe obrazy bez tytułu
Rafał Bujnowski, twórca pamiętnej, billboardowej Galerii Otwartej w Krakowie i niegdysiejszy członek Grupy Ładnie, spędził miniony rok w dobrym zdrowiu jako stypendysta Ministra Kultury, przeprowadził się z rodzinnych Graboszyc do sławnych Wadowic oraz pracował nad kolejnymi cyklami obrazów, których pokazów można się spodziewać w najbliższych miesiącach. Na dobry początek, w miniony czwartek otwarta została wystawa jego prac w Galerii Johnen+Schoettle w Kolonii. Tam zaprezentowany został wcześniejszy cykl obrazów-przedmuiotów. My prezentujemy natomiast jeden z nowych obrazów malowanych z rodzinnych zdjęć. Rafał maluje takie obrazy w przerwach w pracy nad większymi seriami. W najbliższy czwartek w telewizyjnym "Pegazie" będzie można obejrzeć pracę Rafała wykonaną na zamówienie tego programu oraz rozmowę z artystą. Polecamy!

Rafał Bujnowski, bez tytułu, 2002
Laura Pawela, "Reallaura", akcja internetowo-komórkowa
Laura Pawela to młoda artystka znana zainteresowanym z udziału w ubiegłorocznych wystawach "Rybie Oko 2" i "Supermarket sztuki". Kolejny projekt Laury omija pośrednictwo instytucji artystycznych i trafia bezpośrednio do zainteresowanych za pośrednictwem poczty elektronicznej. Co kilka, kilkanaście dni Laura rozsyła zainteresowanym scenki z własnego życia w postaci ikonek do telefonu komórkowego: "Dlaczego jestem taka gruba?", "Muszę zapuścić włosy" etc. "Codziennie nowe, aktualne wzory z życia Laury" - reklamuje swój projekt artystka. Jeśli chcesz uczestniczyć w akcji i otrzymywać gratisowe obrazki z życia Laury, wyślij e-mail pod adresem laurapawela@wp.pl, hasło "reallaura".
Zbigniew Rogalski, "Kałuża", 2002
Ostatnie 3 miesiące Zbigniew Rogalski, malarz i magister, spędził w zimnej Norwegii. Warunki do pracy okazały się tam niezbyt sprzyjające i artysta podjął decyzję o przeniesieniu pracowni w południowe regiony Polski, gdzie aktualnie przebywa szykując nowe obrazy. My tymczasem udaliśmy się do jego warszawskiej pracowni, gdzie odkryliśmy nieznany obraz namalowany w zeszłym roku. Sam malarz nie był zadowolony z naszego odkrycia i określił odnaleziony przez nas obraz jako "nieudany eksperyment". Uznaliśmy, że po pierwsze eksperymenty są zawsze najciekawsze, a po drugie wcale nie jest aż tak źle i zdecydowaliśmy się ujawnić "Kałużę" na łamach "Rastra".
[26.01.2003]

Zbigniew Rogalski, "Kałuża" 2002


antonio claudio calvarho

Sebastian Cichocki przedstawia i zaprasza do nowego projektu internetowego "co2.mailing.art"
RÓB, ŚLIJ I ODBIERAJ ART-E-MAILE
Pawel Kulczynski13 stycznia 2003 rozpoczęliśmy internetowy projekt Galerii C02 : "co2mailing.art". Jest to wynik współpracy gliwickiej galerii z The Centre of Attention - pół-wirtualnym konsorcjum artystycznym, którego siedziba mieści się w sercu londyńskiego Hoxton. Jednym z najciekawszych przejawów działalności The Centre of Attention było cotygodniowe rozsyłanie grupie wyselekcjonowanych abonentów tzw. art-e-maili. W tą akcję zaangażowali się tacy artyści jak Genesis P-Oridge, Jenny Holzer i Orlan. Każdy twórca na swój indywidulany sposób podszedł do postawionego przed nim zadania - zaproszeni artyści tworzyli łamigłówki, skanowali swoje fotografie, pisali filozoficzne rozprawy na temat geometrii, tworzyli proste animacje etc. Idea art-e-maili będzie od stycznia 2003 kontynuowana przez gliwicką galerię CO2, działającą na podobnych zasadach jak wspomniane The Centre of Attention.

Czym są ART-E-MAILE?
Mogą być w zasadzie wszystkim co da załączyć się do e-maila i rozesłać. Art-e-maile nie przekraczają z reguły 100 kb i to jest jedyne ich ograniczenie. Są to „zero-jedynkowe” prace stworzone przez artystów (nie tylko tych profesjonalnych, ale także "artystów internetowych") tylko i wyłącznie na potrzeby serii "co2mailing.art". Z założenia są one unikalne i limitowane. co2mailing.art to bezgotówkowa, międzynarodowa wymiana wrażeń artystycznych - inicjatywa całkowicie o charakterze "not-for-profit" (subskrypcja e-maili jest darmowa, także artyści nie otrzymują żadnych honorariów autorskich), promująca twórców i konfrontująca ich pomysły na sztukę. Dostęp do art-e-maili jest banalnie prosty - wystarczy wysłać maila na adres co2@free.art.pl z haslem "mailing". Nasze art-e-maile rozsyłane będą w każdy drugi i czwarty poniedziałek miesiąca. W międzyczasie tworzymy bazę prac, specjalnie stworzonych dla "co2mailing.art". Zachęcamy wszystkich twórców zainteresowanych uczestnictwem do wysyłania swoich propozycji. Prace nie mogą przekraczać jednak 120 kb a otwarcie ewentualnych załączników nie powinno sprawiać problemów nawet w przypadku starszych komputerów. Oczywiście pozostawiamy sobie wolność decydowania o doborze prac i zapraszaniu kolejnych ich autorów.

wystawa CO2MAILING.ART.

Po roku od rozpoczęcia programu podsumujemy dorobek "co2.mailing.art" organizując udokumentowaną katalogiem tradycyjną wystawę w przestrzeni galeryjnej. Niektóre prace zostaną wydrukowane jako tradycyjne kartki pocztowe - zatoczymy więc pełne koło od mail-artu do net-artu i z powrotem. co2mailing.art jest projektem międzynarodowym, multidyscyplinarnym, równie globalnym co i lokalnym. Udział w nim wezmą artyści m.in. z Japonii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Pierwszym uczestnikiem polskiego cyklu "co2.mailing.art" jest brazylijski pop-artowski malarz Antonio Claudio Calrvalho (brał on aktywny udział w ruchu mail-art w latach 70-ych), który przez swoją antywojenną pracę "HOPE" wypowiada się na temat żywotności malarstwa w czasach ekspansji multimediów.

Chad McCail
Co należy zrobić aby stać się partycypantem projektu co2.mailing.art?:
a. Jako odbiorca: wystarczy wysłać maila na adres co2@free.art.pl z haslem "mailing".
b. jako twórca : wystarczy przesłać art-e-maila pod adresem cichocki@free.art.pl. My zajmiemy się selekcją prac. Nie mogą one przekraczać 120 kb. Poza tym wszystko jest dozwolone, pod warunkiem oczywiście ze nie zagraża funkcjonowaniu komputerów, przy pomocy których e-maile będą odbierane! Jeszcze raz podkreślamy: zależy nam na tym aby praca została specjalnie stworzona dla potrzeb "co2.mailing.art". Czasem są to oczywiście specjalne wersje poprzednich prac, dostosowane do wymogów projektu – zrekonstruowane dla internetowej, szybkiej komunikacji. Nie oznacza to, że będziemy faworyzować artystów multimedialnych - dowodem na to niech będzie fakt że zaczynamy od dzieła malarskiego. Wydaje się, że duże pole do popisu będą mieć artyści konceptualni, którym forma błyskawicznie docierającego do odbiorcy e-maila stwarza nowe, ogromne możliwości.
Projekt co2.mailing.art. to nie konkurs! Myślimy o nim raczej jako o alternatywie (choć już nie nowej) dla takich miejsc sztuki jak galeria czy przestrzeń miejska. Jest to także niskobudżetowy sposób na ambitny projekt artystyczny angażujący międzynarodową obsadę artystyczną – "co2.mailing.art" to taka galeria na czasy recesji!
UWAGA! Nadesłanie art-e-maila nie oznacza wcale automatycznego jego włączenia do cyklu (chyba że dany artysta/artystka został poproszony o stworzenie konkretnej pracy dla potrzeb projektu).
Sebastian Cichocki
[26.01.2003]


raster home